- Bill, wrócisz do domu na nogach. Ja i Andreas chcielibyśmy pojechać na moim skuterze. Widzimy się w domu. – Rzucił rzeczowo Tom, gdy przebrzmiał ostatni dzwonek.
– Jasne. – Bill spuścił wzrok i wbił go w czubki kowbojek, żeby nie dać po sobie poznać, że jest zirytowany. – I tak muszę wyprowadzić się z szafki. Spakowanie moich klamotów zajmie mi mnóstwo… – Nie dokończył. Jego brata już nie było. Podobnie jak reszty klasy. Westchnął. „Jak zwykle, wszyscy ulatniają się w ciągu kilkunastu sekund i nikt na mnie nie czeka, nikt nie chce ze mną wracać do domu, nikt nie ma ochoty choć chwilę pogadać z dziwakiem o pomalowanych oczach, natapirowanych ufarbowanych włosach i z tatuażami. Wszyscy wolą płaszczyć się przed kolesiem w ogromnych ciuchach”. No właśnie. Tom, ku ogromnemu przerażeniu Billa, ostatnimi czasy bardzo się od niego odsunął. Wydarzenia sprzed dwóch tygodni stały się mglistym wspomnieniem. Nie było już spojrzeń pełnych zrozumienia rzucanych ukradkiem, nie było spontanicznego poklepywania po plecach. Trzy lata temu przyszły one, gdy kariera zespołu się rozwinęła i w perspektywie nie było już szkoły i kumpli. Za to gdy obie te rzeczy wróciły (znaczy wróciły do Toma, bo Czarny dalej był samiuteńki) to braterskie ciepło odeszło. Billa zaczęły męczyć koszmary. W każdym z nich tracił Toma na miliony sposobów; raz porwał go zabójca, następnej nocy znajdowano jego zmasakrowane ciało albo ulegał wypadkowi, albo spadał z wysoka, albo podcinał sobie żyły, albo znikał we mgle, by już nigdy nie powrócić…
Z zamyślenia wyrwał chłopaka dźwięk upadającego zeszytu. Jego szkicownik wyślizgnął mu się z rąk i teraz leżał otwarty na prawie ukończonym rysunku. Przedstawiał on okoloną burzą kosmyków twarz dziewczyny o spokojnych iskierkach w oczach i delikatnym uśmiechu na pełnych ustach. Niewycieniowane pozostały tylko wargi. Bill tak właśnie wyobrażał sobie swoją miłość. Ta dziewczyna pojawiała się nieraz w jego snach. Uśmiechała się do niego, stojąc w zwiewnej sukience na środku niedużego wzgórza. Wyciągała ręce, jakby chciała go zachęcić do tego, by wbiegł na pagórek, ale on zawsze stał nieruchomo i nie mógł się poruszyć. Z zachwytu. W każdym śnie był nieodmiennie niepewny siebie, bał się, że gdy tylko postąpi jeden maleńki kroczek w jej stronę, cudowna zjawa zniknie i już nigdy więcej jej nie ujrzy.
Wsunął szkicownik i dwa notatniki do plecaka, do osobnej kieszeni wetknął reklamówkę ze strojem na w-f. Skrzywił się na samą myśl o tym przedmiocie. Zawsze był najgorszy z całej klasy. Z reguły, choć nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą, to tak naprawdę robił z siebie idiotę, żeby uważać na paznokcie i makijaż. Kwaśny uśmiech wykwitł mu na ustach, gdy przypomniał sobie, jak od najdawniejszych czasów nie słuchał wuefistów i nigdy nie ściągał koszulki podczas biegania. Nie obchodziło go, czy się spocił i pod pachami pysznią się dwie mokre plamy (zawsze w szatni celowo psikał się mocno dezodorantem), nie obchodziło go, czy nauczyciel kipi ze złości widząc, jaką satysfakcję ma młodszy Kaulitz z tego, że choć na tej jednej lekcji może porządnie kogoś wpienić. Obchodziło go tylko, żeby nie pokazać tego że nawet pod koszulką wygląda jak płaska dziewczynka – i to do tego bardzo drobniutka. Tom miał trochę bardziej rozbudowane mięśnie, był aktywniejszy pod względem sportu. Bill wolał od gry w piłkę nożną stanie przed lustrem i wypróbowywanie nowych technik rockowego makijażu.
Plecak spakowany. Blada dłoń zasunęła ostatni suwak i zarzuciła go na ramię. Czarny na wszelki wypadek włożył duże przeciwsłoneczne okulary i z przyzwyczajenia nasunął trochę kaptur bluzy na twarz. Ostrożności nigdy za wiele. Choć w duszy wolałby być właśnie teraz otoczony przez fanki, piszczące radośnie na jego widok i błagające o autograf. Przy nich czułby się teraz potrzebny, akceptowany, ba! Podziwiany! Zamknął szafkę. Trzask drzwiczek rozniósł się echem po całej szkole, która jeszcze minutę temu była pełna śmierdzących potem, napakowanych bezmózgów, a teraz świeciła pustkami. Tutaj nikt go nie obskakiwał, nikt nie marzył o nim. Nikt. Jak on nie znosił tego słowa. Nie w takim kontekście…
– Jasne. – Bill spuścił wzrok i wbił go w czubki kowbojek, żeby nie dać po sobie poznać, że jest zirytowany. – I tak muszę wyprowadzić się z szafki. Spakowanie moich klamotów zajmie mi mnóstwo… – Nie dokończył. Jego brata już nie było. Podobnie jak reszty klasy. Westchnął. „Jak zwykle, wszyscy ulatniają się w ciągu kilkunastu sekund i nikt na mnie nie czeka, nikt nie chce ze mną wracać do domu, nikt nie ma ochoty choć chwilę pogadać z dziwakiem o pomalowanych oczach, natapirowanych ufarbowanych włosach i z tatuażami. Wszyscy wolą płaszczyć się przed kolesiem w ogromnych ciuchach”. No właśnie. Tom, ku ogromnemu przerażeniu Billa, ostatnimi czasy bardzo się od niego odsunął. Wydarzenia sprzed dwóch tygodni stały się mglistym wspomnieniem. Nie było już spojrzeń pełnych zrozumienia rzucanych ukradkiem, nie było spontanicznego poklepywania po plecach. Trzy lata temu przyszły one, gdy kariera zespołu się rozwinęła i w perspektywie nie było już szkoły i kumpli. Za to gdy obie te rzeczy wróciły (znaczy wróciły do Toma, bo Czarny dalej był samiuteńki) to braterskie ciepło odeszło. Billa zaczęły męczyć koszmary. W każdym z nich tracił Toma na miliony sposobów; raz porwał go zabójca, następnej nocy znajdowano jego zmasakrowane ciało albo ulegał wypadkowi, albo spadał z wysoka, albo podcinał sobie żyły, albo znikał we mgle, by już nigdy nie powrócić…
Z zamyślenia wyrwał chłopaka dźwięk upadającego zeszytu. Jego szkicownik wyślizgnął mu się z rąk i teraz leżał otwarty na prawie ukończonym rysunku. Przedstawiał on okoloną burzą kosmyków twarz dziewczyny o spokojnych iskierkach w oczach i delikatnym uśmiechu na pełnych ustach. Niewycieniowane pozostały tylko wargi. Bill tak właśnie wyobrażał sobie swoją miłość. Ta dziewczyna pojawiała się nieraz w jego snach. Uśmiechała się do niego, stojąc w zwiewnej sukience na środku niedużego wzgórza. Wyciągała ręce, jakby chciała go zachęcić do tego, by wbiegł na pagórek, ale on zawsze stał nieruchomo i nie mógł się poruszyć. Z zachwytu. W każdym śnie był nieodmiennie niepewny siebie, bał się, że gdy tylko postąpi jeden maleńki kroczek w jej stronę, cudowna zjawa zniknie i już nigdy więcej jej nie ujrzy.
Wsunął szkicownik i dwa notatniki do plecaka, do osobnej kieszeni wetknął reklamówkę ze strojem na w-f. Skrzywił się na samą myśl o tym przedmiocie. Zawsze był najgorszy z całej klasy. Z reguły, choć nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą, to tak naprawdę robił z siebie idiotę, żeby uważać na paznokcie i makijaż. Kwaśny uśmiech wykwitł mu na ustach, gdy przypomniał sobie, jak od najdawniejszych czasów nie słuchał wuefistów i nigdy nie ściągał koszulki podczas biegania. Nie obchodziło go, czy się spocił i pod pachami pysznią się dwie mokre plamy (zawsze w szatni celowo psikał się mocno dezodorantem), nie obchodziło go, czy nauczyciel kipi ze złości widząc, jaką satysfakcję ma młodszy Kaulitz z tego, że choć na tej jednej lekcji może porządnie kogoś wpienić. Obchodziło go tylko, żeby nie pokazać tego że nawet pod koszulką wygląda jak płaska dziewczynka – i to do tego bardzo drobniutka. Tom miał trochę bardziej rozbudowane mięśnie, był aktywniejszy pod względem sportu. Bill wolał od gry w piłkę nożną stanie przed lustrem i wypróbowywanie nowych technik rockowego makijażu.
Plecak spakowany. Blada dłoń zasunęła ostatni suwak i zarzuciła go na ramię. Czarny na wszelki wypadek włożył duże przeciwsłoneczne okulary i z przyzwyczajenia nasunął trochę kaptur bluzy na twarz. Ostrożności nigdy za wiele. Choć w duszy wolałby być właśnie teraz otoczony przez fanki, piszczące radośnie na jego widok i błagające o autograf. Przy nich czułby się teraz potrzebny, akceptowany, ba! Podziwiany! Zamknął szafkę. Trzask drzwiczek rozniósł się echem po całej szkole, która jeszcze minutę temu była pełna śmierdzących potem, napakowanych bezmózgów, a teraz świeciła pustkami. Tutaj nikt go nie obskakiwał, nikt nie marzył o nim. Nikt. Jak on nie znosił tego słowa. Nie w takim kontekście…
***…Gdy przyszedłem do domu nie musiałem przynajmniej mówić rodzicom, co zaszło w szkole. Tom zdążył im wszystko wyśpiewać. Całe szczęście… Mama wieczorem przyszła do mojego pokoju gdy leżałem już w łóżku i zapytała, czy chcę się przenieść do innej szkoły, albo czy chcę żeby ktoś inny został wysłany do klasy dziewcząt. Odpowiedziałem, że może nie będzie wcale tak źle. Mamę, krótko mówiąc, wyrzuciło z kapci. Aż musiała usiąść z wrażenia. Po dłuższej chwili gapienia się na mnie z otwartymi ustami opamiętała się, przykryła troskliwie, jak to ona i zgasiła światło. Czekam na nią aż do teraz, ale chyba nie przypomni sobie, że nie dała mi buziaka na dobranoc. Myślę, że już nie przyjdzie… To jej ciągłe zapominanie o matczynych gestach wydaje mi się celowe. Od czasu, gdy ja i Tom uderzyliśmy ojca nabrała do nas dystansu…
Bill zamknął pamiętnik. Nigdy nikomu nie wspominał o tym, że w materacu pod łóżkiem jest dziura. Tam zawsze wsuwał gruby zeszyt w którym aktualnie na bieżąco każdego wieczora robił małą notatkę z tego, co działo się konkretnego dnia. Jego podejrzenia, odczucia, najskrytsze myśli… Gdyby ktoś dobrał się do jednego z bezpiecznie ukrytych w starej skrzyni z zabawkami, w niebieskim plastikowym worku z pluszakami z dzieciństwa zeszytów, to dowiedziałby się o Czarnym niemal wszystkiego. Na szczęście misie, króliczki i żołnierzyki były świetnym kamuflażem. W takim miejscu, pełnym wesołych wspomnień o zabawie i wyścigach z bratem, wspomnień pobrzmiewających „tupotem małych stópek” i dziecięcym śmiechem, wspomnień pachnących pudrem dla niemowląt i oliwką dla dzieci, nikt nie szukałby samobójczych myśli, depresji, załamania nerwowego, nienawiści, złośliwej satysfakcji z porażki innych i ukrytego za taką maską rozpaczliwego pragnienia bycia potrzebnym i kochanym, zaklętych na kartkach papieru w kratkę, wyprzędzionych w cienką, czarną niteczkę atramentu pióra czy długopisu, układającą się w skośne pismo.
Westchnął. Po raz… kolejny. Nawet nie liczył, ile średnio razy na dzień wzdycha. Zsunął się z łóżka, wziął w rękę pamiętnik i wcisnął go w materac. Usiadł z powrotem na pościeli. Zastanowił się, czy spakował wszystkie lekcje. Następnego dnia miało być ich tylko trzy, ze względu na to, iż wielu nauczycieli odwołało swoje zajęcia. Pojutrze odbędzie się rada pedagogiczna i wszyscy się do niej przygotowywali. Przykrył się kołdrą i ułożył głowę na poduszce. Pogrążony w rozmyślaniach o tym, jak będzie wyglądała jego nowa klasa, usnął.
Bill zamknął pamiętnik. Nigdy nikomu nie wspominał o tym, że w materacu pod łóżkiem jest dziura. Tam zawsze wsuwał gruby zeszyt w którym aktualnie na bieżąco każdego wieczora robił małą notatkę z tego, co działo się konkretnego dnia. Jego podejrzenia, odczucia, najskrytsze myśli… Gdyby ktoś dobrał się do jednego z bezpiecznie ukrytych w starej skrzyni z zabawkami, w niebieskim plastikowym worku z pluszakami z dzieciństwa zeszytów, to dowiedziałby się o Czarnym niemal wszystkiego. Na szczęście misie, króliczki i żołnierzyki były świetnym kamuflażem. W takim miejscu, pełnym wesołych wspomnień o zabawie i wyścigach z bratem, wspomnień pobrzmiewających „tupotem małych stópek” i dziecięcym śmiechem, wspomnień pachnących pudrem dla niemowląt i oliwką dla dzieci, nikt nie szukałby samobójczych myśli, depresji, załamania nerwowego, nienawiści, złośliwej satysfakcji z porażki innych i ukrytego za taką maską rozpaczliwego pragnienia bycia potrzebnym i kochanym, zaklętych na kartkach papieru w kratkę, wyprzędzionych w cienką, czarną niteczkę atramentu pióra czy długopisu, układającą się w skośne pismo.
Westchnął. Po raz… kolejny. Nawet nie liczył, ile średnio razy na dzień wzdycha. Zsunął się z łóżka, wziął w rękę pamiętnik i wcisnął go w materac. Usiadł z powrotem na pościeli. Zastanowił się, czy spakował wszystkie lekcje. Następnego dnia miało być ich tylko trzy, ze względu na to, iż wielu nauczycieli odwołało swoje zajęcia. Pojutrze odbędzie się rada pedagogiczna i wszyscy się do niej przygotowywali. Przykrył się kołdrą i ułożył głowę na poduszce. Pogrążony w rozmyślaniach o tym, jak będzie wyglądała jego nowa klasa, usnął.
***
O 7: 30, czyli dokładnie piętnaście minut przed czasem, Bill stanął przy swojej, teraz już byłej szafce. Woźna zabrała od niego klucz już wczoraj, gdy zabrał stamtąd wszystkie rzeczy. Dyrektorki nie było jeszcze na horyzoncie. Rozejrzał się jeszcze raz. Prędko tu nie powróci. Ale nie będzie wcale tęsknił za brudnymi ścianami, tak, jak nie zatęskni za śmierdzącymi kiblami, z których nie dało się korzystać, bo były zatkane petami, czy za zużytymi lub nie prezerwatywami leżącymi całymi kupkami w koszach na śmieci… Nie będzie mu brakowało niczego. Chyba…
– Pan Kaulitz? No proszę, jak zwykle punktualny! Och, jest pan nawet przed czasem! – Zaświergotała dyrektor Kreigh. Pewnie myślała, że Bill ma pełno w gaciach ze strachu, mając w perspektywie długi czas który trzeba spędzić wśród dziewcząt, więc próbowała załagodzić sytuację. Nie szło jej to.
– Muszę jeszcze wziąć z sekretariatu kilka papierów i możemy iść, poczekasz tu na mnie jeszcze minutkę? – Spytała.
– Oczywiście. – Ci nauczyciele to zadają pytania. Tak czy siak musiałby tu na nią poczekać, czy to mu się podoba, czy nie. Ciasny, błyszczący lakierem koczek dyrektorki zniknął za drzwiami sekretariatu. Minutka minęła, a jej nie było. Minęło ich pięć i dalej nie wychodziła. Tymczasem dzwonek już się zbliżał i męskie skrzydło szkoły zapełniło się uczniami. Ktoś kto uważa, że płeć męska stroni od plotkarstwa to skończony idiota. Wieści szybko się rozchodzą. Wszyscy patrzyli na Billa. Czasem ze współczuciem, kilka razy nawet zazdrośnie, ale jednak przede wszystkim pogardliwie i wrednie. Nareszcie pani Kreigh wyszła z sekretariatu z opasłą teczką pod pachą.
– Możemy już iść. – Uśmiechnęła się. Szurając butami udał się za odgłosem stukających wysokich obcasów. Gdy przechodzili obok klasy 3A dyrektorka przystanęła tak gwałtownie, że zamyślony Czarny prawie na nią wpadł.
– Pożegnaj się z kolegami, jeśli jest taka potrzeba. – W oczach Olivera, osiłka terroryzującego całe męskie skrzydło szkoły zauważył niebezpieczny błysk… „Oni coś szykują”, przemknęło mu przez myśl. Już chciał zaprzeczyć, ale tamten go uprzedził.
– Chcielibyśmy pożegnać się z nim na osobności, jeśli pani dyrektor pozwoli. – Wyszczerzył się. W głowie rozczochrańca zapaliło się wielkie czerwone światło.
– Oczywiście. Macie minutę. – Ciasny koczek zniknął w tłumie.
– No, stary. – Oliver objął wielkim ramieniem zesztywniałego Billa, który czujnie strzelał oczami na prawo i lewo. – Odchodzisz do siedliska różu, balsamów i maseczek. Nie zazdrościmy ci tego za bardzo. Chcielibyśmy ci jednak coś dać, tak na pożegnanie, żebyś o nas pamiętał. – Wyciągnął z kieszeni dwa małe, prostokątne pudełeczka. Do czerwonego światełka dołączyła syrena alarmowa, jednak chudzielec stał w miejscu, ugiąwszy lekko kolana, żeby w razie czego móc się szybciej rzucić do ucieczki. Oliver ciągnął dalej. – Jeśli będziesz spędzał zbyt dużo czasu zupełnie sam wśród dziewczyn może to oznaczać, że albo sam zbabiejesz, albo spragnione faceta laski rzucą się na ciebie. Drugi przypadek jest raczej mało prawdopodobny, więc zaopatrzyliśmy cię – to mówiąc wcisnął mu pudełeczka do lodowatej dłoni – w dużą paczkę tamponów i saszetkę kondomów. Miłej zabawy. – To mówiąc roześmiał się. Jakby na komendę wszyscy kolesie z klasy 3A również się rozrechotali. Jednak Czarny nie był cielęciem i tym razem chciał im to pokazać. Najspokojniej w świecie otworzył kieszeń plecaka i wetknął do niej tampony.
– Wątpię, aby mi się miały przydać, ale dzięki. Z kolei to – podniósł prezerwatywy do oczu Olivera i wsadził je sobie do kieszeni spodni – to na pewno wykorzystam już na pierwszej długiej przerwie. Lepiej, żebym miał je pod ręką. Wielkie dzięki. – Uśmiechnął się nieszczerze. Chłopakom poopadały kopary. Nie zdążyli jednak zareagować. W tym samym momencie wróciła pani Kreigh.
– Idziemy. – Zakomenderowała. Bill skinął głową i poszedł za nią. Tym razem wbił wzrok prosto w oczy swojemu bratu. Wylał w tym jednym spojrzeniu mnóstwo emocji – złość, zawód, smutek. Tom nie spojrzał mu w oczy, nie był w stanie.
Dyrektorka odsunęła ze skrzypnięciem drzwi bramy prowadzącej z boiska chłopaków na dziedziniec dziewczyn. Żadnej spóźnialskiej już tam nie było w odróżnieniu do boiska przez które trzeba było się przeciskać pomiędzy ciałami w sportowych koszulkach. Idąc po betonie Czarny skupił usilnie swoją uwagę na stukocie obcasów dyrektorki. Nie chciał myśleć o spuszczonych powiekach brata ani o wrednym rechocie Olivera. Zaczął zastanawiać się nad tym, jakie dziewczyny będą chodziły do jego klasy. Czy będą miłe, czy też będzie panowała u nich taka sama wredna hierarchia jak w męskiej 3A…
Martha otworzyła bramę żeńskiego skrzydła. Niepewne kroki naznaczone dźwiękiem stąpających kowbojek wtargnęły na korytarz. W jednej chwili wszelkie dziewczęce rozmowy ucichły. Wszystkie oczy zwróciły się ku rozczochranej czuprynie. Bill ścisnął dłońmi ramię plecaka z całych sił i zacisnął zęby. Spuszczony wzrok utkwił w lśniącej czystością posadzce. Nie podniósł go tak długo, aż dyra nie zatrzymała się przed drzwiami sali lekcyjnej numer 368. Puknęła lekko w nie lekko i otworzyła je z rozmachem, po czym wtargnęła śmiało do klasy. Czarny został na zewnątrz, nasłuchując. Szurnięcie wielu krzeseł – pewnie dziewczyny wstały. Przeciągłe „dzieeeń doobryy” ryknięte dwudziestoma dziewięcioma głosami i cisza.
– Moje drogie! Jak zapowiadałam, dzisiaj przyprowadziłam do was nowego ucznia. Bardzo was proszę, aby nie został on potraktowany przez was nachalnie.
– A gdzie ten uczeń? – Odezwał się rozbawiony, nieco bezczelny głos młodej dziewczyny. Dyrektorka rozejrzała się i dopiero teraz zorientowała się, że rozczochraniec wciąż stoi za drzwiami. Skinęła na niego, aby wszedł. Odetchnął szybko i postąpił kilka kroków do przodu. Zatrzymał się, pociągnął za drzwi klasy i zamknął je cichutko. Znowu postąpił kilka kroków do przodu. Stanął przy dyrektorce nie unosząc wzroku na klasę. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich. Przygryzł wargę.
– Jak się nazywasz, młodzieńcze? – usłyszał miękki głos nauczycielki.
– Bill. Bill Kaulitz. – uniósł na nią umalowane oczy.
– A więc witamy cię Bill. Usiądź może z tyłu, jest tam wolna ławka.
– Dziękuję. – Wydusił. Przeszedł na koniec klasy i usiadł. Dyrka wyszła.
– A więc, moje drogie. – Czarny nie powstrzymał się. Z rozbawieniem na twarzy głośno chrząknął. Klasa zachichotała. – To znaczy moi drodzy. – Wychowawczyni się uśmiechnęła. – Nowy rok szkolny zaczął się dwa tygodnie temu a dziś jest dopiero pierwsza godzina wychowawcza. Całkiem dobrze się składa, że Bill trafił do nas akurat teraz. Dzięki temu może zapoznać się z rozkładem zajęć pozaszkolnych. Chciałabym wam przypomnieć, że uczestnictwo w przynajmniej jednym kółku pozalekcyjnym jest obowiązkowe, a w dwóch lub więcej poprawia stopień z zachowania. Macie do wyboru zajęcia z tańca nowoczesnego, aerobiku, teatru, wybranych przedmiotów, językowe, oraz kółka „Przyjaciół książki”, „Małego notatnika” i „Recytatora”. A dzisiaj porozmawiamy o waszych oczekiwaniach wobec szkoły… Zacznijmy od ciebie, Bill. – Chudemu znowu ledwo co uspokojone serce podeszło do gardła. – Jesteś nowy w klasie i do tego w tym skrzydle jako jedyny chłopak pewnie masz jakieś obawy, prawda?
– Myślę… – chrząknął – Myślę, że raczej niezbyt się odznaczam z tłumu biorąc pod uwagę mój wygląd. Ale chciałbym móc uniknąć tekstów typu „za długo przebywasz wśród dziewczyn, zbabiałeś”. Chciałbym was poinformować, że „zbabiały” to ja jestem już od bardzo dawna, bo zacząłem się malować jako dzieciak. I że jeśli będziecie mi chciały dopiec z tego powodu, to nie róbcie sobie kłopotu, tylko się spocicie. Ja jestem już przyzwyczajony do docinków zarówno ze strony chłopaków jak i dziewczyn. To tyle.
– Tak, ja również chciałabym zwrócić wam uwagę, dziewczęta, że narzucanie się Billowi jako chłopakowi czy gwiazdorowi i dokuczanie mu z powodu jego wyglądu będzie zauważane przez grono pedagogiczne. A teraz… – tutaj Czarny przestał słuchać nauczycielki. Wyciągnął po cichu swój szkicownik i rozpoczął cieniowanie ust na portrecie swojej wymarzonej dziewczyny. W pewnym momencie coś go tknęło. Spojrzał na dziewczyny w klasie. W ławce obok niego siedziała… o matko!
O 7: 30, czyli dokładnie piętnaście minut przed czasem, Bill stanął przy swojej, teraz już byłej szafce. Woźna zabrała od niego klucz już wczoraj, gdy zabrał stamtąd wszystkie rzeczy. Dyrektorki nie było jeszcze na horyzoncie. Rozejrzał się jeszcze raz. Prędko tu nie powróci. Ale nie będzie wcale tęsknił za brudnymi ścianami, tak, jak nie zatęskni za śmierdzącymi kiblami, z których nie dało się korzystać, bo były zatkane petami, czy za zużytymi lub nie prezerwatywami leżącymi całymi kupkami w koszach na śmieci… Nie będzie mu brakowało niczego. Chyba…
– Pan Kaulitz? No proszę, jak zwykle punktualny! Och, jest pan nawet przed czasem! – Zaświergotała dyrektor Kreigh. Pewnie myślała, że Bill ma pełno w gaciach ze strachu, mając w perspektywie długi czas który trzeba spędzić wśród dziewcząt, więc próbowała załagodzić sytuację. Nie szło jej to.
– Muszę jeszcze wziąć z sekretariatu kilka papierów i możemy iść, poczekasz tu na mnie jeszcze minutkę? – Spytała.
– Oczywiście. – Ci nauczyciele to zadają pytania. Tak czy siak musiałby tu na nią poczekać, czy to mu się podoba, czy nie. Ciasny, błyszczący lakierem koczek dyrektorki zniknął za drzwiami sekretariatu. Minutka minęła, a jej nie było. Minęło ich pięć i dalej nie wychodziła. Tymczasem dzwonek już się zbliżał i męskie skrzydło szkoły zapełniło się uczniami. Ktoś kto uważa, że płeć męska stroni od plotkarstwa to skończony idiota. Wieści szybko się rozchodzą. Wszyscy patrzyli na Billa. Czasem ze współczuciem, kilka razy nawet zazdrośnie, ale jednak przede wszystkim pogardliwie i wrednie. Nareszcie pani Kreigh wyszła z sekretariatu z opasłą teczką pod pachą.
– Możemy już iść. – Uśmiechnęła się. Szurając butami udał się za odgłosem stukających wysokich obcasów. Gdy przechodzili obok klasy 3A dyrektorka przystanęła tak gwałtownie, że zamyślony Czarny prawie na nią wpadł.
– Pożegnaj się z kolegami, jeśli jest taka potrzeba. – W oczach Olivera, osiłka terroryzującego całe męskie skrzydło szkoły zauważył niebezpieczny błysk… „Oni coś szykują”, przemknęło mu przez myśl. Już chciał zaprzeczyć, ale tamten go uprzedził.
– Chcielibyśmy pożegnać się z nim na osobności, jeśli pani dyrektor pozwoli. – Wyszczerzył się. W głowie rozczochrańca zapaliło się wielkie czerwone światło.
– Oczywiście. Macie minutę. – Ciasny koczek zniknął w tłumie.
– No, stary. – Oliver objął wielkim ramieniem zesztywniałego Billa, który czujnie strzelał oczami na prawo i lewo. – Odchodzisz do siedliska różu, balsamów i maseczek. Nie zazdrościmy ci tego za bardzo. Chcielibyśmy ci jednak coś dać, tak na pożegnanie, żebyś o nas pamiętał. – Wyciągnął z kieszeni dwa małe, prostokątne pudełeczka. Do czerwonego światełka dołączyła syrena alarmowa, jednak chudzielec stał w miejscu, ugiąwszy lekko kolana, żeby w razie czego móc się szybciej rzucić do ucieczki. Oliver ciągnął dalej. – Jeśli będziesz spędzał zbyt dużo czasu zupełnie sam wśród dziewczyn może to oznaczać, że albo sam zbabiejesz, albo spragnione faceta laski rzucą się na ciebie. Drugi przypadek jest raczej mało prawdopodobny, więc zaopatrzyliśmy cię – to mówiąc wcisnął mu pudełeczka do lodowatej dłoni – w dużą paczkę tamponów i saszetkę kondomów. Miłej zabawy. – To mówiąc roześmiał się. Jakby na komendę wszyscy kolesie z klasy 3A również się rozrechotali. Jednak Czarny nie był cielęciem i tym razem chciał im to pokazać. Najspokojniej w świecie otworzył kieszeń plecaka i wetknął do niej tampony.
– Wątpię, aby mi się miały przydać, ale dzięki. Z kolei to – podniósł prezerwatywy do oczu Olivera i wsadził je sobie do kieszeni spodni – to na pewno wykorzystam już na pierwszej długiej przerwie. Lepiej, żebym miał je pod ręką. Wielkie dzięki. – Uśmiechnął się nieszczerze. Chłopakom poopadały kopary. Nie zdążyli jednak zareagować. W tym samym momencie wróciła pani Kreigh.
– Idziemy. – Zakomenderowała. Bill skinął głową i poszedł za nią. Tym razem wbił wzrok prosto w oczy swojemu bratu. Wylał w tym jednym spojrzeniu mnóstwo emocji – złość, zawód, smutek. Tom nie spojrzał mu w oczy, nie był w stanie.
Dyrektorka odsunęła ze skrzypnięciem drzwi bramy prowadzącej z boiska chłopaków na dziedziniec dziewczyn. Żadnej spóźnialskiej już tam nie było w odróżnieniu do boiska przez które trzeba było się przeciskać pomiędzy ciałami w sportowych koszulkach. Idąc po betonie Czarny skupił usilnie swoją uwagę na stukocie obcasów dyrektorki. Nie chciał myśleć o spuszczonych powiekach brata ani o wrednym rechocie Olivera. Zaczął zastanawiać się nad tym, jakie dziewczyny będą chodziły do jego klasy. Czy będą miłe, czy też będzie panowała u nich taka sama wredna hierarchia jak w męskiej 3A…
Martha otworzyła bramę żeńskiego skrzydła. Niepewne kroki naznaczone dźwiękiem stąpających kowbojek wtargnęły na korytarz. W jednej chwili wszelkie dziewczęce rozmowy ucichły. Wszystkie oczy zwróciły się ku rozczochranej czuprynie. Bill ścisnął dłońmi ramię plecaka z całych sił i zacisnął zęby. Spuszczony wzrok utkwił w lśniącej czystością posadzce. Nie podniósł go tak długo, aż dyra nie zatrzymała się przed drzwiami sali lekcyjnej numer 368. Puknęła lekko w nie lekko i otworzyła je z rozmachem, po czym wtargnęła śmiało do klasy. Czarny został na zewnątrz, nasłuchując. Szurnięcie wielu krzeseł – pewnie dziewczyny wstały. Przeciągłe „dzieeeń doobryy” ryknięte dwudziestoma dziewięcioma głosami i cisza.
– Moje drogie! Jak zapowiadałam, dzisiaj przyprowadziłam do was nowego ucznia. Bardzo was proszę, aby nie został on potraktowany przez was nachalnie.
– A gdzie ten uczeń? – Odezwał się rozbawiony, nieco bezczelny głos młodej dziewczyny. Dyrektorka rozejrzała się i dopiero teraz zorientowała się, że rozczochraniec wciąż stoi za drzwiami. Skinęła na niego, aby wszedł. Odetchnął szybko i postąpił kilka kroków do przodu. Zatrzymał się, pociągnął za drzwi klasy i zamknął je cichutko. Znowu postąpił kilka kroków do przodu. Stanął przy dyrektorce nie unosząc wzroku na klasę. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich. Przygryzł wargę.
– Jak się nazywasz, młodzieńcze? – usłyszał miękki głos nauczycielki.
– Bill. Bill Kaulitz. – uniósł na nią umalowane oczy.
– A więc witamy cię Bill. Usiądź może z tyłu, jest tam wolna ławka.
– Dziękuję. – Wydusił. Przeszedł na koniec klasy i usiadł. Dyrka wyszła.
– A więc, moje drogie. – Czarny nie powstrzymał się. Z rozbawieniem na twarzy głośno chrząknął. Klasa zachichotała. – To znaczy moi drodzy. – Wychowawczyni się uśmiechnęła. – Nowy rok szkolny zaczął się dwa tygodnie temu a dziś jest dopiero pierwsza godzina wychowawcza. Całkiem dobrze się składa, że Bill trafił do nas akurat teraz. Dzięki temu może zapoznać się z rozkładem zajęć pozaszkolnych. Chciałabym wam przypomnieć, że uczestnictwo w przynajmniej jednym kółku pozalekcyjnym jest obowiązkowe, a w dwóch lub więcej poprawia stopień z zachowania. Macie do wyboru zajęcia z tańca nowoczesnego, aerobiku, teatru, wybranych przedmiotów, językowe, oraz kółka „Przyjaciół książki”, „Małego notatnika” i „Recytatora”. A dzisiaj porozmawiamy o waszych oczekiwaniach wobec szkoły… Zacznijmy od ciebie, Bill. – Chudemu znowu ledwo co uspokojone serce podeszło do gardła. – Jesteś nowy w klasie i do tego w tym skrzydle jako jedyny chłopak pewnie masz jakieś obawy, prawda?
– Myślę… – chrząknął – Myślę, że raczej niezbyt się odznaczam z tłumu biorąc pod uwagę mój wygląd. Ale chciałbym móc uniknąć tekstów typu „za długo przebywasz wśród dziewczyn, zbabiałeś”. Chciałbym was poinformować, że „zbabiały” to ja jestem już od bardzo dawna, bo zacząłem się malować jako dzieciak. I że jeśli będziecie mi chciały dopiec z tego powodu, to nie róbcie sobie kłopotu, tylko się spocicie. Ja jestem już przyzwyczajony do docinków zarówno ze strony chłopaków jak i dziewczyn. To tyle.
– Tak, ja również chciałabym zwrócić wam uwagę, dziewczęta, że narzucanie się Billowi jako chłopakowi czy gwiazdorowi i dokuczanie mu z powodu jego wyglądu będzie zauważane przez grono pedagogiczne. A teraz… – tutaj Czarny przestał słuchać nauczycielki. Wyciągnął po cichu swój szkicownik i rozpoczął cieniowanie ust na portrecie swojej wymarzonej dziewczyny. W pewnym momencie coś go tknęło. Spojrzał na dziewczyny w klasie. W ławce obok niego siedziała… o matko!

O matko!... kto?! Pewnie ona, c'nie ? Ulalla *.*
OdpowiedzUsuńNo, rozdział jest zajebisty, mam nadzieję , że to opowiadanie wydasz kiedyś jako książkę ;*