piątek, 15 listopada 2013

Rozdział 22

Zieleń. Zielony mech porastający drzewa o zielonych konarach. Zielone igły świerków. Zielony zapach zielonych pokrzyw. Zielonoszare, roześmiane kpiąco oczy. Brąz. Brązowe, wpół zbutwiałe liście brudzące obuwie. Brązowe, czerwone i złote liście drzew. Czerń. Czarna czupryna. Czarna kurtka. Biel. Biały kok. Biała skóra. Białe pasemka. Orzech. Zapach orzechów kokosowych unoszący się nad białą głową. Orzechowe refleksy w zbolałych, orzechowych oczach…
 - Stephanie, błagam. Tylko pięć minutek.
 - No przecież szukam suchego konara! Jesteś aż tak zmęczony?
 - A żebyś wiedziała! Łazimy już – rzucił okiem na zegarek – dwie i pół godziny!
 - Nie już, ale tylko. To wcale nie tak dużo czasu, biorąc pod uwagę, że nasze płuca otrzymują dostawę czystego powietrza. Poza tym to nie moja wina, że las jeszcze nie wysechł po deszczach.
 - Upoiłem się już świeżym powietrzem na następne dziesięć lat. Mimo wszystko teraz obiecuję, że nie będę narzekał na wilgotne portki, nawet jeśli pozwolisz mi usiąść wyłącznie w kałuży.
 - Nie kuś losu… – spojrzała na niego łobuzersko.
 - Wolałbym kusić ciebie – palnął, zanim zdążył się ugryźć w język. Poczuł, że krew napływa mu do i tak zaróżowionych od powietrza policzków. Chciał spuścić oczy, ale przypomniał sobie co w takich sytuacjach robił Tom. Zamiast grzecznie się speszyć, obdarzył ją najbezczelniejszym uśmiechem na jaki mógł się teraz zdobyć. Udało się, odebrała tamto zdanie jako żart. Aby zmienić temat, powiedział, trochę za gorliwie:
 - Obiecuję ci to. Tylko daj mi odpocząć.
 - W porządku. – Oczy Śnieżki się zaświeciły. – Odpoczywaj sobie. – Już miał się uśmiechnąć z wdzięcznością, gdy dodała:
 - Tutaj masz wygodne błoto. – Wskazała ruchem kamerdynera burą paćkę ze zbutwiałych roślin, kamyków i innych mało przyjemnych rzeczy. Spojrzał na nią zaskoczony i zdegustowany.
 - Nigdzie indziej nie pozwalam ci spocząć. Oczywiście nie musisz siadać. Możesz iść ze mną dalej. Kolejne dwie i pół godziny spędzone w przeuroczej zieleni i czystym powietrzu w akompaniamencie dyszenia i wydzielania siódmych potów. Co wybierasz? – uśmiechnęła się kpiąco.
 - Tu nie ma żadnego wyboru. – Stęknął.
 - No to idziemy dalej. – Odwróciła się do niego plecami. Nie uszła jednak czterech kroków, gdy usłyszała głuchy plask a potem głos:
 - Ja się nigdzie nie wybieram. – Spojrzała za siebie. Bill, siedząc w kupie błota, pomachał jej wesoło. Jego oczy mówiły „nie spodziewałaś się tego po mnie, co?”. Prawda. Nie spodziewała się. Podbiegła do niego i krzyknęła oskarżycielsko:
 - Bill! Przecież znaleźlibyśmy w końcu jakieś siedzisko!
 - Po co? – udał zaskoczonego – Tutaj jest bardzo wygodnie.
 - Ale niespecjalnie higienicznie.
 - Skąd ten pomysł? Sama natura. – Powiedział, biorąc pełną garść szarej masy i wyciągając rękę ku jej twarzy. Cofnęła się, wykrzywiona, ale widać było, że z trudem panuje nad śmiechem. Pomógł jej się rozluźnić, sam wybuchając srebrnym chichotem. Wyrzucił paskudztwo w krzaki. Głośno chlasnęło o podłoże przy upadku. Znowu się roześmiał, tym razem głośno. Tymczasem Kokosanka włączyła aparat i strzeliła mu kilka zdjęć. Udanych, nie ma co, wykrzywiał się, jak tylko mógł.
 - Wstawaj już, przeziębisz się. – Biała wyciągnęła ku niemu rękę. Pokręcił głową.
 - Jeszcze nie odpocząłem. Moje nogi mnie nie uniosą.
 - Ale ja owszem. – Rzuciła rozbawiona. Kucnęła, złapała go pod kolanami prawą ręką, a lewą przytrzymała plecy. Zaczęła wstawać, trzymając go w ten sposób.
 - Stephanie, nie! Przestań! Jestem za ciężki! – Na to ostatnie zdanie zareagowała prychnięciem jak rozdrażniona kotka. Wstawała dalej. Tyłek Billa oderwał się od mazi z głośnym cmoknięciem. Ten dźwięk tak ją rozbawił, że nie była w stanie utrzymać ciężaru i posadziła chłopaka z powrotem. Nachmurzył się. Ona z kolei, wstając, zatoczyła się ze śmiechu i zanim którekolwiek zareagowało, poślizgnęła się na zdradliwym podłożu i zapoznała z wilgocią leśnej ściółki własną pupę.
Minęło kilka minut, zanim uspokoili chichot na tyle, żeby móc rozmawiać. Teraz to Bill włączył aparat i zrobił jej sesję, tak dla wyrównania rachunków. Gdy skończył, puścił jej perskie oczko pod tytułem „lepiej już wstańmy”. Pozbierali się, zaliczając przy tym parę dodatkowych upadków. Pierwszy utrzymał się na nogach Bill.
 - Pomogę ci. – Powiedział i podtrzymał ją w ramionach. Przeszył go prąd. Bał się, że powrócą wibracje, jednak teraz, gdy już wiedział skąd się wzięły, powstrzymywał się, oddychając głęboko, spokojnie i równomiernie. Gdy, niechętnie, musiał ją już puścić, zdjął bluzę i przewiązał sobie w pasie.
 - Lepiej, żebyśmy tylko my wiedzieli, że mamy ubłocone tyłki. – Zachichotał. Dziewczyna poszła w jego ślady, przewiązała sweter w talii i pociągnęła go za rękę.
 - A teraz idziemy usiąść na jakimś pniu. Mam ochotę na herbatę z twojego termosu. – Przyznała zamyślona. Uśmiechnął się.
***
 - Steph, ruchy! Ile można się zastanawiać nad jedną bluzką? – Nina ze śmiechem wtargnęła do przebieralni, gdzie Stephanie, ubrana w ciemnoniebieską bluzeczkę ze sznurkami zamiast pleców i wykrojonym dekoltem zastanawiała się, jaki świr wpadł na pomysł zaprojektowania takiego ciucha. Właśnie wybierała między Frankensteinem a projektantem mody. Było już kilka dni po wyprawie z Billem do lasu, ale za każdym razem gdy ją wspominała, na jej ustach wykwitał uśmiech.
 - Steph?
 - Frankenstein.
 - Że co?
 - Nic. Ta bluzka strasznie gryzie, jakby była zrobiona z plastiku. Nie przepuszcza powietrza. I wygląda fatalnie.
 - To prawda, nie wygląda najlepiej. A z plastikiem trafiłaś w sedno. To lateks. – Dziewczyna odrzuciła z ramienia długie włosy i wygięła pełne wargi w łagodnym uśmiechu. – Ale ta będzie wyglądała świetnie.
Po chwili Kokosanka mierzyła już białe cudeńko wiązane na piersiach, odsłaniające niemal cały brzuch i pół piersi. Zaskoczona własną reakcją stwierdziła, że jej się podoba.
 - Jeśli jej nie kupisz, to ja ci ją kupię, ale musisz ją mieć i koniec. Jest bombowa.
 - Ale co ja według ciebie mam do niej włożyć? Dżinsy?
 - A w życiu! Zaraz przyniosę jakieś spodenki. Podaj mi tylko rozmiar. – Tak minął cały dzień. Stephanie przesiadywała w przebieralni, cała szczęśliwa mimo podrapanych od ściągania wycekinowanych bluzek ramion, a Nina krążyła po sklepie znosząc jej coraz to nowe fatałaszki, wbrew pozorom również podekscytowana i uśmiechnięta. Wyszły z centrum handlowego z wypiekami na twarzach i naręczami kolorowych toreb w dłoniach.
 - Kiedyś mówiłaś mi, że jesteś fotomodelką. – Zaczęła Steph, gdy siedziały w kafejce.
 - Tak. Zaczęłam w miesiąc po mojej wyprowadzce z Loitsche. W sumie byłam wtedy jeszcze dziewczynką, ale wypadłam tak dobrze na próbnych zdjęciach, że od razu znalazł się dla mnie agent.
 - I do jakich zdjęć pozujesz?
 - Nigdy rozbieranych. Ze względu na moje… hm… kobiece atuty, jasne włosy i upodobanie do skąpych ciuchów wielu fotografów jest przekonanych, że nakłonienie mnie do erotycznej sesji to pryszcz, ale jeszcze żadnemu się nie udało. Chociaż, muszę przyznać, oferowano mi za to nieliche pieniądze. Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że pewien desperat za jedno zdjęcie był gotów wręczyć mi roczną wypłatę przeciętnego człowieka.
 - I co ty na to? – Oczy Białej się powiększyły.
 - Delikatnie mu wyjaśniłam, gdzie może sobie wetknąć ten zwitek zielonych. – Zachichotały.
 - A wybieg? Zdarza ci się na nim wylądować? – Spytała po chwili.
 - Jasne, nawet bardzo często. Niestety.
 - Niestety?
 - Za kulisami dzieją się okropne rzeczy. Dziewczyny robią wszystko, by schudnąć lub wyglądać szczuplej. Dosłownie wszystko. Nawet miażdżą sobie kości ściskanymi niemiłosiernie gorsetami. Poza tym każda na każdą patrzy morderczym wzrokiem. Ale i tak najgorsze jest to, że w modelingu nie ty decydujesz, ile masz ważyć, tylko twój agent. Jeśli agent powie: czterdzieści pięć, musisz zrzucić tyle, żeby dobić do czterdziestu. Wtedy możesz być pewna, że pozostaniesz jeszcze na pięć minut w tym biznesie. Jeśli zrzucisz na czterdzieści pięć, możesz liczyć na minutę. A jeśli nie dasz rady i dobijesz tylko do czterdziestu sześciu – wylatujesz.
 - Ty nie wyglądasz jak szczapa.
 - Bo ja mam normalnego agenta, który jest bardziej nastawiony na fotomodeling niż na wybieg. I chwała mu za to. W końcu zawsze można zrobić retusz w programie. A na wybiegu nie zrobisz retuszu. – Po chwili zasępionego milczenia Nina podniosła wzrok na koleżankę z uśmiechem i rozbawionymi iskierkami w oczach.
 - Czemu tak na mnie patrzysz?
 - Nie chciałabyś się ze mną wybrać kiedyś na sesję?
 - I co ja bym tam miała robić?
 - Pozować, naturalnie.
 - Ale po co?
 - Każda dziewczyna powinna mieć portfolio. Tak na wszelki wypadek.
 - W takim razie w ramach rewanżu ja zabiorę cię na próbę mojego zespołu tanecznego.
 - Cheerleaderki?
 - Nie. Tak. Nie. Znaczy… – Nieśmiały uśmiech i westchnienie zawitało na twarzach dziewczyn.
 - Nie, tak, czy jak?
 - Tańczymy różne układy. Czasami, żeby zarobić, dajemy się wynająć na jakiś mecz za śmieszne, ale mimo wszystko pieniądze. Ćwiczymy na boisku szkoły artystycznej, kawałek od naszej szkoły. Kiedyś – tutaj Biała urywanie parsknęła – kiedyś Bill wtargnął na naszą próbę. Ale był wrzask.
 - Wrzask? W sensie, że dziewczyny piszczały?
 - I to jeszcze jak! Dziewczyno! Uszy rozsadzało. Ale ja nie dałam mu satysfakcji i nie podbiegłam do niego.
 - Stałaś sama na boisku?
 - Owszem. Wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam do Doris. Wściekła opowiedziałam jej co się dzieje, a ona tylko się roześmiała. Powiedziała, że jak go zna, to pół dnia będzie mnie potem przepraszał w szkole. – Uśmiechnęła się do wspomnień.
 - I…? – Spytała niecierpliwie Nina po chwili milczenia.
 - I przepraszał! Dwie lekcje i dwie przerwy! Jak w końcu przestałam udawać, że jestem zła, to do końca dnia patrzył na mnie wzrokiem zbitego psa. Musiałam go jakoś pocieszyć, więc napisałam mu maila. Odpisał, że nie znosi swojego sumienia, bo ono mu nie daje spokoju i że dalej się czuje jak idiota, ostatni palant i tak dalej. Przeszło mu jednak dosyć szybko. Nie wracam do tego wydarzenia przy nim, bo gdy raz tak zrobiłam to pokraśniał jak piwonia i co chwila zmieniał minę z męczennika na lizusa i z powrotem. 
***
 - Skucha! Teraz ja! – Uśmiechnął się Tom odbierając zieloną skakankę z rąk brata. Ten spojrzał na zegarek, wciągnął ze świstem powietrze i rzucił:
 - Tom, ty skacz, a ja zacznę się ubierać.
 - A gdzie ty się wybierasz? Masz randkę? – zakpił.
 - To nie jest śmieszne. – Walnął bliźniaka w ramię. – Ja idę z Niną do parku. Pogramy w siatkówkę. Ja jej obiecałem, że nauczę ją ścinać.
 - A potem pójdziecie na lody i będziecie sobie mówić, jak bardzo się kochacie… – Rzucił z bezczelnym uśmiechem, obejmując się ramionami. W nagrodę poczęstowano go kuksańcem.
 - Spadaj. Ja nikomu nie będę mówić, że ja go kocham. – Chłopiec pokazał mu język i pobiegł do swojego pokoju. „Muszę powiedzieć mu w końcu, ze za często używa słowa ‘ja’. To mnie zaczyna zdrowo wkurzać. Swoją drogą, ciekawe co u Billa w moim dawnym życiu.” Tom przestał już myśleć o swoim żywocie wypełnionym karierą jak o czymś prawdziwym. Stał się on tylko wspomnieniem. Wyjątkowo zamglonym wspomnieniem. Mówił o nim jak o przeszłości, nazywał je „dawnym życiem”. Prawdziwym życiem było teraz to, w którym skacze się na skakance, kopie piłkę, tłucze się z bratem, bawi w chowanego i je lody. To, w którym ogląda się kreskówki. To, w którym jest się beztroskim. To, w którym on był naprawdę szczęśliwy.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Bill poleciał otworzyć. Tom wyszedł za nim. Umierał z ciekawości, jak to Nina kiedyś wyglądała? Za rzadko z nią wtedy przebywał, żeby zapamiętać.
 W drzwiach stała mała blondyneczka. Wielki aparat na zębach i jeszcze większe okularzyska, zielona koszulka i czarne spodenki w białą kratkę stanowiły absolutne zaprzeczenie tego, co będzie sobą przedstawiała w przyszłości. Z rozmarzeniem pomyślał o jej przyszłych kształtach… Żeby znowu posmakować kobiecego ciała, musi jeszcze poczekać. Nie zmartwiło go to.
Jego brat z przyjaciółką wybiegli w stronę parku. Patrzył chwilę za nimi, po czym wrócił do wnętrza domu. Nic mu się nie chciało, poszedł więc do kuchni i nałożył sobie porcję lodów z pudełka. Jedząc truskawkowe kulki myślał niechętnie o starym życiu. Zastanawiał się, czy umarł, czy balansuje zawieszony między śmiercią a życiem. Przypominało mu się coraz więcej szczegółów z ostatnich dni przed tragedią. Poszedł do szkoły z pamiętnikiem Billa. Po szkole pojechał na imprezę. Na tej imprezie czytali z kumplami czarny zeszyt, płacząc ze śmiechu. Zażył wtedy jakąś brązową tabletkę, którą kolega polecił mu jako „rozluźniacz”. Wrócił do domu i zastał porządek w swoim pokoju, chociaż zostawił przed wyjściem burdel. Rozłożył resztę pamiętników na łóżku i czytał powoli, jak to po pijaku, nie mogąc uspokoić rozedrganych literek. Wtedy wpadł Bill, blady, ale z jakąś dziwną nadzieją w oczach. Zgasła ona, gdy tylko zorientował się co się dzieje. Powiedział coś okropnego i uderzył Toma w twarz. Wybiegł, powstrzymując łzy. Spał cały kolejny dzień. W tym czasie Tom załatwił sobie kokainę przez telefon – kumpel podrzucił mu ją oraz kilka flaszek wódki wieczorem w drodze do klubu nocnego. Potem, pod wpływem alkoholu, wykradł nocą nóż z kuchni. Z powrotem w pokoju zażył końską dawkę narkotyku i dopił drugą butelkę wódki. Wypalił także prawie cała paczkę papierosów, aż mu się zrobiło niedobrze. Powinien już paść nieprzytomny pod stołem, ale okazało się, że ma mocniejszą głowę niż przypuszczał. Prawdopodobnie „zahartował” ją na popijawach z kolegami. Tak czy siak podciął sobie żyły, tnąc mocno wzdłuż fioletowych linii na długości całego przedramienia. Przestraszył się tego co zrobił, gdy tylko pierwsze krople zaczęły się sączyć spod skóry. Przycisnął je do koszulki, nie chcąc na nie patrzeć. Kokaina zaczęła działać, ale nie rozweseliła go, tylko wprowadziła w stan odrętwienia. Przeżywał wszystko dwa razy silniej. Zapalił jeszcze ostatniego papierosa, czując, ze coraz trudniej mu się oddycha. Wtedy przyszła mama. Wygonił ją. Oderwał ręce od koszulki, polał wódką z ostatniej butelki, pociągnął ostatni łyk palącego napoju i poszedł do Billa. Potknął się po drodze i mocno uderzył w głowę. Czuł wtedy już bardzo silne kłopoty w oddychaniu. Wciągana przez nos kokaina i papierosy zrobiły swoje. Postanowił, że chce umrzeć. Ale jeśli już, to tylko w ramionach brata. Położył się obok niego, powiedział, że go kocha i poczuł się gotowy. Zapadła ciemność. Dryfował w niej przez chwilę, a potem obudził go Bill… w tym życiu. Nagle pomyślał, że może to całe tamto życie było tylko jakimś niezwykle wyrazistym snem… Po chwili zarzucił jednak tę hipotezę. Niemożliwe. Po prostu niemożliwe.
Siedział odrętwiały przez kilka minut. Resztki lodów zupełnie się już rozpuściły. Odłożył miseczkę. Poczuł wyrzuty sumienia. Jeśli tamto było prawdziwe, to może… Może Bill się martwi? Jeśli pochowano Toma, to może cierpi katusze? Może chce popełnić samobójstwo? Łzy napłynęły do dziecięcych oczu. Była tylko jedna, jedyna rzecz, która mogłaby zmusić go do opuszczenia tego życia.
 - Bill… – szepnął. Łza potoczyła się po policzku, zmywając grzechy i skazy. Zmywając zdradę. Spłynęła druga – łza pokuty. Trzecia – zadośćuczynienia. Czwarta – cichej, subtelniej, braterskiej miłości…

____________________________________________________________________

czwartek, 14 listopada 2013

Rozdział 21

Iż gdyż mam an dysku jeszcze ten rozdział to go dodaję  już dziś xd Zapraszam do komentowania ;**

Martua


__________________________________________________________________


 Bill przychodził do Toma codziennie, chociaż na pół godziny. Czasem dwa razy na dzień, jeśli coś go wyjątkowo wkurzyło lub ucieszyło. Czasem towarzyszyła mu Stephanie, częściej jednak Nina, która, mimo, że zarzekała się na wszystkie świętości to czuła chyba coś do Dredziarza, bo kiedyś, gdy Bill wyszedł do toalety, zastał przyjaciółkę ze łzami w oczach pochyloną nad twarzą chłopaka, jedną ręką głaszczącą go po głowie a drugą ściskającą jego dłoń. Raz poszedł do brata z Eleną, ale właściwie nie dlatego, że ona potrzebowała zobaczyć się z Tomem. Miała krótką, lekką depresję jesienną. Potrzebowała zeszytu i długopisu. Musiała napisać kilka wierszy dla własnego spokoju i harmonii, jednak nie miała pomysłów i to ją jeszcze bardziej irytowało. Nieruchoma, zastygła twarz blondyna doskonale nadawała się na natchnienie dla tej wampirzycy. Z typowo gotycką fascynacją przyglądała się nieruchomemu ciału Dredziarza, jakby był trupem czy czymś w tym rodzaju. Bill nic wtedy nie mówił, patrząc na nią wręcz rozbawiony. Poza tym zżył się z Eleną przez ostatnie dni. Przychodził do niej i bawili się razem z jej psotnym kociakiem. Dzięki temu unikał ciężkiej atmosfery w domu. Opowiadał nieprzytomnemu bratu każdą sekundę z życia jego, mamy, kumpelek. Często pieszczotliwym gestem przekładał mu dready, gładził go po dłoni. Martwiło go, że ferie się kończą, bo nie będzie miał czasu na odwiedzanie brata, jednak pocieszały go dziewczyny. 

***
Któregoś dnia przyszedł do Eleny cały rozpromieniony. Gdy powitała go w drzwiach z radości cmoknął ją w policzek tak mocno, że jej mama dyskretnie wyjrzała z kuchni. Czarne kociątko dziewczyny przypałętało się do przedpokoju i leniwie otarło o nogi chłopaka w oczekiwaniu na swoją porcję pieszczot. Uśmiechnięty nastolatek wziął je na ręce i przez następne pół godziny głaskał i drapał aż zwierzątko usnęło. Położył je na kolanie i sięgnął po kubek gorącej czekolady przygotowany dla niego przez Gotkę. 
 - Co ty taki zadowolony dzisiaj?
 - Tomowi zdjęli maskę tlenową! Samodzielnie oddycha! – Wykrzyczał rozpromieniony.
 - To świetnie! – Uściskała go.
 - A wiesz co jest jeszcze lepsze? Kiedy położyłem się obok niego widziałem, że porusza leciutko oczami pod powiekami! Jakby miał się obudzić!
 - Nie tak szybko, kowboju! – Powiedziała poważnie.
 - No co?
 - Dobrze wiesz, że Tom tak szybko się nie obudzi!
 - Czemu tak mówisz? – Zapytał. Dobry humor zupełnie znikł z jego oczu.
 - Bill… – Westchnęła i objęła go jednym ramieniem. – On porusza oczami, bo jest w śpiączce. Głębokiej śpiączce. Nie wiem, czy cię słyszy, czy nie, ale te drgania oczu mogą być po prostu odruchowe, no wiesz… Przypadkowe.
 - Wiem… – Skrzywił się lekko. Kot śpiący na jego nodze ziewnął i otworzył bursztynowe oczka. Spojrzał na Czarnego wesoło, ale gdy tylko zauważył, że został odsunięty od ciepłego brzucha na kolano, jego wzrok przybrał wyraźną nutę zarzutu. Wstał na łapki i, bujając się lekko, przeszedł na udo, po czym wsadził nosek pod dosyć szeroką jak na Billa koszulkę, przepchnął pod rąbkiem materiału głowę i łapki i ułożył się, wtulając w nagą, rozgrzaną skórę. Postawił na swoim. Tak jak Tom. Ale zanim to zrobił… obudził się przecież. Czy to nie jakiś znak?
 - Przygotowana już jesteś na to, że pojutrze wracamy do szkoły?
 - Nie. – Roześmiała się. – Ale żebyś słyszał Svenję! Ta to dopiero jest zrozpaczona!
 - Domyślam się. – Puścił do niej oczko. Wszyscy wiedzieli, że, mimo niezłych ocen, Svenja serdecznie nie cierpi szkoły. Na ostatniej lekcji nie można było z nią czasem wytrzymać, wierciła się, oglądała na zegarek co pięć sekund, przewracała oczami, stukała ołówkiem, słowem robiła wszystko, tylko nie słuchała nauczyciela. Może poza lekcją angielskiego. Ich nauczycielce pomagał od pewnego czasu młodziutki praktykant o podobnym stylu co ich rozrabiara – duże spodnie i koszulka oraz luźno zawiązany krawat. Gdy prowadził lekcję dziewczyna siedziała cichutko i spokojnie i jak zaczarowana słuchała, a raczej pożerała słowa chłopaka. Wodziła za nim wzrokiem bez przerwy, a gdy przechodził obok jej ławki momentalnie spuszczała oczy i uporczywie gapiła się na swoje paznokcie lub czubek długopisu. Za każdym razem gdy tak się działo Bill i Doris, którzy na angielskim siedzieli niedaleko siebie, rzucali sobie znaczące spojrzenia pod tytułem „mała Svenja się zabujała”.
 - Tak czy inaczej zamierzam się dzisiaj zobaczyć z resztą paczki.
 - Steph będzie? – Zapytał odruchowo Czarny. Już sekundę po tym pytaniu oblał się pąsowym rumieńcem i pożałował, że w ogóle je zadał. Elena miała paskudny zwyczaj odgadywania wszystkich jego myśli bazując wyłącznie na gestach i spojrzeniach, no i oczywiście na rumieńcach, które raz po raz wykwitały na jego pociągłej twarzy, gdy wspominano o Białowłosej.
 - Niestety nie od początku. Znowu wybiera się z Niną do miasta.
 - Polubiły się. – Uśmiechnął się z ulgą. Kiedyś w życiu nie odważyłby się zagadać do żadnej dziewczyny, dopóki nie obejrzała jej Nina. Potem potencjalne cele flirtu sprawdzał Tom, ale i tak zawsze wychodziło na to, że to wieloletnia przyjaciółka lepiej się na tym znała. Tak więc jeśli zaprzyjaźniła się ze Stephanie, to może startować.
 - Posłuchaj, Bill… Pamiętasz, jak w pierwszy dzień szkoły pokazałeś nam portret Stephanie?
 - Pamiętam. – odparł.
 - Narysowałeś ją wtedy ze snu…
 - Do czego zmierzasz?
 - Czy ona śni ci się dalej? – wypaliła.
 - Wiesz… – Zawahał się przez moment. – Właściwie to od dnia, gdy się z nią zapoznałem nie odwiedzała mnie w nocy ani razu.
 - Dziwne… – Schyliła głowę.
 - Potwierdzam. – Powiedział. Gdy po upływie dwóch minut cisza zaczynała mu się dłużyć, delikatnie wyjął kota spod koszulki, chwycił małą poduszeczkę leżącą obok niego i rzucił w nią. Z początku, wyrwana z zadumy, nie wiedziała, co się dzieje. Gdy na niego spojrzała, aniołkowatym spojrzeniem podziwiał sufit. Jednak w moment potem kolejna poducha wyrżnęła o jego potylicę. Zwężone w szparki oczy chłopaka mówiły jedno: „Nie puszczę płazem!”. Okładali się przez kolejne dwie i pół godziny, śmiejąc perliście. Jedna z długich, czarnych spódnic, które Elena zwykła nosić nawet po domu, wyraźnie jej przeszkadzała.
 - Poczekaj, muszę się przebrać. – Wysapała, zrzucając poduszki i koc z pleców i potarganej głowy. Miękkim, szybkim ruchem odrzuciła ich plątaninę, będącą kiedyś luźnym, równo zaplecionym warkoczem, zsunęła się z materaca i zniknęła za drzwiami z weneckiego lustra, stanowiącego wrota do wypełnionego czernią, purpurą, bielą i czerwienią królestwa, czyli jednym słowem udała się do garderoby. Wróciła po chwili w obcisłym topie i najzwyklejszych dżinsach.
 - Umiesz pleść warkocze? – Zapytała, stojąc przed nim zgięta wpół, szarpiąc drewnianą szczotką czarną burzę zwisającą z jej głowy. Zastanowił się chwilę. Czteroletnia Nina często prosiła go po zabawie w piaskownicy żeby poprawił jej warkoczyki. Z reguły się udawało, ale może wypadł z wprawy…? Nie zaszkodziło sprawdzić.
 - Spróbuję. – Rzucił krótko. Gestem poprosił, by usiadła plecami do niego. Zabrał dziewczynie szczotkę i za jej pomocą bardzo delikatnie rozdzielił czarną gęstwę na trzy grube części. Następnie, po chwili wahania zaczął sobie przypominać – lewy kosmyk do środka, potem prawy, lewy, prawy… Na koniec czerwona gumka i gotowe. Rzucił grubą linę na tors dziewczyny.
 - Bardzo ładnie. – Skwitowała z ciepłym uśmiechem, nagradzając go głośnym cmoknięciem w policzek. Jak zwykle zrobił się buraczano pomidorowy i jak zwykle dziewczyna zachichotała.
***
 - Tom! Bill! Wracajcie do domu, obiad na stole! – Zawołała mama. Tom obrócił się gwałtownie w stronę domu, tracąc piłkę z oczu. To był błąd, bo po chwili twardy skórzany balon rąbnął go porządnie w potylicę, aż mu w oczach pociemniało.
 - W porządku? – zapytał go umorusany brat.
 - Chyba tak… – skrzywił się, masując obolałe miejsce – Będę miał guza…
 - Miałeś brać na główkę!
 - Mama zawołała…
 - Prawda, chodźmy jeść! – Przerwał mu z szerokim uśmiechem, pędząc w stronę drzwi – Kto ostatni ten trąba! – Ze śmiechem Tom poderwał się z ziemi i rzucił się w pościg za chłopcem.
Trochę później siedzieli w czystych ubraniach na kanapie i pili herbatę z mlekiem. Rzadko zdarzało się, żeby któryś z nich przerywał święty rytuał oglądania popołudniowych kreskówek, toteż bardzo zdziwiło przyszłego Dredziarza, gdy brat odchrząknął i zapytał nieśmiało:
 - Myślałeś poważnie o tym zespole?
 - Jasne. – Odparł, nie spuszczając oczu z Królika Bugsa zawiązującego myśliwemu strzelbę na piękną kokardkę. Uśmiechnął się lekko.
 - Tom, ja pytam serio.
 - A ja serio odpowiadam. Napisałeś już jakąś piosenkę?
 - Próbowałem, ale niezbyt mi idzie.
 - Może na początek przerób jakiś tekst Neny.
 - Hm… to nie jest głupi pomysł.
 - Ja nie miewam głupich pomysłów. – Popatrzył na brata z wyższością.
 - Głupi jesteś. – Skrzywił się młody poeta. Po chwili obaj wybuchli śmiechem, Bill dlatego, że rozbawiła go gra słów, Tom dlatego, że czuł się tak… beztrosko. Wakacje, żadnego chodzenia do szkoły, herbata z mlekiem, kreskówki, zmartwienia typu „czy uda mi się kiedyś samemu podciągnąć kalesonki albo wbić gwóźdź jak tata” i tym podobne. Nie było problemów z kategorii „kasa” „laski” „nieprzespane noce” „obowiązki” „czy Jost się zgodzi” „jeśli media się dowiedzą”.
Gdy wieczorem kładł się spać stwierdził, że nie chce wracać. Nie chce znowu być osiemnastoletnim pijaczyną. Nie chce zdawać żadnej zasmarkanej matury ani nawet zabawiać się z dziewczynami. Chciał tu zostać, w przeszłości, cieszyć się każdą chwilą dzieciństwa jeszcze raz, wiedząc, co przeżywa, doceniać każdą drobną radość, uśmiechać się na myśl, że wredna sklepikarka wiecznie patrząca mu na ręce będzie kiedyś błagała, by ukradł coś z jej sklepu, aby móc się tym pochwalić przed koleżankami. Chciał zostać. Nie żal mu było martwiącego się o niego brata, nie myślał o nim. Bo przecież ma brata także tutaj…
***

Pierwszy tydzień szkoły po feriach był tak jednostajny i nudny, że Czarnemu zupełnie nic się nie chciało. Dokończył już zupełnie portret Stephanie, cały dzień potrafił przesiedzieć w Internecie, przy książkach albo u Toma. Deszcz lał jak z cebra. Dopiero w piątek po południu słońce niespodziewanie przypiekło. Wszędzie było sucho, powietrze pachniało orzeźwiająco spadającymi liśćmi a kolory drzew wprost kusiły do udania się na spacer po parku czy lesie.
Jednak Bill nie znosił lasu, nie cierpiał miejsc gdzie nie było nic stworzonego przez człowieka. Nienawidził kleszczy, błota, zbutwiałych roślin, robali, ptaków, węży, słowem wszystkiego, czego było pod dostatkiem w miejscach dziewiczej zieleni. Zrozumiałe więc było jego zniechęcenie, gdy dziś po lekcjach Stephanie złapała go na boisku żeńskiego skrzydła i zaproponowała mu wycieczkę z aparatem wprost do serca pobliskiego lasku. Plastyczka zapowiedziała konkurs fotograficzny i dziewczyna bardzo chciała wziąć w nim udział. Wykręcał się jak mógł, ale przenikliwe, zielone oczy dziewczyny zdradziły mu, że jeszcze słowo, a ucieknie z płaczem w przekonaniu, że nie chce z nią przebywać i do końca znajomości będzie mógł co najwyżej pomarzyć o wtuleniu twarzy w pachnącą kokosami białą plątaninę okalającą jej twarz. Westchnął i rzucił:
 - A właściwie, to czemu nie? Jest piątek, nauka poczeka. Przyjdę po ciebie. – Opatrzył wypowiedź przekonującym uśmiechem.
Natychmiast się rozjaśniła, nie zważając na kilka nieprzyjemnych gęb przypatrujących się im z sąsiedniego boiska zarzuciła mu ręce na szyję, cmoknęła w policzek i krzyknęła na odchodnym:
 - Będę czekać u siebie! – Oczywiście jego rówieśnicy płci męskiej od razu zaczęli poszturchiwać się z głupimi uśmieszkami. Przewrócił oczami. Był więcej niż pewien, że ich zboczone myśli przeszły na jednoznaczne tory. Obrócił się ku bramie szkoły. Jego uwagę przykuła biegnąca ku niemu blondynka w krótkich szortach, grubych rajtuzach opinających zgrabne, długie nogi i jasnoróżowej bluzie, z błyszczącą torbą zarzuconą na ramię. Rozpuszczone, jaśniutkie włosy przyklejały jej się co chwila do błyszczyka. Wyszczerzył zęby. Kogo jak kogo, ale Niny nie można było nie zauważyć w tłumie. Już po chwili czuł ręce przyjaciółki obejmujące go mocno w pasie.
 - Stęskniłaś się za mną? – zapytał wciąż bezczelnie się szczerząc.
 - Jasne, myślisz że tak łatwo mi bez ciebie wytrzymać? – Spojrzała na niego, teatralnie wydymając wargę jak małe dziecko mające zamiar się rozpłakać.
 - Biedactwo ty moje… – zachichotał – Jak ty to robisz, że choćbym miał najgorszy dzień, to jak cię widzę robi mi się lepiej? – Przytulił ją. Uderzył go mocny zapach kwiatowej wody toaletowej.
 - Nie wiem, chyba po prostu mnie uwielbiasz. – Uniosła brew.
 - Chyba tak. Szkoda, że chodzisz do równoległej klasy. Wolałbym cię koło siebie w ławce. – Zmałpował jej minę. Kątem oka złowił kilka wściekłych min i paskudnych gestów przesyłanych mu zza siatki boiska. W duchu czuł złośliwą satysfakcję. Wielu chłopakom już w dzieciństwie bardzo podobała się Nina. Dlatego zawsze miał ją na oku i był bardzo krytyczny wobec jej „ukochanych”, bo jej styl był zwodniczy. Nieraz miał rację i dziewczyna słuchała jego rad.
 - Bill, rozmawiałam ze Stephanie. Pamiętasz, jak na basenie powiedziałam ci, co czujesz?
 - Tak, skąd wtedy wiedziałaś? – 
(patrz: rozdział 12 „Bingo!…”) Wytrzeszczył na nią oczy.
 - Ech, znam cię przecież bardzo dobrze. Bill, to się bierze ze stresu. Też to znam. Jestem fotomodelką, wspominałam ci? Jeżdżę w trasy, tak jak ty i robię zdjęcia przy wieży Eiffla, London Eye i innych sławnych miejscach. A wiesz, co przeczytałam ostatnio? Że ludzie poddani ogromnemu stresowi służbowemu właśnie tak odbierają stresy prywatne. Przy Stephanie denerwowałeś się, bo ci się podobała, przy mnie, bo nie wierzyłeś, że ja to ja. Nauczyłam się panować nad tymi wibracjami, ty jeszcze nie. Ale nauczysz się. – Nagle przestała się uśmiechać. – Martwię się o ciebie, Bill… Życie gwiazdy było ci pisane, ale to cię wyniszcza… – Zakończyła wszystko troskliwym, delikatnym pocałunkiem w czoło.
 - Wybaczcie, że przerywamy tę czarującą scenę… – Odezwał się z boku przyjemny, rzeczowy głos, ani chybi naszej inteligentki.
 - … ale musimy już chyba wracać do domu. – Mrugnęła Eva, dokańczając. Ze spokojnym uśmiechem Nina i Bill skinęli głowami na znak zgody. Czarny splótł palce swoje i przyjaciółki. Trzymał mocno, bo wiedział, że trzyma swoją podporę, swoją bratnią duszę. Żaden kumpel nie zastąpiłby mu tej dziewczyny. Choć wszyscy nazywają ją „głupią blondi”, to głupia wcale nie jest. Wręcz przeciwnie. Jej ciepłe spojrzenie i pełne, uśmiechnięte usta zawsze mówiły mu to samo: „Będzie dobrze. Byłam i jestem. Jestem i zostanę. Na zawsze.” …

Rozdział 20

Przepraszam za bardzo długą przerwę. Postaram się to nadrobić ;** 
Miłego czytania :) 

_________________________________

Grube zasłony kaskadami ciężkiego materiału spływały z sufitu do samej podłogi. Promienie słońca wpadały przez szparki między fałdami tkaniny, oświetlając śpiącą twarz Steph. Ta, mając wrażenie, że wciąż tuli matkę, zastanawiając się , kto jest „nieludzką istotą”, przyciskała zwiniętą w rulon poduszkę. Obudziła się niemal z krzykiem. Usiadła na łóżku i spojrzała na zegarek. Jedenasta dwadzieścia sześć… to był sen… tylko sen… Ale do jakiego stopnia? Zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie, kiedy położyła się do łóżka. Nie mogąc do tego dojść, odrzuciła ciepłą kołdrę i przetarła oczy. Wstała, powoli, nieśpiesznie podnosząc się z łóżka. W satynowej piżamie wyszła z pokoju i przeszła do kuchni. Mama szykowała tam dla niej śniadanie.
  – Mamo, czy nasza wczorajsza rozmowa to był… sen?
  – Hm… a o jakiej rozmowie myślisz? – Spojrzała na nią rozbawiona rodzicielka.
  – O tej, w której przyznałaś, że nie jesteś moją matką, a ja jestem podrzutkiem.
  – Ależ Stephanie! – Wykrzyknęła kobieta, ze zdumienia i trwogi kładąc dłoń na klatce piersiowej, tuż pod szyją. Niemal zgromiła ją wzrokiem tuż po tym, jak doszła do siebie.
  – Jak coś tak niemądrego mogło przyjść do głowy mojej rozsądnej córeczce?
  – A więc jednak mi się śniło. – Westchnęła Steph. Nie wiedziała jednak, czy z ulgi, czy z głęboko skrywanego zawodu.
  – Najwyraźniej. Jeśli jednak miewasz wątpliwości możesz zajrzeć do albumu w którym trzymamy zdjęcia z twojego dzieciństwa. Jest tam dokument ze szpitala, zaświadczenie i opaska, którą miałaś na nadgarstku jako noworodek, zanim zabraliśmy cię ze szpitala. Na każdym z tych trzech dokumentów jest moje nazwisko jako rodzicielki i twoje jako dziecka.
***
  – Tom! Pobaw się ze mną w chowanego! – Krzyknął wątły blondynek. Gdy usłyszał zgodę bursztynowe oczka aż się zaświeciły. A gdy do tego Tom powiedział, a właściwie zapiszczał:
  – Dzisiaj to ja mogę liczyć, chowaj się! – dało się już tylko słyszeć szybkie, lekkie tuptanie po dywanowej wykładzinie przedpokoju. Gdy chłopcu udało się doliczyć do piętnastu (z rozmysłem nie policzył dalej, uświadomił sobie bowiem, że gdy był w tym wieku nie umiał dalej policzyć) poszedł prosto do łazienki. Tam najłatwiej było się ukryć drobnemu dziecku w stosach bielizny i między poszarzałymi, ale wciąż dość kolorowymi ręcznikami. Przeszukawszy je, nie odnalazł jednak brata. Podążył więc do kuchni. Mama zmywała naczynia. Spojrzał na nią przenikliwie.
  – Mamusiu, nie widziałaś gdzieś Billa? Bawimy się w chowanego.
  – A czy w tej zabawie wolno korzystać z pomocy dorosłych? – Odpowiedziała pytaniem.
  – Oj mamo… – Skrzywił się. Usłyszawszy jednak stłumiony chichot z bezczelnym uśmiechem otworzył szafkę, w której stał kosz na śmieci. Obok niego wcisnął się, szczerząc ząbki, chłopczyk w niebieskiej bluzie z wielkim, uśmiechniętym grzybkiem.
  – Mam cię! – Krzyknął Tom. Zwinny dzieciak rzucił się do ucieczki i po chwili zaklepał „bazę”.
  – Teraz ja liczę, a ty się chowasz. – Rzucił, zasłonił oczka, stanął przodem do ściany i zaczął liczyć bardzo starannie, jakby kaligrafował w ustach każde słowo:
  – Jeden, dwa, trzy… – Tom obrócił się i zwiał do pokoju rodziców. Wlazł pod łóżko i czekał. Gdy po pięciu minutach brat nie przychodził, ferwor zabawy nagle gdzieś wyparował.
  – Przecież ja tak naprawdę mam osiemnaście lat! Co ja wyprawiam? Bawię się? – Zauważywszy jednak, że gadanie do siebie mogłoby przyciągnąć uwagę roześmianego braciszka, dalszą debatę z samym sobą kontynuował w myślach. „Jak to się stało? Co ja pamiętam z tamtego życia? A właściwie to z tego prawdziwego, aktualnego… Chociaż, które z nich jest prawdziwe? Które jest aktualne? To, czy tamto? Ech, nieważne… Jakie jest ostatnie wspomnienie?… Alkohol i narkotyki… Podciąłem sobie żyły na nadgarstkach… Uderzyłem mocno głową o podłogę, idąc do pokoju Billa… Potem on patrzył na mnie z przerażeniem… I już…”. Zdziwiło go, że tak wiele pamięta. Był przecież wtedy pod silnym wpływem procentów i kokainy. Nagle oświeciło go. Może już umarł? Może jest w niebie? A może, umierając, przeżywa się swoje życie jeszcze raz? A jeśli wciąż żyje, to czemu jest tutaj?
***
 Steph nie trwoniła czasu na dłuższe stanie w bezczynności. Zerwała się i pobiegła na strych. Nie bacząc, że jest w czystej piżamie, uklękła na pokrytej grubą kołdrą kurzu i brudu podłodze i zaczęła przekopywać się przez stosy rupieci. W przeciągu kwadransa w ręce wpadła jej cenna zdobycz, jeden z czterech rodzinnych albumów. Ten był zatytułowany wyjątkowo ładnym, ozdobnym pismem; „STEPHANIE”. Szybko otworzyła go i przewertowała kilka stron. Mama w ciąży, mama u lekarza tuż po USG… Nie, to za wcześnie. Niecierpliwie przerzuciła kilka stronic naraz. Tutaj pięcioletnia, białowłosa dziewczynka zajadająca banana z lodami, tu, kilka miesięcy później, bawiąca się z kotem sąsiadów.. „Za daleko” pomyślała, zaciskając zęby ze złości. Na spokojnie przełożyła dwie czy trzy karty do tyłu. Triumfalny okrzyk rozniósł się po pomieszczeniu. Wyciągnęła dwie pożółkłe kartki i szybko zlustrowała je. Dane się zgadzały. W rubryce MATKA wpisano nazwisko jej mamy, w rubryce DZIECKO nazwisko Steph. Tak samo z drugim papierem. Nie mogła jednak znaleźć opaski. Usiadła na podłodze, w pełni świadoma, że ma cały tyłek szarobrązowy. Musiała jednak dać w końcu odpocząć nogom. Dokładnie zaglądała w okładkę jednak ani tam, ani między zdjęciami opaski nie było. Wykrzywiwszy na chwilę usta w dzióbek chciała już się poddać, gdy ujrzała, że zza sąsiedniej karty albumu wystaje rąbek żółtej gumy. Wyciągnęła ją. „Opaska!” Pomyślała od razu. Rzeczywiście. Między dwoma cienkimi, podłużnymi prostokątami ze zżółkłego, przezroczystego plastiku wyginającego się i rozciągającego jak stara guma znajdowała się karteczka. Sądząc po śladach nieporadnego odcinania, Steph musiała mieć tę opaskę na nadgarstku aż do dotarcia do domu, gdzie została ona prowizorycznie rozcięta w poprzek nożycami. Na karteczce, mimo rozmazanego latami tuszu dało się rozpoznać litery. Dwie takie same rubryki, jak na zaświadczeniach – MATKA i DZIECKO. Dwa takie same nazwiska. Przejrzała wszystkie papiery. Żadne nie wyglądały na sfałszowane.
 Ta twarzy Białej pojawił się nikły uśmiech. A więc teraz należy już tylko wyjaśnić jedną, ostatnią sprawę. Kolor włosów. Skąd on się u niej wziął?
***
  – Bill, gdzie ty się wybierasz? – Zapytała dzień później Simone, stojąc w piżamie i widząc, jak jej czarnowłosy, wyczerpany syn zakłada buty. Właściwie to znała już odpowiedź, ale nie zaszkodziło się upewnić. Chłopak nerwowo zaciągnął węzeł na sznurówkach.
  – Minęły już pełne dwa dni. Jadę do szpitala posiedzieć przy bracie.
  – Ale jesteś zmęczony, musisz odpoczywać… – Powiedziała, skubiąc rękaw szlafroka.
  – Mamo! Ja jestem zmęczony ciągłym udawaniem, że wszystko będzie dobrze! On może umrzeć! Może się nie obudzić! – Krzyczał i machał rękami, rozhisteryzowany. – Mam dość! Wszyscy mówią ciepłe słowa dopiero teraz, gdy dzieje się coś złego! A ja nie chcę kłamstw! – Simone stała z otwartymi ustami, nie mogąc się pozbierać po tym wybuchu.
  – Mamo… Mamuś, ja… Ja przepraszam…
  – Nie, Bill, nie ma za co przepraszać… Masz absolutną rację. Daj mi pięć minut. Tylko się ubiorę i zawiozę cię do Toma. – Pocałowała policzek syna i pobiegła do sypialni po odzież.
***
  – I jak? Znalazłaś to, czego szukałaś? – Matka Stephanie wytarła ręce w ścierkę.
  – Tak. – Odparła, siadając przy stole i mieszając herbatę. – Mamo…
  – Słucham?
  – Dlaczego ja mam białe włosy i zielone oczy, skoro nikt w naszej rodzinie takich nie ma?
  – Ach, to stąd ten pomysł, że nie jesteś naszą córka?
  – Nie. Pomysł wziął się ze snu. Mówiłam ci już.
  – No dobrze, niech ci będzie. – Kobieta usiadła przy stole obok dziewczyny. – Jesteś albinoską. Stąd jasna cera, białe włosy, jasne brwi i zielone oczy.
  – Przecież albinosi mają czerwone oczy.
 - Nie wszyscy. Ty na przykład nie.
 - Aha, rozumiem. No a rysy? Nie jestem podobna ani do ciebie ani do taty.
 - Jesteś za to bardzo podobna do swojej prababci, a mojej babci. Tak jak ona interesujesz się tańcem i poezją… – Mamie łzy zaświeciły w oczach.
 - Mamo, a dlaczego ja mam tylko was, swoich rodziców i żadnej innej rodziny?
 - Kochanie, tyle razy o to pytasz. Zawsze ci mówię, że jeszcze nie czas, byś się dowiedziała, ale na pewno kiedyś ci powiem…
 - Dobrze, dobrze… – Spojrzała na mamę spod rzęs. Zobaczyła, jak pośpiesznie ociera łzy. – Kochałaś babcię?
 - Moją mamę?
 - Nie, mam na myśli twoją babcię, nie moją. Kochałaś ją?
 - Bardzo. Wszyscy ją kochaliśmy, każdy i każda na swój pokręcony sposób, ale niestety ona była samotniczką. Ze mną na szczęście utrzymywała bliskie i ciepłe stosunki, z resztą rodziny niestety nie. Uwielbiałam spędzać z nią długie zimowe wieczory przy herbacie i partyjce szachów, kart czy czegoś takiego. – Westchnęła.
 - Rozumiem. No trudno, idę się ubrać. Zakurzyłam się na tym stryszku.
***
 - Jesteśmy. – Simone odpięła pas bezpieczeństwa i otworzyła drzwi auta. W Billa wstąpiła niewypowiedziana energia. Nie uśmiechał się, co prawda, ale za to pędził w stronę szpitala najszybciej, jak tylko mogły go ponieść miękkie jeszcze w kolanach nogi. Ledwo mogła go dogonić. Dopadł recepcji i wysapał:
 - Tom Kaulitz?
 - Chwileczkę. – Starawa kobieta o bordowych paznokciach, niebieskich powiekach i fioletowej szmince, ze stanowczą nadwagą i staroświeckim już kokiem zaczęła szperać w papierach. Po piętnastu sekundach Czarny nie wytrzymał:
 - Nie może pani szybciej?
 - A co, umiera panu ktoś? – Burknęła. Chłopak zbladł i zacisnął wargi. Oczy delikatnie mu się zaszkliły, dłonie zmieniły w pięści. Wyglądał jak małe dziecko, któremu ktoś zabrał lizaka. Spojrzała na niego znad okularów i momentalnie zmieniła ton:
 - Ja… Ja przepraszam… Nie wiedziałam…
 - Niech pani szuka… – machnął dłonią.
 - Ale ja naprawdę… – zmieszała się.
 - Szukaj! – Huknął. Błyskawicznie spuściła głowę i zaczęła szybciutko przebierać teczki.
 - Tom Kaulitz, tak? – Skinął głową. – Pan z rodziny?
 - Jestem jego bratem bliźniakiem.
 - Naprawdę? Nie jesteście panowie do siebie podo… – Zgromił ją wzrokiem. Podziałało.
 - Sala numer czterysta dziewięć.
 - Dziękuję. – Wypluł to chłodne słowo i szybkim krokiem skierował się do windy. Nacisnął zielony guzik i czekał. Znów czekał. Był wściekły. Dlaczego wszystko i wszyscy tak bardzo starają się odwlec moment, w którym w końcu dorwie się do ciała brata, złapie go za rękę, przytuli się do niego, poczuje zapach jego skóry, dotyk dreadów… Dlaczego?! Zobaczył mamę. Zdyszana dotarła do niego z lekkim poczuciem winy w oczach.
 - Kochanie, wiesz już, która sala?
 - Czterysta dziewięć.
 - Świetnie. Idź już teraz sam, dobrze?
 - A ty?
 - Ja… Ja nie mogę. – Spuściła wzrok. – Nie teraz. Jeszcze nie teraz. Poza tym Jörg czeka w domu na śniadanie…
 - Rozumiem, nie tłumacz się. – Uśmiechnęła się do niego, jednak on nie odwzajemnił gestu. Nie miał sił. Pogłaskał ją jednak po policzku i rzekł:
 - Wiem, że nie jesteś jeszcze gotowa. Ja do niego pójdę.
 - Dziękuję, synku. Ucałuj go ode mnie.
 - Dobrze. – Odwróciła się i wybiegła ze szpitala. Wsiadła do samochodu i rozpłakała się na dobre. Przymknęła powieki, pozwalając, by łzy swobodnie spod nich wypływały. Miała nadzieję, że zabiorą ze sobą ból, jaki sprawiała jej świadomość, że nie jest dobrą matką. Na szczęście ta nadzieja nie została zawiedziona. Wręcz słyszała, co by powiedział teraz Bill: „Przecież zła matka nie płakałaby nad nieszczęściem jej dziecka…”. Kiedy uspokoiła oddech, kryształowe kropelki zbiegały po jej policzkach, trzymając się za ręce z okruszynami jej cierpienia. Powolutku, jedna gorąca łza, jedna boląca kruszynka. Aż w końcu przyszła ulga. Delikatna jak zjawa głaskała rozpaloną twarz chłodnymi dłońmi, zaś serce rozgrzewała swoją obecnością…
***
Czarny podziękował młodej i przyjaznej siostrze szpitalnej. Zamknął drzwi nie wiedząc, że stanęła ona za szybą i razem ze swoimi koleżankami z pracy patrzy, co się teraz stanie. Przyjrzał się bratu. Był pewien, że otrzymuje on fachową pomoc, jednak…
Dla niego leżał blady, smutny, opuszczony. Gęsto omotane grubym bandażem nadgarstki gubiły się wśród dżungli plastikowych pnączy, zwanych też rurkami czy kroplówkami. Na twarzy miał jeszcze maskę tlenową. Zamknięte oczy delikatnie się poruszały pod powiekami, jakby śnił. Rozsypane na poduszce długie dredy nie były teraz spętane czapką czy opaską…
Każdy człowiek który by teraz patrzył na tę scenę wzruszyłby się. Każdej matce pękłoby serce, gdyby to oglądała. Każdy lód by się roztopił i każdy kamień zapłakał. Bo oto zraniony przez własnego brata chłopak, który nienawidził go w jednej chwili za wszystko – za to, że był dla niego podły, za to, że czytał jego pamiętniki i pokazał je kumplom – teraz uświadomił sobie, że nie przeżyje dnia bez bliskości tego potwora, który teraz zrzucił włochatą, pazurzastą i zębiastą skórę i ukazał swoją prawdziwą naturę. Delikatną i bezradną. Jeden i drugi tacy sami. Czarny puścił klamkę i postąpił wolny, ostrożny krok w kierunku łóżka. 
***
Mały blondynek wszedł do pokoju rodziców. Nie słyszał ukrytego pod posłaniem brata. Chodził po pomieszczeniu i oglądał jego zakamarki, szukając bliźniaka. Chichotał. Nagle do jego uszu dotarło głuche, stłumione westchnienie. Obrócił się w stronę, z której dobiegało. Postąpił wolny, ostrożny krok w stronę łóżka.
***
Następny już był szybszy. Podbiegł do trupio bladej, leżącej postaci. Rzucił się w jej ramiona, czując w sercu ból i ukojenie jednocześnie. Wtulił twarz w nieruchomy tors, rozpychany od środka sztucznie wprowadzanym do płuc tlenem. Słyszał ciche bicie serca. Mimo to, poczuł po raz pierwszy od wielu dni, że coś jest dobrze. Że będzie dobrze. Nie biorąc pod uwagę szpitalnych przepisów położył się obok niego. On i on. Oni. Obaj. Jedność.
***
Z dzikim śmiechem chłopczyk zajrzał pod łóżko i krzyknął „Znalazłem!”. Gdy tamten wytoczył się spod mebla przewrócił go na łóżko i zaczęli się łaskotać. W końcu jednak zmęczeni ułożyli się obok siebie. Bill spojrzał na brata z promiennym uśmiechem. Położył się tak, aby głowa ułożyła się na jego sercu. Słyszał bicie organu, czuł, jak klatka unosi się, rozpychana oddechem. Nagle spoważniał i uniósł głowę. Przez chwilę zbierał w myślach słowa, po czym wolno powiedział:
 - Obiecaj mi, że zawsze będziemy się tak lubić. – Tom wstrzymał oddech. Okłamać go? Powiedzieć, że któregoś dnia dorwie jego pamiętnik i zdradzi go? Popatrzył mu w oczy. Uśmiechnął się. „Nie. Wcale go nie okłamię”, pomyślał. Był tego pewien jak nigdy dotąd.
 - Obiecuję. – Pogłaskał braciszka po włosach. Uśmiechnięta buzia znów spoczęła na wątłej klatce. Spojrzał na sufit. „Obiecuję i dotrzymam słowa.” – dodał w myślach.
***
Simone poczuła jakieś ukłucie w sercu. Jakby działo się coś bardzo ważnego, przy czym powinna być. Wyszła z samochodu i rozejrzała się dookoła.
 - A, co tam Jörg… Idę odwiedzić mojego synka. – Warknęła. Szybkim, zdecydowanym krokiem wbiegła do szpitala, pojechała windą na czwarte piętro i odnalazła wzrokiem salę 409. Przy jej szybie tłoczyły się pielęgniarki. Przecisnęła się między nimi i zajrzała do środka.
***
Czarny podniósł zapłakaną twarz i spojrzał na bladego brata. Przypomniał mu się pewien epizod z przeszłości. Uśmiechnął się na tę myśl.
 - Kiedyś obiecałeś mi coś ważnego. Przeze mnie musieliśmy obaj w tę obietnicę zwątpić. Teraz jednak niczego nie jestem bardziej pewny, jak tego, że… kocham cię, braciszku… I chcę, byś do mnie wrócił…
***
Tom usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi. Obrócił swoją blond główkę, starając się nie zbudzić śpiącego na nim brata. Zobaczył mamę, która, wzruszona, stała w drzwiach i patrzyła na nich.
 - Moje kochane dzieci… – Szepnęła. Podeszła i pogłaskała chłopca po głowie. – Chodźcie, zrobiłam wam budyń. No i zaraz zaczną się kreskówki w telewizji.
***

Przez chwilę przy szybie było bardzo cicho. Kobiety tam zgromadzone wyciągały chusteczki i ocierały mokre oczy. Jedna z nich spojrzała na Simone i zauważyła, że kobieta nie ma uniformu pielęgniarki. Musiała więc być spoza szpitala, a jeśli stoi tu, to znaczy, że…
 - To pani synowie? – Zapytała pielęgniarka, ocierając palcami łzy wzruszenia.
 - Tak. To moje kochane dzieci… – odparła przez ściśnięte gardło, czując, że ma absurdalną ochotę na budyń…