Zieleń. Zielony mech porastający drzewa o zielonych konarach. Zielone igły świerków. Zielony zapach zielonych pokrzyw. Zielonoszare, roześmiane kpiąco oczy. Brąz. Brązowe, wpół zbutwiałe liście brudzące obuwie. Brązowe, czerwone i złote liście drzew. Czerń. Czarna czupryna. Czarna kurtka. Biel. Biały kok. Biała skóra. Białe pasemka. Orzech. Zapach orzechów kokosowych unoszący się nad białą głową. Orzechowe refleksy w zbolałych, orzechowych oczach…
- Stephanie, błagam. Tylko pięć minutek.
- No przecież szukam suchego konara! Jesteś aż tak zmęczony?
- A żebyś wiedziała! Łazimy już – rzucił okiem na zegarek – dwie i pół godziny!
- Nie już, ale tylko. To wcale nie tak dużo czasu, biorąc pod uwagę, że nasze płuca otrzymują dostawę czystego powietrza. Poza tym to nie moja wina, że las jeszcze nie wysechł po deszczach.
- Upoiłem się już świeżym powietrzem na następne dziesięć lat. Mimo wszystko teraz obiecuję, że nie będę narzekał na wilgotne portki, nawet jeśli pozwolisz mi usiąść wyłącznie w kałuży.
- Nie kuś losu… – spojrzała na niego łobuzersko.
- Wolałbym kusić ciebie – palnął, zanim zdążył się ugryźć w język. Poczuł, że krew napływa mu do i tak zaróżowionych od powietrza policzków. Chciał spuścić oczy, ale przypomniał sobie co w takich sytuacjach robił Tom. Zamiast grzecznie się speszyć, obdarzył ją najbezczelniejszym uśmiechem na jaki mógł się teraz zdobyć. Udało się, odebrała tamto zdanie jako żart. Aby zmienić temat, powiedział, trochę za gorliwie:
- Obiecuję ci to. Tylko daj mi odpocząć.
- W porządku. – Oczy Śnieżki się zaświeciły. – Odpoczywaj sobie. – Już miał się uśmiechnąć z wdzięcznością, gdy dodała:
- Tutaj masz wygodne błoto. – Wskazała ruchem kamerdynera burą paćkę ze zbutwiałych roślin, kamyków i innych mało przyjemnych rzeczy. Spojrzał na nią zaskoczony i zdegustowany.
- Nigdzie indziej nie pozwalam ci spocząć. Oczywiście nie musisz siadać. Możesz iść ze mną dalej. Kolejne dwie i pół godziny spędzone w przeuroczej zieleni i czystym powietrzu w akompaniamencie dyszenia i wydzielania siódmych potów. Co wybierasz? – uśmiechnęła się kpiąco.
- Tu nie ma żadnego wyboru. – Stęknął.
- No to idziemy dalej. – Odwróciła się do niego plecami. Nie uszła jednak czterech kroków, gdy usłyszała głuchy plask a potem głos:
- Ja się nigdzie nie wybieram. – Spojrzała za siebie. Bill, siedząc w kupie błota, pomachał jej wesoło. Jego oczy mówiły „nie spodziewałaś się tego po mnie, co?”. Prawda. Nie spodziewała się. Podbiegła do niego i krzyknęła oskarżycielsko:
- Bill! Przecież znaleźlibyśmy w końcu jakieś siedzisko!
- Po co? – udał zaskoczonego – Tutaj jest bardzo wygodnie.
- Ale niespecjalnie higienicznie.
- Skąd ten pomysł? Sama natura. – Powiedział, biorąc pełną garść szarej masy i wyciągając rękę ku jej twarzy. Cofnęła się, wykrzywiona, ale widać było, że z trudem panuje nad śmiechem. Pomógł jej się rozluźnić, sam wybuchając srebrnym chichotem. Wyrzucił paskudztwo w krzaki. Głośno chlasnęło o podłoże przy upadku. Znowu się roześmiał, tym razem głośno. Tymczasem Kokosanka włączyła aparat i strzeliła mu kilka zdjęć. Udanych, nie ma co, wykrzywiał się, jak tylko mógł.
- Wstawaj już, przeziębisz się. – Biała wyciągnęła ku niemu rękę. Pokręcił głową.
- Jeszcze nie odpocząłem. Moje nogi mnie nie uniosą.
- Ale ja owszem. – Rzuciła rozbawiona. Kucnęła, złapała go pod kolanami prawą ręką, a lewą przytrzymała plecy. Zaczęła wstawać, trzymając go w ten sposób.
- Stephanie, nie! Przestań! Jestem za ciężki! – Na to ostatnie zdanie zareagowała prychnięciem jak rozdrażniona kotka. Wstawała dalej. Tyłek Billa oderwał się od mazi z głośnym cmoknięciem. Ten dźwięk tak ją rozbawił, że nie była w stanie utrzymać ciężaru i posadziła chłopaka z powrotem. Nachmurzył się. Ona z kolei, wstając, zatoczyła się ze śmiechu i zanim którekolwiek zareagowało, poślizgnęła się na zdradliwym podłożu i zapoznała z wilgocią leśnej ściółki własną pupę.
- A żebyś wiedziała! Łazimy już – rzucił okiem na zegarek – dwie i pół godziny!
- Nie już, ale tylko. To wcale nie tak dużo czasu, biorąc pod uwagę, że nasze płuca otrzymują dostawę czystego powietrza. Poza tym to nie moja wina, że las jeszcze nie wysechł po deszczach.
- Upoiłem się już świeżym powietrzem na następne dziesięć lat. Mimo wszystko teraz obiecuję, że nie będę narzekał na wilgotne portki, nawet jeśli pozwolisz mi usiąść wyłącznie w kałuży.
- Nie kuś losu… – spojrzała na niego łobuzersko.
- Wolałbym kusić ciebie – palnął, zanim zdążył się ugryźć w język. Poczuł, że krew napływa mu do i tak zaróżowionych od powietrza policzków. Chciał spuścić oczy, ale przypomniał sobie co w takich sytuacjach robił Tom. Zamiast grzecznie się speszyć, obdarzył ją najbezczelniejszym uśmiechem na jaki mógł się teraz zdobyć. Udało się, odebrała tamto zdanie jako żart. Aby zmienić temat, powiedział, trochę za gorliwie:
- Obiecuję ci to. Tylko daj mi odpocząć.
- W porządku. – Oczy Śnieżki się zaświeciły. – Odpoczywaj sobie. – Już miał się uśmiechnąć z wdzięcznością, gdy dodała:
- Tutaj masz wygodne błoto. – Wskazała ruchem kamerdynera burą paćkę ze zbutwiałych roślin, kamyków i innych mało przyjemnych rzeczy. Spojrzał na nią zaskoczony i zdegustowany.
- Nigdzie indziej nie pozwalam ci spocząć. Oczywiście nie musisz siadać. Możesz iść ze mną dalej. Kolejne dwie i pół godziny spędzone w przeuroczej zieleni i czystym powietrzu w akompaniamencie dyszenia i wydzielania siódmych potów. Co wybierasz? – uśmiechnęła się kpiąco.
- Tu nie ma żadnego wyboru. – Stęknął.
- No to idziemy dalej. – Odwróciła się do niego plecami. Nie uszła jednak czterech kroków, gdy usłyszała głuchy plask a potem głos:
- Ja się nigdzie nie wybieram. – Spojrzała za siebie. Bill, siedząc w kupie błota, pomachał jej wesoło. Jego oczy mówiły „nie spodziewałaś się tego po mnie, co?”. Prawda. Nie spodziewała się. Podbiegła do niego i krzyknęła oskarżycielsko:
- Bill! Przecież znaleźlibyśmy w końcu jakieś siedzisko!
- Po co? – udał zaskoczonego – Tutaj jest bardzo wygodnie.
- Ale niespecjalnie higienicznie.
- Skąd ten pomysł? Sama natura. – Powiedział, biorąc pełną garść szarej masy i wyciągając rękę ku jej twarzy. Cofnęła się, wykrzywiona, ale widać było, że z trudem panuje nad śmiechem. Pomógł jej się rozluźnić, sam wybuchając srebrnym chichotem. Wyrzucił paskudztwo w krzaki. Głośno chlasnęło o podłoże przy upadku. Znowu się roześmiał, tym razem głośno. Tymczasem Kokosanka włączyła aparat i strzeliła mu kilka zdjęć. Udanych, nie ma co, wykrzywiał się, jak tylko mógł.
- Wstawaj już, przeziębisz się. – Biała wyciągnęła ku niemu rękę. Pokręcił głową.
- Jeszcze nie odpocząłem. Moje nogi mnie nie uniosą.
- Ale ja owszem. – Rzuciła rozbawiona. Kucnęła, złapała go pod kolanami prawą ręką, a lewą przytrzymała plecy. Zaczęła wstawać, trzymając go w ten sposób.
- Stephanie, nie! Przestań! Jestem za ciężki! – Na to ostatnie zdanie zareagowała prychnięciem jak rozdrażniona kotka. Wstawała dalej. Tyłek Billa oderwał się od mazi z głośnym cmoknięciem. Ten dźwięk tak ją rozbawił, że nie była w stanie utrzymać ciężaru i posadziła chłopaka z powrotem. Nachmurzył się. Ona z kolei, wstając, zatoczyła się ze śmiechu i zanim którekolwiek zareagowało, poślizgnęła się na zdradliwym podłożu i zapoznała z wilgocią leśnej ściółki własną pupę.
Minęło kilka minut, zanim uspokoili chichot na tyle, żeby móc rozmawiać. Teraz to Bill włączył aparat i zrobił jej sesję, tak dla wyrównania rachunków. Gdy skończył, puścił jej perskie oczko pod tytułem „lepiej już wstańmy”. Pozbierali się, zaliczając przy tym parę dodatkowych upadków. Pierwszy utrzymał się na nogach Bill.
- Pomogę ci. – Powiedział i podtrzymał ją w ramionach. Przeszył go prąd. Bał się, że powrócą wibracje, jednak teraz, gdy już wiedział skąd się wzięły, powstrzymywał się, oddychając głęboko, spokojnie i równomiernie. Gdy, niechętnie, musiał ją już puścić, zdjął bluzę i przewiązał sobie w pasie.
- Lepiej, żebyśmy tylko my wiedzieli, że mamy ubłocone tyłki. – Zachichotał. Dziewczyna poszła w jego ślady, przewiązała sweter w talii i pociągnęła go za rękę.
- A teraz idziemy usiąść na jakimś pniu. Mam ochotę na herbatę z twojego termosu. – Przyznała zamyślona. Uśmiechnął się.
- Lepiej, żebyśmy tylko my wiedzieli, że mamy ubłocone tyłki. – Zachichotał. Dziewczyna poszła w jego ślady, przewiązała sweter w talii i pociągnęła go za rękę.
- A teraz idziemy usiąść na jakimś pniu. Mam ochotę na herbatę z twojego termosu. – Przyznała zamyślona. Uśmiechnął się.
***
- Steph, ruchy! Ile można się zastanawiać nad jedną bluzką? – Nina ze śmiechem wtargnęła do przebieralni, gdzie Stephanie, ubrana w ciemnoniebieską bluzeczkę ze sznurkami zamiast pleców i wykrojonym dekoltem zastanawiała się, jaki świr wpadł na pomysł zaprojektowania takiego ciucha. Właśnie wybierała między Frankensteinem a projektantem mody. Było już kilka dni po wyprawie z Billem do lasu, ale za każdym razem gdy ją wspominała, na jej ustach wykwitał uśmiech.
- Steph?
- Frankenstein.
- Że co?
- Nic. Ta bluzka strasznie gryzie, jakby była zrobiona z plastiku. Nie przepuszcza powietrza. I wygląda fatalnie.
- To prawda, nie wygląda najlepiej. A z plastikiem trafiłaś w sedno. To lateks. – Dziewczyna odrzuciła z ramienia długie włosy i wygięła pełne wargi w łagodnym uśmiechu. – Ale ta będzie wyglądała świetnie.
Po chwili Kokosanka mierzyła już białe cudeńko wiązane na piersiach, odsłaniające niemal cały brzuch i pół piersi. Zaskoczona własną reakcją stwierdziła, że jej się podoba.
- Jeśli jej nie kupisz, to ja ci ją kupię, ale musisz ją mieć i koniec. Jest bombowa.
- Ale co ja według ciebie mam do niej włożyć? Dżinsy?
- A w życiu! Zaraz przyniosę jakieś spodenki. Podaj mi tylko rozmiar. – Tak minął cały dzień. Stephanie przesiadywała w przebieralni, cała szczęśliwa mimo podrapanych od ściągania wycekinowanych bluzek ramion, a Nina krążyła po sklepie znosząc jej coraz to nowe fatałaszki, wbrew pozorom również podekscytowana i uśmiechnięta. Wyszły z centrum handlowego z wypiekami na twarzach i naręczami kolorowych toreb w dłoniach.
- Kiedyś mówiłaś mi, że jesteś fotomodelką. – Zaczęła Steph, gdy siedziały w kafejce.
- Tak. Zaczęłam w miesiąc po mojej wyprowadzce z Loitsche. W sumie byłam wtedy jeszcze dziewczynką, ale wypadłam tak dobrze na próbnych zdjęciach, że od razu znalazł się dla mnie agent.
- I do jakich zdjęć pozujesz?
- Nigdy rozbieranych. Ze względu na moje… hm… kobiece atuty, jasne włosy i upodobanie do skąpych ciuchów wielu fotografów jest przekonanych, że nakłonienie mnie do erotycznej sesji to pryszcz, ale jeszcze żadnemu się nie udało. Chociaż, muszę przyznać, oferowano mi za to nieliche pieniądze. Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że pewien desperat za jedno zdjęcie był gotów wręczyć mi roczną wypłatę przeciętnego człowieka.
- I co ty na to? – Oczy Białej się powiększyły.
- Delikatnie mu wyjaśniłam, gdzie może sobie wetknąć ten zwitek zielonych. – Zachichotały.
- A wybieg? Zdarza ci się na nim wylądować? – Spytała po chwili.
- Jasne, nawet bardzo często. Niestety.
- Niestety?
- Za kulisami dzieją się okropne rzeczy. Dziewczyny robią wszystko, by schudnąć lub wyglądać szczuplej. Dosłownie wszystko. Nawet miażdżą sobie kości ściskanymi niemiłosiernie gorsetami. Poza tym każda na każdą patrzy morderczym wzrokiem. Ale i tak najgorsze jest to, że w modelingu nie ty decydujesz, ile masz ważyć, tylko twój agent. Jeśli agent powie: czterdzieści pięć, musisz zrzucić tyle, żeby dobić do czterdziestu. Wtedy możesz być pewna, że pozostaniesz jeszcze na pięć minut w tym biznesie. Jeśli zrzucisz na czterdzieści pięć, możesz liczyć na minutę. A jeśli nie dasz rady i dobijesz tylko do czterdziestu sześciu – wylatujesz.
- Ty nie wyglądasz jak szczapa.
- Bo ja mam normalnego agenta, który jest bardziej nastawiony na fotomodeling niż na wybieg. I chwała mu za to. W końcu zawsze można zrobić retusz w programie. A na wybiegu nie zrobisz retuszu. – Po chwili zasępionego milczenia Nina podniosła wzrok na koleżankę z uśmiechem i rozbawionymi iskierkami w oczach.
- Czemu tak na mnie patrzysz?
- Nie chciałabyś się ze mną wybrać kiedyś na sesję?
- I co ja bym tam miała robić?
- Pozować, naturalnie.
- Ale po co?
- Każda dziewczyna powinna mieć portfolio. Tak na wszelki wypadek.
- W takim razie w ramach rewanżu ja zabiorę cię na próbę mojego zespołu tanecznego.
- Cheerleaderki?
- Nie. Tak. Nie. Znaczy… – Nieśmiały uśmiech i westchnienie zawitało na twarzach dziewczyn.
- Nie, tak, czy jak?
- Tańczymy różne układy. Czasami, żeby zarobić, dajemy się wynająć na jakiś mecz za śmieszne, ale mimo wszystko pieniądze. Ćwiczymy na boisku szkoły artystycznej, kawałek od naszej szkoły. Kiedyś – tutaj Biała urywanie parsknęła – kiedyś Bill wtargnął na naszą próbę. Ale był wrzask.
- Wrzask? W sensie, że dziewczyny piszczały?
- I to jeszcze jak! Dziewczyno! Uszy rozsadzało. Ale ja nie dałam mu satysfakcji i nie podbiegłam do niego.
- Stałaś sama na boisku?
- Owszem. Wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam do Doris. Wściekła opowiedziałam jej co się dzieje, a ona tylko się roześmiała. Powiedziała, że jak go zna, to pół dnia będzie mnie potem przepraszał w szkole. – Uśmiechnęła się do wspomnień.
- I…? – Spytała niecierpliwie Nina po chwili milczenia.
- I przepraszał! Dwie lekcje i dwie przerwy! Jak w końcu przestałam udawać, że jestem zła, to do końca dnia patrzył na mnie wzrokiem zbitego psa. Musiałam go jakoś pocieszyć, więc napisałam mu maila. Odpisał, że nie znosi swojego sumienia, bo ono mu nie daje spokoju i że dalej się czuje jak idiota, ostatni palant i tak dalej. Przeszło mu jednak dosyć szybko. Nie wracam do tego wydarzenia przy nim, bo gdy raz tak zrobiłam to pokraśniał jak piwonia i co chwila zmieniał minę z męczennika na lizusa i z powrotem.
- Steph?
- Frankenstein.
- Że co?
- Nic. Ta bluzka strasznie gryzie, jakby była zrobiona z plastiku. Nie przepuszcza powietrza. I wygląda fatalnie.
- To prawda, nie wygląda najlepiej. A z plastikiem trafiłaś w sedno. To lateks. – Dziewczyna odrzuciła z ramienia długie włosy i wygięła pełne wargi w łagodnym uśmiechu. – Ale ta będzie wyglądała świetnie.
Po chwili Kokosanka mierzyła już białe cudeńko wiązane na piersiach, odsłaniające niemal cały brzuch i pół piersi. Zaskoczona własną reakcją stwierdziła, że jej się podoba.
- Jeśli jej nie kupisz, to ja ci ją kupię, ale musisz ją mieć i koniec. Jest bombowa.
- Ale co ja według ciebie mam do niej włożyć? Dżinsy?
- A w życiu! Zaraz przyniosę jakieś spodenki. Podaj mi tylko rozmiar. – Tak minął cały dzień. Stephanie przesiadywała w przebieralni, cała szczęśliwa mimo podrapanych od ściągania wycekinowanych bluzek ramion, a Nina krążyła po sklepie znosząc jej coraz to nowe fatałaszki, wbrew pozorom również podekscytowana i uśmiechnięta. Wyszły z centrum handlowego z wypiekami na twarzach i naręczami kolorowych toreb w dłoniach.
- Kiedyś mówiłaś mi, że jesteś fotomodelką. – Zaczęła Steph, gdy siedziały w kafejce.
- Tak. Zaczęłam w miesiąc po mojej wyprowadzce z Loitsche. W sumie byłam wtedy jeszcze dziewczynką, ale wypadłam tak dobrze na próbnych zdjęciach, że od razu znalazł się dla mnie agent.
- I do jakich zdjęć pozujesz?
- Nigdy rozbieranych. Ze względu na moje… hm… kobiece atuty, jasne włosy i upodobanie do skąpych ciuchów wielu fotografów jest przekonanych, że nakłonienie mnie do erotycznej sesji to pryszcz, ale jeszcze żadnemu się nie udało. Chociaż, muszę przyznać, oferowano mi za to nieliche pieniądze. Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że pewien desperat za jedno zdjęcie był gotów wręczyć mi roczną wypłatę przeciętnego człowieka.
- I co ty na to? – Oczy Białej się powiększyły.
- Delikatnie mu wyjaśniłam, gdzie może sobie wetknąć ten zwitek zielonych. – Zachichotały.
- A wybieg? Zdarza ci się na nim wylądować? – Spytała po chwili.
- Jasne, nawet bardzo często. Niestety.
- Niestety?
- Za kulisami dzieją się okropne rzeczy. Dziewczyny robią wszystko, by schudnąć lub wyglądać szczuplej. Dosłownie wszystko. Nawet miażdżą sobie kości ściskanymi niemiłosiernie gorsetami. Poza tym każda na każdą patrzy morderczym wzrokiem. Ale i tak najgorsze jest to, że w modelingu nie ty decydujesz, ile masz ważyć, tylko twój agent. Jeśli agent powie: czterdzieści pięć, musisz zrzucić tyle, żeby dobić do czterdziestu. Wtedy możesz być pewna, że pozostaniesz jeszcze na pięć minut w tym biznesie. Jeśli zrzucisz na czterdzieści pięć, możesz liczyć na minutę. A jeśli nie dasz rady i dobijesz tylko do czterdziestu sześciu – wylatujesz.
- Ty nie wyglądasz jak szczapa.
- Bo ja mam normalnego agenta, który jest bardziej nastawiony na fotomodeling niż na wybieg. I chwała mu za to. W końcu zawsze można zrobić retusz w programie. A na wybiegu nie zrobisz retuszu. – Po chwili zasępionego milczenia Nina podniosła wzrok na koleżankę z uśmiechem i rozbawionymi iskierkami w oczach.
- Czemu tak na mnie patrzysz?
- Nie chciałabyś się ze mną wybrać kiedyś na sesję?
- I co ja bym tam miała robić?
- Pozować, naturalnie.
- Ale po co?
- Każda dziewczyna powinna mieć portfolio. Tak na wszelki wypadek.
- W takim razie w ramach rewanżu ja zabiorę cię na próbę mojego zespołu tanecznego.
- Cheerleaderki?
- Nie. Tak. Nie. Znaczy… – Nieśmiały uśmiech i westchnienie zawitało na twarzach dziewczyn.
- Nie, tak, czy jak?
- Tańczymy różne układy. Czasami, żeby zarobić, dajemy się wynająć na jakiś mecz za śmieszne, ale mimo wszystko pieniądze. Ćwiczymy na boisku szkoły artystycznej, kawałek od naszej szkoły. Kiedyś – tutaj Biała urywanie parsknęła – kiedyś Bill wtargnął na naszą próbę. Ale był wrzask.
- Wrzask? W sensie, że dziewczyny piszczały?
- I to jeszcze jak! Dziewczyno! Uszy rozsadzało. Ale ja nie dałam mu satysfakcji i nie podbiegłam do niego.
- Stałaś sama na boisku?
- Owszem. Wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam do Doris. Wściekła opowiedziałam jej co się dzieje, a ona tylko się roześmiała. Powiedziała, że jak go zna, to pół dnia będzie mnie potem przepraszał w szkole. – Uśmiechnęła się do wspomnień.
- I…? – Spytała niecierpliwie Nina po chwili milczenia.
- I przepraszał! Dwie lekcje i dwie przerwy! Jak w końcu przestałam udawać, że jestem zła, to do końca dnia patrzył na mnie wzrokiem zbitego psa. Musiałam go jakoś pocieszyć, więc napisałam mu maila. Odpisał, że nie znosi swojego sumienia, bo ono mu nie daje spokoju i że dalej się czuje jak idiota, ostatni palant i tak dalej. Przeszło mu jednak dosyć szybko. Nie wracam do tego wydarzenia przy nim, bo gdy raz tak zrobiłam to pokraśniał jak piwonia i co chwila zmieniał minę z męczennika na lizusa i z powrotem.
***
- Skucha! Teraz ja! – Uśmiechnął się Tom odbierając zieloną skakankę z rąk brata. Ten spojrzał na zegarek, wciągnął ze świstem powietrze i rzucił:
- Tom, ty skacz, a ja zacznę się ubierać.
- A gdzie ty się wybierasz? Masz randkę? – zakpił.
- To nie jest śmieszne. – Walnął bliźniaka w ramię. – Ja idę z Niną do parku. Pogramy w siatkówkę. Ja jej obiecałem, że nauczę ją ścinać.
- A potem pójdziecie na lody i będziecie sobie mówić, jak bardzo się kochacie… – Rzucił z bezczelnym uśmiechem, obejmując się ramionami. W nagrodę poczęstowano go kuksańcem.
- Spadaj. Ja nikomu nie będę mówić, że ja go kocham. – Chłopiec pokazał mu język i pobiegł do swojego pokoju. „Muszę powiedzieć mu w końcu, ze za często używa słowa ‘ja’. To mnie zaczyna zdrowo wkurzać. Swoją drogą, ciekawe co u Billa w moim dawnym życiu.” Tom przestał już myśleć o swoim żywocie wypełnionym karierą jak o czymś prawdziwym. Stał się on tylko wspomnieniem. Wyjątkowo zamglonym wspomnieniem. Mówił o nim jak o przeszłości, nazywał je „dawnym życiem”. Prawdziwym życiem było teraz to, w którym skacze się na skakance, kopie piłkę, tłucze się z bratem, bawi w chowanego i je lody. To, w którym ogląda się kreskówki. To, w którym jest się beztroskim. To, w którym on był naprawdę szczęśliwy.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Bill poleciał otworzyć. Tom wyszedł za nim. Umierał z ciekawości, jak to Nina kiedyś wyglądała? Za rzadko z nią wtedy przebywał, żeby zapamiętać.
W drzwiach stała mała blondyneczka. Wielki aparat na zębach i jeszcze większe okularzyska, zielona koszulka i czarne spodenki w białą kratkę stanowiły absolutne zaprzeczenie tego, co będzie sobą przedstawiała w przyszłości. Z rozmarzeniem pomyślał o jej przyszłych kształtach… Żeby znowu posmakować kobiecego ciała, musi jeszcze poczekać. Nie zmartwiło go to.
Jego brat z przyjaciółką wybiegli w stronę parku. Patrzył chwilę za nimi, po czym wrócił do wnętrza domu. Nic mu się nie chciało, poszedł więc do kuchni i nałożył sobie porcję lodów z pudełka. Jedząc truskawkowe kulki myślał niechętnie o starym życiu. Zastanawiał się, czy umarł, czy balansuje zawieszony między śmiercią a życiem. Przypominało mu się coraz więcej szczegółów z ostatnich dni przed tragedią. Poszedł do szkoły z pamiętnikiem Billa. Po szkole pojechał na imprezę. Na tej imprezie czytali z kumplami czarny zeszyt, płacząc ze śmiechu. Zażył wtedy jakąś brązową tabletkę, którą kolega polecił mu jako „rozluźniacz”. Wrócił do domu i zastał porządek w swoim pokoju, chociaż zostawił przed wyjściem burdel. Rozłożył resztę pamiętników na łóżku i czytał powoli, jak to po pijaku, nie mogąc uspokoić rozedrganych literek. Wtedy wpadł Bill, blady, ale z jakąś dziwną nadzieją w oczach. Zgasła ona, gdy tylko zorientował się co się dzieje. Powiedział coś okropnego i uderzył Toma w twarz. Wybiegł, powstrzymując łzy. Spał cały kolejny dzień. W tym czasie Tom załatwił sobie kokainę przez telefon – kumpel podrzucił mu ją oraz kilka flaszek wódki wieczorem w drodze do klubu nocnego. Potem, pod wpływem alkoholu, wykradł nocą nóż z kuchni. Z powrotem w pokoju zażył końską dawkę narkotyku i dopił drugą butelkę wódki. Wypalił także prawie cała paczkę papierosów, aż mu się zrobiło niedobrze. Powinien już paść nieprzytomny pod stołem, ale okazało się, że ma mocniejszą głowę niż przypuszczał. Prawdopodobnie „zahartował” ją na popijawach z kolegami. Tak czy siak podciął sobie żyły, tnąc mocno wzdłuż fioletowych linii na długości całego przedramienia. Przestraszył się tego co zrobił, gdy tylko pierwsze krople zaczęły się sączyć spod skóry. Przycisnął je do koszulki, nie chcąc na nie patrzeć. Kokaina zaczęła działać, ale nie rozweseliła go, tylko wprowadziła w stan odrętwienia. Przeżywał wszystko dwa razy silniej. Zapalił jeszcze ostatniego papierosa, czując, ze coraz trudniej mu się oddycha. Wtedy przyszła mama. Wygonił ją. Oderwał ręce od koszulki, polał wódką z ostatniej butelki, pociągnął ostatni łyk palącego napoju i poszedł do Billa. Potknął się po drodze i mocno uderzył w głowę. Czuł wtedy już bardzo silne kłopoty w oddychaniu. Wciągana przez nos kokaina i papierosy zrobiły swoje. Postanowił, że chce umrzeć. Ale jeśli już, to tylko w ramionach brata. Położył się obok niego, powiedział, że go kocha i poczuł się gotowy. Zapadła ciemność. Dryfował w niej przez chwilę, a potem obudził go Bill… w tym życiu. Nagle pomyślał, że może to całe tamto życie było tylko jakimś niezwykle wyrazistym snem… Po chwili zarzucił jednak tę hipotezę. Niemożliwe. Po prostu niemożliwe.
Siedział odrętwiały przez kilka minut. Resztki lodów zupełnie się już rozpuściły. Odłożył miseczkę. Poczuł wyrzuty sumienia. Jeśli tamto było prawdziwe, to może… Może Bill się martwi? Jeśli pochowano Toma, to może cierpi katusze? Może chce popełnić samobójstwo? Łzy napłynęły do dziecięcych oczu. Była tylko jedna, jedyna rzecz, która mogłaby zmusić go do opuszczenia tego życia.
- Skucha! Teraz ja! – Uśmiechnął się Tom odbierając zieloną skakankę z rąk brata. Ten spojrzał na zegarek, wciągnął ze świstem powietrze i rzucił:
- Tom, ty skacz, a ja zacznę się ubierać.
- A gdzie ty się wybierasz? Masz randkę? – zakpił.
- To nie jest śmieszne. – Walnął bliźniaka w ramię. – Ja idę z Niną do parku. Pogramy w siatkówkę. Ja jej obiecałem, że nauczę ją ścinać.
- A potem pójdziecie na lody i będziecie sobie mówić, jak bardzo się kochacie… – Rzucił z bezczelnym uśmiechem, obejmując się ramionami. W nagrodę poczęstowano go kuksańcem.
- Spadaj. Ja nikomu nie będę mówić, że ja go kocham. – Chłopiec pokazał mu język i pobiegł do swojego pokoju. „Muszę powiedzieć mu w końcu, ze za często używa słowa ‘ja’. To mnie zaczyna zdrowo wkurzać. Swoją drogą, ciekawe co u Billa w moim dawnym życiu.” Tom przestał już myśleć o swoim żywocie wypełnionym karierą jak o czymś prawdziwym. Stał się on tylko wspomnieniem. Wyjątkowo zamglonym wspomnieniem. Mówił o nim jak o przeszłości, nazywał je „dawnym życiem”. Prawdziwym życiem było teraz to, w którym skacze się na skakance, kopie piłkę, tłucze się z bratem, bawi w chowanego i je lody. To, w którym ogląda się kreskówki. To, w którym jest się beztroskim. To, w którym on był naprawdę szczęśliwy.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Bill poleciał otworzyć. Tom wyszedł za nim. Umierał z ciekawości, jak to Nina kiedyś wyglądała? Za rzadko z nią wtedy przebywał, żeby zapamiętać.
W drzwiach stała mała blondyneczka. Wielki aparat na zębach i jeszcze większe okularzyska, zielona koszulka i czarne spodenki w białą kratkę stanowiły absolutne zaprzeczenie tego, co będzie sobą przedstawiała w przyszłości. Z rozmarzeniem pomyślał o jej przyszłych kształtach… Żeby znowu posmakować kobiecego ciała, musi jeszcze poczekać. Nie zmartwiło go to.
Jego brat z przyjaciółką wybiegli w stronę parku. Patrzył chwilę za nimi, po czym wrócił do wnętrza domu. Nic mu się nie chciało, poszedł więc do kuchni i nałożył sobie porcję lodów z pudełka. Jedząc truskawkowe kulki myślał niechętnie o starym życiu. Zastanawiał się, czy umarł, czy balansuje zawieszony między śmiercią a życiem. Przypominało mu się coraz więcej szczegółów z ostatnich dni przed tragedią. Poszedł do szkoły z pamiętnikiem Billa. Po szkole pojechał na imprezę. Na tej imprezie czytali z kumplami czarny zeszyt, płacząc ze śmiechu. Zażył wtedy jakąś brązową tabletkę, którą kolega polecił mu jako „rozluźniacz”. Wrócił do domu i zastał porządek w swoim pokoju, chociaż zostawił przed wyjściem burdel. Rozłożył resztę pamiętników na łóżku i czytał powoli, jak to po pijaku, nie mogąc uspokoić rozedrganych literek. Wtedy wpadł Bill, blady, ale z jakąś dziwną nadzieją w oczach. Zgasła ona, gdy tylko zorientował się co się dzieje. Powiedział coś okropnego i uderzył Toma w twarz. Wybiegł, powstrzymując łzy. Spał cały kolejny dzień. W tym czasie Tom załatwił sobie kokainę przez telefon – kumpel podrzucił mu ją oraz kilka flaszek wódki wieczorem w drodze do klubu nocnego. Potem, pod wpływem alkoholu, wykradł nocą nóż z kuchni. Z powrotem w pokoju zażył końską dawkę narkotyku i dopił drugą butelkę wódki. Wypalił także prawie cała paczkę papierosów, aż mu się zrobiło niedobrze. Powinien już paść nieprzytomny pod stołem, ale okazało się, że ma mocniejszą głowę niż przypuszczał. Prawdopodobnie „zahartował” ją na popijawach z kolegami. Tak czy siak podciął sobie żyły, tnąc mocno wzdłuż fioletowych linii na długości całego przedramienia. Przestraszył się tego co zrobił, gdy tylko pierwsze krople zaczęły się sączyć spod skóry. Przycisnął je do koszulki, nie chcąc na nie patrzeć. Kokaina zaczęła działać, ale nie rozweseliła go, tylko wprowadziła w stan odrętwienia. Przeżywał wszystko dwa razy silniej. Zapalił jeszcze ostatniego papierosa, czując, ze coraz trudniej mu się oddycha. Wtedy przyszła mama. Wygonił ją. Oderwał ręce od koszulki, polał wódką z ostatniej butelki, pociągnął ostatni łyk palącego napoju i poszedł do Billa. Potknął się po drodze i mocno uderzył w głowę. Czuł wtedy już bardzo silne kłopoty w oddychaniu. Wciągana przez nos kokaina i papierosy zrobiły swoje. Postanowił, że chce umrzeć. Ale jeśli już, to tylko w ramionach brata. Położył się obok niego, powiedział, że go kocha i poczuł się gotowy. Zapadła ciemność. Dryfował w niej przez chwilę, a potem obudził go Bill… w tym życiu. Nagle pomyślał, że może to całe tamto życie było tylko jakimś niezwykle wyrazistym snem… Po chwili zarzucił jednak tę hipotezę. Niemożliwe. Po prostu niemożliwe.
Siedział odrętwiały przez kilka minut. Resztki lodów zupełnie się już rozpuściły. Odłożył miseczkę. Poczuł wyrzuty sumienia. Jeśli tamto było prawdziwe, to może… Może Bill się martwi? Jeśli pochowano Toma, to może cierpi katusze? Może chce popełnić samobójstwo? Łzy napłynęły do dziecięcych oczu. Była tylko jedna, jedyna rzecz, która mogłaby zmusić go do opuszczenia tego życia.
- Bill… – szepnął. Łza potoczyła się po policzku, zmywając grzechy i skazy. Zmywając zdradę. Spłynęła druga – łza pokuty. Trzecia – zadośćuczynienia. Czwarta – cichej, subtelniej, braterskiej miłości…
____________________________________________________________________
NEXT NEXT NEXT ! DAWAJ NEXT !
OdpowiedzUsuń*-*
NO ILE MAM NA TEGO NEXTA CZEKAĆ ?!
OdpowiedzUsuńJA TU SZAŁU DOSTAJE ! -,-" ;**