czwartek, 14 listopada 2013

Rozdział 20

Przepraszam za bardzo długą przerwę. Postaram się to nadrobić ;** 
Miłego czytania :) 

_________________________________

Grube zasłony kaskadami ciężkiego materiału spływały z sufitu do samej podłogi. Promienie słońca wpadały przez szparki między fałdami tkaniny, oświetlając śpiącą twarz Steph. Ta, mając wrażenie, że wciąż tuli matkę, zastanawiając się , kto jest „nieludzką istotą”, przyciskała zwiniętą w rulon poduszkę. Obudziła się niemal z krzykiem. Usiadła na łóżku i spojrzała na zegarek. Jedenasta dwadzieścia sześć… to był sen… tylko sen… Ale do jakiego stopnia? Zmarszczyła brwi, usiłując przypomnieć sobie, kiedy położyła się do łóżka. Nie mogąc do tego dojść, odrzuciła ciepłą kołdrę i przetarła oczy. Wstała, powoli, nieśpiesznie podnosząc się z łóżka. W satynowej piżamie wyszła z pokoju i przeszła do kuchni. Mama szykowała tam dla niej śniadanie.
  – Mamo, czy nasza wczorajsza rozmowa to był… sen?
  – Hm… a o jakiej rozmowie myślisz? – Spojrzała na nią rozbawiona rodzicielka.
  – O tej, w której przyznałaś, że nie jesteś moją matką, a ja jestem podrzutkiem.
  – Ależ Stephanie! – Wykrzyknęła kobieta, ze zdumienia i trwogi kładąc dłoń na klatce piersiowej, tuż pod szyją. Niemal zgromiła ją wzrokiem tuż po tym, jak doszła do siebie.
  – Jak coś tak niemądrego mogło przyjść do głowy mojej rozsądnej córeczce?
  – A więc jednak mi się śniło. – Westchnęła Steph. Nie wiedziała jednak, czy z ulgi, czy z głęboko skrywanego zawodu.
  – Najwyraźniej. Jeśli jednak miewasz wątpliwości możesz zajrzeć do albumu w którym trzymamy zdjęcia z twojego dzieciństwa. Jest tam dokument ze szpitala, zaświadczenie i opaska, którą miałaś na nadgarstku jako noworodek, zanim zabraliśmy cię ze szpitala. Na każdym z tych trzech dokumentów jest moje nazwisko jako rodzicielki i twoje jako dziecka.
***
  – Tom! Pobaw się ze mną w chowanego! – Krzyknął wątły blondynek. Gdy usłyszał zgodę bursztynowe oczka aż się zaświeciły. A gdy do tego Tom powiedział, a właściwie zapiszczał:
  – Dzisiaj to ja mogę liczyć, chowaj się! – dało się już tylko słyszeć szybkie, lekkie tuptanie po dywanowej wykładzinie przedpokoju. Gdy chłopcu udało się doliczyć do piętnastu (z rozmysłem nie policzył dalej, uświadomił sobie bowiem, że gdy był w tym wieku nie umiał dalej policzyć) poszedł prosto do łazienki. Tam najłatwiej było się ukryć drobnemu dziecku w stosach bielizny i między poszarzałymi, ale wciąż dość kolorowymi ręcznikami. Przeszukawszy je, nie odnalazł jednak brata. Podążył więc do kuchni. Mama zmywała naczynia. Spojrzał na nią przenikliwie.
  – Mamusiu, nie widziałaś gdzieś Billa? Bawimy się w chowanego.
  – A czy w tej zabawie wolno korzystać z pomocy dorosłych? – Odpowiedziała pytaniem.
  – Oj mamo… – Skrzywił się. Usłyszawszy jednak stłumiony chichot z bezczelnym uśmiechem otworzył szafkę, w której stał kosz na śmieci. Obok niego wcisnął się, szczerząc ząbki, chłopczyk w niebieskiej bluzie z wielkim, uśmiechniętym grzybkiem.
  – Mam cię! – Krzyknął Tom. Zwinny dzieciak rzucił się do ucieczki i po chwili zaklepał „bazę”.
  – Teraz ja liczę, a ty się chowasz. – Rzucił, zasłonił oczka, stanął przodem do ściany i zaczął liczyć bardzo starannie, jakby kaligrafował w ustach każde słowo:
  – Jeden, dwa, trzy… – Tom obrócił się i zwiał do pokoju rodziców. Wlazł pod łóżko i czekał. Gdy po pięciu minutach brat nie przychodził, ferwor zabawy nagle gdzieś wyparował.
  – Przecież ja tak naprawdę mam osiemnaście lat! Co ja wyprawiam? Bawię się? – Zauważywszy jednak, że gadanie do siebie mogłoby przyciągnąć uwagę roześmianego braciszka, dalszą debatę z samym sobą kontynuował w myślach. „Jak to się stało? Co ja pamiętam z tamtego życia? A właściwie to z tego prawdziwego, aktualnego… Chociaż, które z nich jest prawdziwe? Które jest aktualne? To, czy tamto? Ech, nieważne… Jakie jest ostatnie wspomnienie?… Alkohol i narkotyki… Podciąłem sobie żyły na nadgarstkach… Uderzyłem mocno głową o podłogę, idąc do pokoju Billa… Potem on patrzył na mnie z przerażeniem… I już…”. Zdziwiło go, że tak wiele pamięta. Był przecież wtedy pod silnym wpływem procentów i kokainy. Nagle oświeciło go. Może już umarł? Może jest w niebie? A może, umierając, przeżywa się swoje życie jeszcze raz? A jeśli wciąż żyje, to czemu jest tutaj?
***
 Steph nie trwoniła czasu na dłuższe stanie w bezczynności. Zerwała się i pobiegła na strych. Nie bacząc, że jest w czystej piżamie, uklękła na pokrytej grubą kołdrą kurzu i brudu podłodze i zaczęła przekopywać się przez stosy rupieci. W przeciągu kwadransa w ręce wpadła jej cenna zdobycz, jeden z czterech rodzinnych albumów. Ten był zatytułowany wyjątkowo ładnym, ozdobnym pismem; „STEPHANIE”. Szybko otworzyła go i przewertowała kilka stron. Mama w ciąży, mama u lekarza tuż po USG… Nie, to za wcześnie. Niecierpliwie przerzuciła kilka stronic naraz. Tutaj pięcioletnia, białowłosa dziewczynka zajadająca banana z lodami, tu, kilka miesięcy później, bawiąca się z kotem sąsiadów.. „Za daleko” pomyślała, zaciskając zęby ze złości. Na spokojnie przełożyła dwie czy trzy karty do tyłu. Triumfalny okrzyk rozniósł się po pomieszczeniu. Wyciągnęła dwie pożółkłe kartki i szybko zlustrowała je. Dane się zgadzały. W rubryce MATKA wpisano nazwisko jej mamy, w rubryce DZIECKO nazwisko Steph. Tak samo z drugim papierem. Nie mogła jednak znaleźć opaski. Usiadła na podłodze, w pełni świadoma, że ma cały tyłek szarobrązowy. Musiała jednak dać w końcu odpocząć nogom. Dokładnie zaglądała w okładkę jednak ani tam, ani między zdjęciami opaski nie było. Wykrzywiwszy na chwilę usta w dzióbek chciała już się poddać, gdy ujrzała, że zza sąsiedniej karty albumu wystaje rąbek żółtej gumy. Wyciągnęła ją. „Opaska!” Pomyślała od razu. Rzeczywiście. Między dwoma cienkimi, podłużnymi prostokątami ze zżółkłego, przezroczystego plastiku wyginającego się i rozciągającego jak stara guma znajdowała się karteczka. Sądząc po śladach nieporadnego odcinania, Steph musiała mieć tę opaskę na nadgarstku aż do dotarcia do domu, gdzie została ona prowizorycznie rozcięta w poprzek nożycami. Na karteczce, mimo rozmazanego latami tuszu dało się rozpoznać litery. Dwie takie same rubryki, jak na zaświadczeniach – MATKA i DZIECKO. Dwa takie same nazwiska. Przejrzała wszystkie papiery. Żadne nie wyglądały na sfałszowane.
 Ta twarzy Białej pojawił się nikły uśmiech. A więc teraz należy już tylko wyjaśnić jedną, ostatnią sprawę. Kolor włosów. Skąd on się u niej wziął?
***
  – Bill, gdzie ty się wybierasz? – Zapytała dzień później Simone, stojąc w piżamie i widząc, jak jej czarnowłosy, wyczerpany syn zakłada buty. Właściwie to znała już odpowiedź, ale nie zaszkodziło się upewnić. Chłopak nerwowo zaciągnął węzeł na sznurówkach.
  – Minęły już pełne dwa dni. Jadę do szpitala posiedzieć przy bracie.
  – Ale jesteś zmęczony, musisz odpoczywać… – Powiedziała, skubiąc rękaw szlafroka.
  – Mamo! Ja jestem zmęczony ciągłym udawaniem, że wszystko będzie dobrze! On może umrzeć! Może się nie obudzić! – Krzyczał i machał rękami, rozhisteryzowany. – Mam dość! Wszyscy mówią ciepłe słowa dopiero teraz, gdy dzieje się coś złego! A ja nie chcę kłamstw! – Simone stała z otwartymi ustami, nie mogąc się pozbierać po tym wybuchu.
  – Mamo… Mamuś, ja… Ja przepraszam…
  – Nie, Bill, nie ma za co przepraszać… Masz absolutną rację. Daj mi pięć minut. Tylko się ubiorę i zawiozę cię do Toma. – Pocałowała policzek syna i pobiegła do sypialni po odzież.
***
  – I jak? Znalazłaś to, czego szukałaś? – Matka Stephanie wytarła ręce w ścierkę.
  – Tak. – Odparła, siadając przy stole i mieszając herbatę. – Mamo…
  – Słucham?
  – Dlaczego ja mam białe włosy i zielone oczy, skoro nikt w naszej rodzinie takich nie ma?
  – Ach, to stąd ten pomysł, że nie jesteś naszą córka?
  – Nie. Pomysł wziął się ze snu. Mówiłam ci już.
  – No dobrze, niech ci będzie. – Kobieta usiadła przy stole obok dziewczyny. – Jesteś albinoską. Stąd jasna cera, białe włosy, jasne brwi i zielone oczy.
  – Przecież albinosi mają czerwone oczy.
 - Nie wszyscy. Ty na przykład nie.
 - Aha, rozumiem. No a rysy? Nie jestem podobna ani do ciebie ani do taty.
 - Jesteś za to bardzo podobna do swojej prababci, a mojej babci. Tak jak ona interesujesz się tańcem i poezją… – Mamie łzy zaświeciły w oczach.
 - Mamo, a dlaczego ja mam tylko was, swoich rodziców i żadnej innej rodziny?
 - Kochanie, tyle razy o to pytasz. Zawsze ci mówię, że jeszcze nie czas, byś się dowiedziała, ale na pewno kiedyś ci powiem…
 - Dobrze, dobrze… – Spojrzała na mamę spod rzęs. Zobaczyła, jak pośpiesznie ociera łzy. – Kochałaś babcię?
 - Moją mamę?
 - Nie, mam na myśli twoją babcię, nie moją. Kochałaś ją?
 - Bardzo. Wszyscy ją kochaliśmy, każdy i każda na swój pokręcony sposób, ale niestety ona była samotniczką. Ze mną na szczęście utrzymywała bliskie i ciepłe stosunki, z resztą rodziny niestety nie. Uwielbiałam spędzać z nią długie zimowe wieczory przy herbacie i partyjce szachów, kart czy czegoś takiego. – Westchnęła.
 - Rozumiem. No trudno, idę się ubrać. Zakurzyłam się na tym stryszku.
***
 - Jesteśmy. – Simone odpięła pas bezpieczeństwa i otworzyła drzwi auta. W Billa wstąpiła niewypowiedziana energia. Nie uśmiechał się, co prawda, ale za to pędził w stronę szpitala najszybciej, jak tylko mogły go ponieść miękkie jeszcze w kolanach nogi. Ledwo mogła go dogonić. Dopadł recepcji i wysapał:
 - Tom Kaulitz?
 - Chwileczkę. – Starawa kobieta o bordowych paznokciach, niebieskich powiekach i fioletowej szmince, ze stanowczą nadwagą i staroświeckim już kokiem zaczęła szperać w papierach. Po piętnastu sekundach Czarny nie wytrzymał:
 - Nie może pani szybciej?
 - A co, umiera panu ktoś? – Burknęła. Chłopak zbladł i zacisnął wargi. Oczy delikatnie mu się zaszkliły, dłonie zmieniły w pięści. Wyglądał jak małe dziecko, któremu ktoś zabrał lizaka. Spojrzała na niego znad okularów i momentalnie zmieniła ton:
 - Ja… Ja przepraszam… Nie wiedziałam…
 - Niech pani szuka… – machnął dłonią.
 - Ale ja naprawdę… – zmieszała się.
 - Szukaj! – Huknął. Błyskawicznie spuściła głowę i zaczęła szybciutko przebierać teczki.
 - Tom Kaulitz, tak? – Skinął głową. – Pan z rodziny?
 - Jestem jego bratem bliźniakiem.
 - Naprawdę? Nie jesteście panowie do siebie podo… – Zgromił ją wzrokiem. Podziałało.
 - Sala numer czterysta dziewięć.
 - Dziękuję. – Wypluł to chłodne słowo i szybkim krokiem skierował się do windy. Nacisnął zielony guzik i czekał. Znów czekał. Był wściekły. Dlaczego wszystko i wszyscy tak bardzo starają się odwlec moment, w którym w końcu dorwie się do ciała brata, złapie go za rękę, przytuli się do niego, poczuje zapach jego skóry, dotyk dreadów… Dlaczego?! Zobaczył mamę. Zdyszana dotarła do niego z lekkim poczuciem winy w oczach.
 - Kochanie, wiesz już, która sala?
 - Czterysta dziewięć.
 - Świetnie. Idź już teraz sam, dobrze?
 - A ty?
 - Ja… Ja nie mogę. – Spuściła wzrok. – Nie teraz. Jeszcze nie teraz. Poza tym Jörg czeka w domu na śniadanie…
 - Rozumiem, nie tłumacz się. – Uśmiechnęła się do niego, jednak on nie odwzajemnił gestu. Nie miał sił. Pogłaskał ją jednak po policzku i rzekł:
 - Wiem, że nie jesteś jeszcze gotowa. Ja do niego pójdę.
 - Dziękuję, synku. Ucałuj go ode mnie.
 - Dobrze. – Odwróciła się i wybiegła ze szpitala. Wsiadła do samochodu i rozpłakała się na dobre. Przymknęła powieki, pozwalając, by łzy swobodnie spod nich wypływały. Miała nadzieję, że zabiorą ze sobą ból, jaki sprawiała jej świadomość, że nie jest dobrą matką. Na szczęście ta nadzieja nie została zawiedziona. Wręcz słyszała, co by powiedział teraz Bill: „Przecież zła matka nie płakałaby nad nieszczęściem jej dziecka…”. Kiedy uspokoiła oddech, kryształowe kropelki zbiegały po jej policzkach, trzymając się za ręce z okruszynami jej cierpienia. Powolutku, jedna gorąca łza, jedna boląca kruszynka. Aż w końcu przyszła ulga. Delikatna jak zjawa głaskała rozpaloną twarz chłodnymi dłońmi, zaś serce rozgrzewała swoją obecnością…
***
Czarny podziękował młodej i przyjaznej siostrze szpitalnej. Zamknął drzwi nie wiedząc, że stanęła ona za szybą i razem ze swoimi koleżankami z pracy patrzy, co się teraz stanie. Przyjrzał się bratu. Był pewien, że otrzymuje on fachową pomoc, jednak…
Dla niego leżał blady, smutny, opuszczony. Gęsto omotane grubym bandażem nadgarstki gubiły się wśród dżungli plastikowych pnączy, zwanych też rurkami czy kroplówkami. Na twarzy miał jeszcze maskę tlenową. Zamknięte oczy delikatnie się poruszały pod powiekami, jakby śnił. Rozsypane na poduszce długie dredy nie były teraz spętane czapką czy opaską…
Każdy człowiek który by teraz patrzył na tę scenę wzruszyłby się. Każdej matce pękłoby serce, gdyby to oglądała. Każdy lód by się roztopił i każdy kamień zapłakał. Bo oto zraniony przez własnego brata chłopak, który nienawidził go w jednej chwili za wszystko – za to, że był dla niego podły, za to, że czytał jego pamiętniki i pokazał je kumplom – teraz uświadomił sobie, że nie przeżyje dnia bez bliskości tego potwora, który teraz zrzucił włochatą, pazurzastą i zębiastą skórę i ukazał swoją prawdziwą naturę. Delikatną i bezradną. Jeden i drugi tacy sami. Czarny puścił klamkę i postąpił wolny, ostrożny krok w kierunku łóżka. 
***
Mały blondynek wszedł do pokoju rodziców. Nie słyszał ukrytego pod posłaniem brata. Chodził po pomieszczeniu i oglądał jego zakamarki, szukając bliźniaka. Chichotał. Nagle do jego uszu dotarło głuche, stłumione westchnienie. Obrócił się w stronę, z której dobiegało. Postąpił wolny, ostrożny krok w stronę łóżka.
***
Następny już był szybszy. Podbiegł do trupio bladej, leżącej postaci. Rzucił się w jej ramiona, czując w sercu ból i ukojenie jednocześnie. Wtulił twarz w nieruchomy tors, rozpychany od środka sztucznie wprowadzanym do płuc tlenem. Słyszał ciche bicie serca. Mimo to, poczuł po raz pierwszy od wielu dni, że coś jest dobrze. Że będzie dobrze. Nie biorąc pod uwagę szpitalnych przepisów położył się obok niego. On i on. Oni. Obaj. Jedność.
***
Z dzikim śmiechem chłopczyk zajrzał pod łóżko i krzyknął „Znalazłem!”. Gdy tamten wytoczył się spod mebla przewrócił go na łóżko i zaczęli się łaskotać. W końcu jednak zmęczeni ułożyli się obok siebie. Bill spojrzał na brata z promiennym uśmiechem. Położył się tak, aby głowa ułożyła się na jego sercu. Słyszał bicie organu, czuł, jak klatka unosi się, rozpychana oddechem. Nagle spoważniał i uniósł głowę. Przez chwilę zbierał w myślach słowa, po czym wolno powiedział:
 - Obiecaj mi, że zawsze będziemy się tak lubić. – Tom wstrzymał oddech. Okłamać go? Powiedzieć, że któregoś dnia dorwie jego pamiętnik i zdradzi go? Popatrzył mu w oczy. Uśmiechnął się. „Nie. Wcale go nie okłamię”, pomyślał. Był tego pewien jak nigdy dotąd.
 - Obiecuję. – Pogłaskał braciszka po włosach. Uśmiechnięta buzia znów spoczęła na wątłej klatce. Spojrzał na sufit. „Obiecuję i dotrzymam słowa.” – dodał w myślach.
***
Simone poczuła jakieś ukłucie w sercu. Jakby działo się coś bardzo ważnego, przy czym powinna być. Wyszła z samochodu i rozejrzała się dookoła.
 - A, co tam Jörg… Idę odwiedzić mojego synka. – Warknęła. Szybkim, zdecydowanym krokiem wbiegła do szpitala, pojechała windą na czwarte piętro i odnalazła wzrokiem salę 409. Przy jej szybie tłoczyły się pielęgniarki. Przecisnęła się między nimi i zajrzała do środka.
***
Czarny podniósł zapłakaną twarz i spojrzał na bladego brata. Przypomniał mu się pewien epizod z przeszłości. Uśmiechnął się na tę myśl.
 - Kiedyś obiecałeś mi coś ważnego. Przeze mnie musieliśmy obaj w tę obietnicę zwątpić. Teraz jednak niczego nie jestem bardziej pewny, jak tego, że… kocham cię, braciszku… I chcę, byś do mnie wrócił…
***
Tom usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi. Obrócił swoją blond główkę, starając się nie zbudzić śpiącego na nim brata. Zobaczył mamę, która, wzruszona, stała w drzwiach i patrzyła na nich.
 - Moje kochane dzieci… – Szepnęła. Podeszła i pogłaskała chłopca po głowie. – Chodźcie, zrobiłam wam budyń. No i zaraz zaczną się kreskówki w telewizji.
***

Przez chwilę przy szybie było bardzo cicho. Kobiety tam zgromadzone wyciągały chusteczki i ocierały mokre oczy. Jedna z nich spojrzała na Simone i zauważyła, że kobieta nie ma uniformu pielęgniarki. Musiała więc być spoza szpitala, a jeśli stoi tu, to znaczy, że…
 - To pani synowie? – Zapytała pielęgniarka, ocierając palcami łzy wzruszenia.
 - Tak. To moje kochane dzieci… – odparła przez ściśnięte gardło, czując, że ma absurdalną ochotę na budyń…

1 komentarz: