poniedziałek, 29 lipca 2013

Rozdział 17

***Na spotkaniu dziewczyn***
Trzeci dzień ferii… Padał deszcz, było zimno, cicho i ciemno. Idąc po chodniku nie spotkałoby się żywej duszy. Ludzie uciekali przed paskudną pogodą, kryjąc się w swoich domach lub u znajomych. Pewna paczka przyjaciółek nie była tu wyjątkiem…
Dziewczyny siedziały na poduszkach w ogromnym pokoju Evy, otoczone miłą atmosferą reggae tryskającego z oczu Boba Marleya, którego plakat wisiał na ścianie, z kubkami ciepłej czekolady w dłoniach. Żartowały, gadały przez dłuższą chwilę na poważnie, by zaraz potem znów się głośno roześmiać.
– Co robiłyście wczoraj? – Zapytała Svenja.
– Ja siedziałam w domu i cały dzień poświęciłam mojemu kotu. – Odpowiedziała Elena.
– Od kiedy ty masz kota?! – Wrzasnęły chórem.
– Od przedwczoraj, wzięłam go ze schroniska. Byłam tam z wujkiem, który strasznie kocha zwierzęta i przejmuje się ich losem. Wujek oddalił się gdzieś z dyrektorem schroniska, a mnie nudziło się trochę wśród tych wszystkich zaniedbanych kundli. Było mi ich żal, oczywiście, ale ile można na nie patrzeć? Poszłam sobie więc do takiego malutkiego domku, praktycznie komórki, w której były same koty. Zastałam tam wolontariuszkę, która pochwaliła się, że pół miesiąca temu pomagała odebrać miot. Pokazała mi te maluchy, ja tak zaglądam, a tam wśród szarobrązowych kociaków jeden najmniejszy, czarny z białą mordką i czekoladowymi oczyma. Nie mogłam się oprzeć, był taki słodki, a gdy spojrzał na mnie, wygramolił się spomiędzy swoich braci i cały czas na mnie patrząc i miaucząc wlazł mi na ręce, zupełnie straciłam dla niego głowę, wiecie? Zadzwoniłam do rodziców, o dziwo, zgodzili się od razu. Tym sposobem mamy nowego członka rodziny. Zwierzak zakochał się we mnie z wzajemnością od pierwszego wejrzenia i już poznał wszystkie moje sekrety.
– Gadałaś z nim? – Brew Doris powędrowała do góry.
– Owszem, leżąc sobie na łóżku i patrząc mu w ślepka. Wiecie, on chyba lubi, jak Siudo niego mówi, bo patrzyła na mnie tak, jakby mnie rozumiał…
– Dałaś mu jakoś na imię?
– Bill… – Odpowiedziała spokojnie.
– Co? – Zarechotała reszta. – Czemu?
– Nie słuchałyście, jak go opisywałam? Biała mordka, czekoladowe oczy a reszta czarna! No wykapany Simba! A właśnie, niech Farbi nie wie, jak dałam mojemu maleństwu na imię, bo mi będzie głupio! Tak przy Billu mówcie na mojego kota Simba. Będzie wyglądało na przypadek, że go tak nazwałam!
– Okay. A ty, Eva, co robiłaś wczoraj? – Zapytała Doris.
– Cały czas grałam na gitarze. Mój brat doprowadził mnie rano do szału i nie chciało mi się z nikim rozmawiać, to zamknęłam się w pokoju i do wieczora nie wychodziłam.
– Ja przeczytałam wczoraj dwie powieści. – Rzuciła luźno Doris.
– Nie zaskoczyło mnie to, mówiąc szczerze… – uśmiechnęła się bezczelnie Svenja.
– No co? Tak strasznie nie chciało mi się wychodzić spod kołdry, że tam zostałam!
– Jasne, jasne. No co? Nie patrz tak na mnie! Ja cały dzień tak się nudziłam, że usiadłam z pudełkiem lodów waniliowych przed TV i oglądałam wszystkie beznadziejne opery mydlane, jak leci! Pod koniec strasznie chciało mi się rzygać, nie wiem jednak, czy bardziej od lodów, czy od seriali…
– Ja przedwczoraj byłam cały czas z Niną. Pojechałyśmy na wycieczkę do Magdeburga, byłyśmy na zakupach, u manikiurzystki, w kinie, na pizzy i na basenie. Wróciłam do domu taka padnięta, że zasnęłam w ciuchach i z makijażem na twarzy, nawet nie pofatygowałam się, by rozpakować zakupy, a powiem wam szczerze, że w centrach handlowych tak się z Niną obkupiłyśmy, że hej!
– Pewnie wydałaś mnóstwo pieniędzy… – Powiedziała Eva.
– Nie, właśnie nie! Zapłaciłam tylko za połowę ciuchów, które kupiłam i za pizzę, Nina upierała się cały czas, że to ona chce stawiać, kupiła nie tylko resztę ubrań, które mi się podobały, ale zapłaciła za basen, kino i manikiur…
– Najwyraźniej nieźle skorzystałaś? – Sceptycznie uśmiechnęła się Elena, przyglądając się perfekcyjnie wykonanym wzorkom na paznokciach przyjaciółki.
– Nie patrzcie tak na mnie! Nina tak nalegała, że po prostu musiałam jej ulec! Przecież nie kazała mi wskoczyć do ognia, prawda?
– Ale jakoś do tej pory jej nie lubiłaś… – Warknęła Svenja. Steph zaczerwieniła się, przypominając sobie, że powodem jej antypatii do blondynki były jej bliskie kontakty z Billem.
– Wy ją lubicie, więc czemu ja nie miałabym jej lubić? – Rzuciła wymijająco.
– Ona kupiła zwyczajnie twoją przyjaźń! – Sprowokowała ją Eva.
– Nie, wcale, nie! Tu chodzi o B… – Ugryzła się w język, tylko trochę za późno. Rozpaczliwie szukała sposobu na wybrnięcie z sytuacji, ale kumpele ją przejrzały…
- Billa, tak…? No proszę, więc o to chodzi! Mała Stephanie buja się w naszym Rozczochrańcu, była zazdrosna o Ninkę i bum! Okazało się, że najlepsza przyjaciółka Billa z dzieciństwa to fajna dziewczyna! – Reakcją Białej na tych kilka zdań było spalenie wielkiej cegły…
***Szpital, Magdeburg***
Bill nie odzywał się od długiego czasu. Zastanawiało go, co się teraz stanie. Gdyby Toma zabrakło w jakiś sposób… Wtedy koniec z Tokio Hotel, koniec ze sławą, może koniec z nim. Z Billem. Bo w końcu jego życie kręciło się tylko wokół muzyki, tworzenia, tras koncertowych, fanów… Myśl o utracie tego wszystkiego przerażała, ale o dziwo nie bolała. Po jego policzku spłynął mały, płynny kryształ, zaraz po nim drugi. Nie zwracał uwagi na mokre łaskotanie na twarzy, ciągle się zastanawiał, co to będzie?…
– Cicho, Bill, cicho, będzie dobrze, no już… – Mama głaskała Czarnego po głowie. Chociaż wcale nie hałasował, nawet nie chlipał, lejąc łzy, to i tak uciszała go, starając chyba bardziej uciszyć swoje sumienie. Nie dopilnowała własnego syna. Tylko cały czas liczy straty, nie zapobiega tragediom… Co z niej za matka?!
– Kiedy w końcu wyjdzie jakiś lekarz, przecież jego nie trzeba operować… prawda? – spojrzał na matkę z nadzieją.
– Myślę, że robią mu płukanie żołądka, nie wiadomo, co wciągnął. – Zauważyła trzeźwo Simone, aczkolwiek sama niekoniecznie była pewna prawdziwości swoich słów.
– Państwo Kaulitz? – Rosły, młody mężczyzna w białym fartuchu, coś koło 28 lat wyszedł z sali Toma, ściągając z dłoni gumowe rękawiczki i wyrzucając je do kosza na śmieci.
– To my. – Bill poderwał się z krzesła tak gwałtownie, że zakręciło mu się w głowie. Nie przejął się, podbiegł do lekarza i zasypał go pytaniami… A właściwie bełkotem. Pielęgniarka z najwyższym trudem usadziła go spowrotem na tyłku. Nie udało jej się jednak ani trochę go uciszyć. Cały czas mówił, mówił, mówił i mówił…
***U dziewczyn***
Biała zwijała się pod cisnącymi spojrzeniami przyjaciółek, gdy zadzwonił dzwonek od drzwi wejściowych. Eva poszła je otworzyć. Po chwili wróciła z bladą jak ściana Niną, której wzrok nie wróżył dobrych wiadomości…
– Słuchajcie, przejdę od razu do sedna… – Jej głos drżał. – Tom jest w szpitalu, nie wiadomo, co się z nim dzieje, zrobił sobie chyba jakąś krzywdę…
– No ale co my mamy wspólnego z twoim chłopakiem? – ziewnęła Svenja.
– Daj spokój, Sven, on nie jest moim… – zacisnęła powieki i odetchnęła. – Nie za bardzo wiem, co się dzieje z Tomem, ale z bełkotu Billa wywnioskowałam, gdzie się znajdują.
– Bełkotu Billa? – Dziewczyny od razu się obudziły.
– Tak. Jest w szpitalu na poczekalni, roztrzęsiony, ledwo co kontaktuje. Prosił, żebym zabrała was ze sobą do niego, bo już nie wytrzymuje i potrzebuje kogoś, kto mógłby pomóc mu teraz nie zwariować.
– A jego mama?
– Jest w takim samym stanie, co on, nawet w gorszym. Jedziecie ze mną do Magdeburga? – Odpowiedziało jej pośpieszne zasuwanie zamków kurtek i szmer zaciskanych węzłów sznurówek. Dwie minuty później mama Niny wciskała pedał gazu, starając się zmniejszyć odległość pomiędzy jej córką a przyjacielem owej córki. Kwadrans potem grupka dziewcząt wpadła do szpitalnego holu, a po chwili do odpowiedniego korytarza, gdzie już czekał na nie Czarny…
Stephanie, gdy go zobaczyła, była po prostu przerażona. Zawsze był bardzo chudy, teraz jakby tonął we własnych ubraniach i włosach. Nie miał makijażu – zniszczona, blada cera i niesamowicie smutne oczy błagały na niewidzialnych kolanach, żeby ktoś zatrzymał czas i to wszystko jakoś zrównoważył. Wyglądał jakby był manekinem. Nieruchomy, rozżalony wzrok nie przesuwał się ani o milimetr, raz, a porządnie wbity w plamkę na ścianie. Nie poruszał się, nie kiwał. Tylko powieki od czasu do czasu bardzo powoli opadały mu i unosiły się, by zwilżyć piekące go niemiłosiernie od płaczu i zmęczenia, niepomalowane i zaczerwienione oczy. Twarz, blada i obojętna, ze spierzchniętymi ustami nie odwróciła się. Widać było wyraźnie, że każda część jego ciała mówi stanowcze „DOSYĆ!”.
Dziewczyny stanęły nad nim, nie mogąc wykrztusić słowa. To było po prostu… Straszne. Upiorne. Tak, upiorne to dobre słowo na określenie widoku jaki zastały na trzecim od lewej, białym, plastikowym krześle. Za to jego matka wyglądała nieco normalniej. Łzy ciekły po jej twarzy, ale mimo smutku kontaktowała ze światem przynajmniej na tyle, że wodziła mokrym wzrokiem za lekarzami i pielęgniarkami przemykającymi jak jasne cienie w tę i spowrotem. Po kilku sekundach chaotycznego omiatania nim także twarzy nastolatek stojących nad nią, odetchnęła z ulgą, rozpoznawszy każdą z nich. Przyjaciółki Billa…
– To wy, dziewczynki! Dzięki Bogu! – Wstała szybko i pociągnęła Ninę za łokieć. Odszedłszy o kilka kroków od reszty zaczęła szeptać. – Błagam was, pomóżcie! Bill… Tom… Lekarz…
– Niech pani powie, o co dokładnie chodzi… – Pogłaskała ją po ramieniu.
– Zanim lekarz wyszedł z sali Toma, Bill trochę się jeszcze odzywał. Nawet po was zadzwonił, chociaż, jak sama słyszałaś, plątał mu się język. Gdy facet w końcu się pojawił, podbiegł do niego i zaczął go zasypywać pytaniami. Po pięciu minutach pielęgniarka go uciszyła i wtedy lekarz powiedział, co z Tomem. Nie słyszałam, bo rzekł to cicho, a stał daleko ode mnie. Gdy odszedł, Bill sterczał chwilę w jednym miejscu jakby go ktoś palnął pałką w potylicę. Potem odwrócił się jak robot, powolutku usiadł obok mnie i jakby zamarzł. Nie zmienił od tamtej pory pozycji aż do teraz. Nie reaguje na nic, ani na moje prośby, by powiedział co się dzieje, ani na pielęgniarkę… Błagam, potrzebuję waszej pomocy! Tylko wy możecie go obudzić z tego transu!
– Spokojnie, pomożemy, oczywiście… – Stephanie odprowadziła ją spowrotem na krzesło obok zastygłego Rozczochrańca, po czym skinęła na dziewczyny i wyjaśniła im, co się dzieje. Pogłówkowały chwilę i postanowiły, że najlepiej będzie delikatnie podejść do Czarnego.
Stephanie i Nina były dla niego – bez dwóch zdań – najbliższe z całej paczki. Usiadły z obu stron Upiorka i zamknęły go w ciepłym kręgu, przytulając się do niego. Nie zareagował nawet drgnięciem. Po długiej chwili wtuliły się w niego bardzo mocno i już, zrezygnowane, chciały puścić, gdy zaczęły się pojawiać efekty tej krótkiej terapii. W pewnym momencie jego pierś uniosła się, rozepchana od środka głębokim wdechem i wróciła na swoje wcześniejsze miejsce na drodze bolesnego westchnięcia. Jego twarz zmieniła trochę mimikę, skrzywił lekko usta, zgarbił plecy, potarł ją dłońmi i, wznosząc oczy wysoko, jakby do nieba, oparł się o ścianę. Spojrzał na każdą po kolei. Na Evę, Doris, Elenę… Na Ninę… Na Stephanie…
Nie mógł uwierzyć… Widok Steph z zatroskaniem przytulającej się do niego, zapach kokosów unoszący się z jej włosów… To wszystko tak blisko… Kiedyś tak samo blisko był obok niego Tom, po rozwodzie rodziców… A właśnie, Tom… Przecież to dlatego tu jest… Wyciągnął ręce i objął talię Białej. Położył głowę na jej ramieniu i chłonął tyle ciepła, ile tylko mógł… Od dawna nie zdarzyło się, by mógł brać je tak naprawdę, tak całymi garściami… Sprawiło to, że lód roztopił się i spłynął jak wiosenny śnieg pod postacią łez.

– Bill… Co się stało? Co z Tomem? – Zapytała łagodnie Steph, głaszcząc go po głowie.
– On… On się już nie obudzi… – Załkał.
– Co? – Dziewczyny jak jeden mąż spojrzały na Simone. Pociemniało jej przed oczami…
– No… no nie obudzi się…
– Ale… ale jak to… Bill, jak…? – Nina nie składała myśli w głowie, a tym bardziej słów w zdaniach.
– Chcesz powiedzieć że on… odszedł? – Elena wypowiedziała to słowo tak cicho, że tylko Czarny je usłyszał. Ku jej przerażeniu kiwnął głową…
– Tak jakby… – Popatrzył na nią.
– Tak jakby co? – Simone poderwała się z krzesła i zaczęła chodzić w kółko, w boki, wpadać na ściany, łapać się za włosy…
– Tak jakby odszedł… – Szepnęła Elena. Kolejnych kilka sekund było wypełnione ciężkim płaczem. Płaczem zawiedzionej na samej sobie matki, która nie dopilnowała własnego ukochanego dziecka. Rozrywający jej serce żal odczuwało się nawet w rozdwojonych końcówkach włosów.
– Mamo… Tom nie umarł… – Spojrzał na nią. Praktycznie słyszała już, jak dokańcza zdanie, wypowiadając dziecinne „…prawda?”. Jednak nie usłyszała tego. Dobrą chwilę zajęło jej przetrawienie tego faktu. Wbiła w niego wzrok.
– Bill, NATYCHMIAST powiedz mi DOKŁADNIE co się dzieje z TWOIM BRATEM? – Krzyknęła naciskając na niektóre słowa.
– Jest… jest w głębokiej śpiączce – zawył – stracił mnóstwo krwi i potrzebuje szybkiego uzupełnienia choćby większej części z niej… Możliwe jest jednak, że i tak go to nie uratuje. Zatruł sobie strasznie organizm alkoholem i narkotykami…
– Krew można przecież pobrać od ciebie… – Powiedziała Doris.
– Skąd ta pewność? – Spytała Eva.
– Gdy rodzą się bliźniaki, zawsze mają tę samą grupę krwi.
– A jeżeli to i tak nic nie da?
– Nie można być pesymistą. – Steph przytuliła płaczącego mocniej. Zorientowała się, że na jego twarzy wykwitł maleńki uśmiech. Uśmiech w cierpieniu. Tak delikatny, że ujrzała go tylko ona… Jakby był specjalnie dla niej… Jak mały prezent, który daje więcej radości, niż cały świat rzucony do stóp…
_______________________________________________________________
                                                                                                                                         ~~Martek~~

New autor *o*

Heei! Jestem Dagmara, mam 15 lat. Jestem  również fanką Tokio Hotel. 8 lat mieszkałam w niemczech, a moja mama była na jednym koncercie TH! Będę nową autorką bloga.
                                                               Pozdro dla fanów,
                                                                                                                     ~ Dagaa 

niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział 16

- Bill… Obudź się… – Delikatne słowa mamy i dotyk jej ciepłej dłoni na ramieniu sprawiły, że Czarny, choć z trudem, otworzył zapuchnięte oczy. Jęknął i przewrócił się na plecy. Potarł powieki i spojrzał nieprzytomnie na kobietę siedzącą obok niego. Trzymała w dłoni kubek i talerz.
– Przepraszam, że cię budzę, ale powinieneś już wstać…
– Która godzina? – Zachrypiał.
– Dziewiąta…
– Nie tak późno… – Skrzywił się.
– Dziewiąta, ale dzień później… – uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie.
– Nie rozumiem… – Uniósł brew.
– Przespałeś nie tylko noc, jak ci się zapewne zdaje, ale także cały następny dzień…
– Ojej… – Tylko tyle potrafił teraz z siebie wycisnąć. Co prawda niezbyt dobrze pamiętał, czemu ma ślady łez na policzkach, wszystko go boli, a mama ma taki zmartwiony wyraz twarzy, ale jego umysł praktycznie teraz nie pracował. Po kilku desperackich próbach podciągnął się do pozycji siedzącej i potrząsnął głową, próbując w ten sposób zrzucić z siebie resztki snu. Musiał jednak pogodzić się z tym, że nadal będzie jak z krzyża zdjęty, ponieważ były one bardzo uparte i nie dawały za wygraną, a zresztą Bill i tak nie miał ochoty się z nimi siłować. Matka wcisnęła mu do rąk gorący kubek z herbatą. Bezmyślnie podniósł go do ust i pociągnął spory łyk. Poparzone wrzątkiem wargi i gardło sprawiły, że zakrztusił się trochę, ale dzielnie przełknął płyn, który spływał do żołądka, przyjemnie ogrzewając, nie wiedzieć, czemu, zziębnięte ciało.
– Jesteś strasznie roztargniony, wiesz, kochanie? -Uśmiechnęła się rodzicielka. Odwzajemnił gest, bowiem zdawał sobie doskonale sprawę z własnego roztrzepania, które nie raz, nie dwa stanowiły sporą przeszkodę w jego życiu. Mama wyciągnęła spod jego czterech liter wielką poduszkę, ułożyła ją tak, że mógł się wygodnie oprzeć i sama wyciągnęła się obok niego. Położyła mu na kolanach talerz z kanapkami.
– Nie jestem głodny, mamusiu… – Spojrzał na nią szeroko już otwartymi, ale strasznie nieszczęśliwymi oczami. W odpowiedzi dostał wielkiego buziaka w policzek.
– Nie jadłeś nic od ponad trzydziestu godzin! Poczujesz głód, jak tylko zjesz kilka pierwszych kęsów, zobaczysz. – Przekonany, że mama ma zawsze rację, posłusznie wziął do ręki pierwszą kromkę z żółtym serem. Zanim się obejrzał, z talerza zniknęły wszystkie, a jemu wciąż było mało.
– Najedzony? – Zapytała kobieta.
– Jakby to powiedzieć… – Uśmiechnął się do niej szelmowsko.
– No to idę dorobić. – Zaśmiała się. Gdy wyszła z pokoju chłopak starannie ułożył rozkopaną kołdrę i przykrył ją miękkim kocem. Wytrzepał poduszkę i oparł ją porządnie o ścianę. Gdy skończył mama wróciła z półmiskiem zawalonym rozmaitymi kromkami i dodatkowym kubkiem, tylko, że z kawą.
– Zjem z tobą. – Wyszczerzyła się. Usiedli razem na łóżku, włączyli telewizor, jedli i rozmawiali.
W pewnym momencie, skacząc po kanałach, natrafili na powtórkę koncertu Tokio Hotel.
– Remember, to me you’ll be forever sacred! – Na dźwięki tej piosenki chłopak stanął na łóżku, zaczął podskakiwać i wydzierać się wniebogłosy, parodiując samego siebie…
– Forever sacreeeeeeeeeeed! Forever youuuuuuuuuuuuu! – Jego zmęczony głos niósł się po całym pokoju. Simone śmiała się tak głośno, że aż sama lekko ochrypła. Stanęła obok niego. Następna piosenka nosiła tytuł „Wo sind eure hände”. Śpiewali ją razem, obejmując się jedną ręką i skacząc po całym łóżku. Wygłupiali się, czochrali sobie nawzajem włosy…
– Eure hände! Wo sind eure hände! – Krzyczeli. Gdy piosenka się skończyła, padli wycieńczeni i dyszący na poduszkę. Spojrzeli po sobie i zachichotali. Bill patrzył na rodzicielkę z promiennym uśmiechem. Nagle zapomniał, że jest smutny, że płakał pół nocy… Czy on w ogóle płakał? Tak, ale czy to ważne? Ma koło siebie najcudowniejszą przyjaciółkę na ziemi. Przytulił mamę najcieplej, jak potrafił. Roześmiali się na dobre…
W pewnym momencie z włączonego wciąż telewizora popłynęły dźwięki „In die nacht”… Bill wciąż się śmiał, przyklejony do matki, ale zaczęło to wyglądać jak paskudny grymas umierającego męczennika. Srebrzysty chichot zmienił się w ochrypły, histeryczny warkot…
- Napisałem tę piosenkę dla Toma… – Zarechotał. „Jaki ja jestem głupi! Myślałem, że on mnie kocha!” pomyślał. Zadygotał, wzburzony tą myślą. Beztroski nastrój prysł jak bańki mydlane, które puszczał z bratem na łące… Łąka! To tam, jeszcze miesiąc temu, przytulił go Dreadziarz, narażając tym swoje dobre imię. Jego ciałem wstrząsnęły spazmy. Przypomniało mu się, jak został przez niego obroniony, gdy rodzice wściekli się o ten artykuł w gazecie… Był wtedy przy nim sercem i duszą… Wtedy jeszcze był… Powłokę wariackiego śmiechu przebiły już delikatne, ale silne łzy… Ich gorąco i gorzki żal zaklęty w tych płynnych kryształkach roztopiłby każde serce. Ze wszystkich sił wcisnął twarz we włosy mamy. Czoło naznaczyły bruzdy wściekłości i smutku. Wykrzywił się jak maleńkie, bezzębne niemowlę, wołające o mleko. Wtulił się w kobiece ciało. Poczuł delikatną dłoń głaszczącą go po głowie… Do jego uszu dotarło cichutkie zdanie, które słyszał chyba z milion razy jako maleńki chłopczyk, gdy budził się w środku nocy i płakał, przerażony koszmarem, jako większy brzdąc, gdy kaleczył sobie łokcie i kolana, jako chłopak, gdy szedł po raz pierwszy do szkoły, jako prawie nastolatek, gdy brał udział w wielkim talent-show i teraz, jako młody mężczyzna…
– Ćśśś… Wszystko będzie dobrze… Bądź silny, nawet, gdy jesteś ranny… – Przylgnęli do siebie. Tak bardzo potrzebowali się nawzajem, zwłaszcza teraz, w tej chwili. W chwili krzyczącej łzami ciszy, w chwili uśmiechającego się sadystycznie bezczelnego zwątpienia. Bill poczuł się dokładnie tak samo, jak przedwczoraj, późnym wieczorem, gdy wyrzucił brata z pokoju. Zawył. Z bólu, z rozpaczy. Zawył jak maleńki, wyrzucony z samochodu piesek, dodatkowo kopnięty na pożegnanie. Wychwycił nagle wśród symfonii własnych krzyków ciche, ale zdecydowane bicie ciepłego, matczynego serca. Momentalnie ucichł, nie chcąc zakłócać tego delikatnego dudnienia. Przyłożył głowę do piersi kobiety i słuchał. Łzy leciały mu tak obficie, że praktycznie nic nie widział. Przymknął więc oczy. Simone pomyślała, że już śpi i spróbowała wysunąć się lekko z jego objęć, by sięgnąć po koc. Zapiszczał jak kociątko, automatycznie zacieśniając splot chudych ramion na jej talii. Leżeli na środku dużego łóżka, więc chwyciła za pled, którym przykryta była kołdra. Pociągnęła go w swoją stronę i przykryła plecy syna. Zamruczał delikatnie. Przytuliła go i nucąc jego ulubioną kołysankę poczekała, aż zaśnie… Kiedy po dwóch godzinach jego oddech się wyrównał, łzy już nie płynęły a spazmy nie wstrząsały nim, najdelikatniej, jak mogła, wysunęła się z jego objęć i wyszła.
***
Gdy Simone weszła do jego pokoju, Tom siedział pod ścianą i przyciskał coś do piersi. Szeptał, kiwając się do przodu i do tyłu. Kiedy usłyszał uderzenie drzwi o framugę, sygnalizujące, że ktoś wszedł, odwrócił się błyskawicznie i z szałem w oczach wbił oczy w tę osobę.
- Tom…
– Odejdź… – Zatrząsł się, cichutko wypowiadając te słowa. Jego tęczówek praktycznie nie było widać spoza źrenic. „Narkotyki… Czyli on też tak cierpi?” – wpadło jej do głowy.
– Przestań… – Ruszyła do niego powoli, ale zdecydowanie. Gwałtownie się podniósł, omiatając spojrzeniem wszystkie ściany, jakby w każdym kącie gnieździła się straszliwa kara za to, co zrobił bratu. Wciąż cisnął dłonie do klatki piersiowej. Bał się… Szczerze lub z powodu narkotyków, niewątpliwie bał się… Podeszła tak blisko, że prawie się dotykali. Ugiął kolana, spłoszony i gotowy w każdej chwili rzucić się do desperackiej ucieczki. Położyła dłoń na jego ramieniu. Pisnął. Dokładnie tak samo, jak dwie godziny temu Bill, a jednak trochę inaczej to zabrzmiało. Czarny chciał przecież zatrzymać mamę jak najbliżej… Tom chciał od niej uciec. Byle dalej… Byle szybciej…
– Cicho, kochanie, cicho… – Szepnęła. Przesunęła opuszkami palców po jego ramieniu i szyi. Wciągnął ze świstem powietrze. Skulił się.
– Brałeś narkotyki? – Zapytała łagodnie.
– Nie! Nic nie zrobiłem! – Wrzasnął.
– Ćśśś… Spokojnie… Widzę, że masz rozszerzone źrenice.
– Pachniesz… Pachniesz… Jak on… Tak, to jego perfumy… Przyszłaś od niego? – Bełkotał.
– Od kogo? – Uniosła brew.
– Nie udawaj, że nie wiesz! – Krzyknął. Dalej ciągnął szeptem. – Przyszłaś od niego, na pewno. Pachniesz jak on. Na pewno przyszłaś od niego… On mnie nienawidzi… Sam to powiedział. Powiedział „Nienawidzę cię!”. Tak, on mnie nienawidzi… – Mruczał. „Bez sensu” – pomyślała Simone. Ale nie dała nic po sobie poznać, nie wiadomo było, co jej syn zrobi, odurzony narkotykami. Zachowywał się jak wariat… Osunął się po ścianie. „Nienawidzi, nienawidzi, nienawidzi…”, powtarzał, kiwając się w rytm tej niezidentyfikowanej do końca, ale niewątpliwie wyjątkowo bolesnej melodii. Cały ten czas nie opuszczał skrzyżowanych na sercu dłoni. Simone postanowiła od niego odejść i pogadać z nim, gdy będzie choć odrobinę bardziej trzeźwy na umyśle.
– Zawsze możesz na mnie liczyć, pamiętaj, synku.
– Odejdź. – Odparł chłodno. Po jego policzku spłynęła łza. – No w y j d ź ! – Wrzasnął. Odpowiedziały mu szybkie kroki i trzask zamykanych drzwi.
Uśmiechnął się. Oderwał ręce od koszulki. Warknął. Podłużne rany biegnące wzdłuż żył przykleiły się do materiału. Oddalając od niego nadgarstki zerwał świeże, cieniutkie strupki, co spowodowało ogromny ból.
– Bill wściekłby się na mnie, gdyby to zobaczył… – Szepnął. Jego mózg był tak odurzony kokainą, że nie wiedział do końca ani co robi, ani co się działo pięć sekund temu. Przyglądał się spływającym powoli, ciepłym, bordowym strużkom. Zastanawiał się, co oznaczają kształty, które przybierają ich drogi. Wstał powoli, rozglądając się na wszystkie strony. Sięgnął za łóżko i wyciągnął pełną butelkę mocnej wódki. Pociągnął łyk i uśmiechnął się. Płyn palił mu gardło. Popatrzył znów na ręce. Krew wciąż ciekła, cały czas, od ładnych kilku godzin. Było mu słabo, przez ten czas upłynęło jej naprawdę bardzo dużo.
– Trzeba by odkazić… – Szepnął. Bez zastanowienia wylał trochę alkoholu na wielkie, otwarte rany. Syknął, podkreślając dźwięk skrzywieniem twarzy. Chcąc sobie ulżyć wypił jeszcze pół butelki. Niemal nieprzytomny wytoczył się z pokoju. Wpadł na ścianę, przewrócił lampę. Potknął się i z wielkim „Łubudu!” wpadł do sypialni brata. Leżał chwilę na podłodze, zastanawiając się, czy coś go boli, czy jednak nie. Doszedłszy do wniosku, że „gówno go to obchodzi”, podniósł się i poczłapał w stronę łóżka, na którym leżał Bill… Nie zważając na coraz silniejsze zawroty głowy i na to, że ma całe ręce we krwi i kurzu, pogłaskał go po śpiącej, czarnej głowie i po twarzy, na wszystkim pozostawiając bordowe smugi. Położył się, a właściwie przewrócił się na posłanie i przytulił mocno do siebie chude ciało. Głaskał go dalej…

Czarnego obudził dotyk wtulającego się weń człowieka. Nie była to mama, ten ktoś miał wyjątkowo zimne kończyny. Po chwili poczuł, jak czyjaś ręka jeździ mu po ramieniu. To było bardzo dziwne, trochę się nawet bał, nie dał po sobie poznać, że jest już rozbudzony. W pewnym momencie został przez tę osobę objęty. Jej ręka była porozcinana a ze świeżych ran płynęła krew. Przerażony odwrócił się gwałtownie, prawie spadając z łóżka.
– Tom…! – Chciał krzyknąć, ale strach zatkał mu gardło. Nigdy w życiu go takim nie widział! Wyglądał jak regularny psychopata… W twarzy bladej jak kreda czerniły się dwie plamy naćpanych i pijanych oczu. Uśmiechał się płaczliwie i nieszczęśliwie, a jednocześnie przerażająco… Pogładził jego policzek chcąc się upewnić, że to nie jest woskowa figura. Skóra chłopaka była lodowata.
– Tom, czemu to zrobiłeś? To tylko zeszyty… I głupi kumple…
– Nienawidzisz mnie, zniszczyłem wszystko, co miedzy nami było. – Mówił z wysiłkiem.
– Ty to powiedziałeś…
– Ty też… Ale wiesz co? Kocham cię… – Przytulił go. Odepchnięty tylko uśmiechnął się przerażająco, wywrócił oczy i… Zemdlał…
– Tom… Tom… TOM! – Nic nie pomagało klepanie go po twarzy czy wstrząsanie jego ciałem. Strach o brata w jednej chwili wziął górę nad dąsaniem się zdradę. Nieważny był ból i wylane łzy. W głowi dudniły tylko dwa słowa, „Kocham cię…”. Wystarczyło, by zapomnieć o wszelkich krzywdach. Przestraszony Czarny wstał, zbiegł szybko do kuchni, oderwał mamę od zmywania naczyń i wrzasnął:
– Biegnij na górę! Pomóż mu! Ja dzwonię po karetkę!
– Bill, co się…
– Biegnij! No już!…

Rozdział 15

- Wróciłem! – Ostatni dzień szkoły przed feriami kartoflanymi był dla Billa wyjątkowo nudny. Z czystą przyjemnością wbiegł do domu, zrzucił buty, kurtkę, zaniósł do swojego pokoju plecak i wparował do kuchni, gdzie mama gotowała właśnie obiad. Cmoknął ją w policzek i przyjrzał się zawartości patelni. Skwierczały na niej sporych rozmiarów dwa płaty pangi.
– Rybka, pycha mniam! – Uśmiechnął się, obejmując mamę w talii. Od czasu jego powrotu z imprezy stosunki między nimi wróciły do absolutnej normy. Przytulił się do jej pleców z całej siły, wywołując przy tym delikatne stęknięcie ze strony mamy.
– Bill! Nie masz już pięciu lat i ramion grubości mojego kciuka, jak mnie tak ściśniesz jeszcze raz, to chyba płuca wypluję! – Roześmiała się rodzicielka.
– Psieplasiam… – Spojrzał na nią rozbrajająco.
– Mój syneczek. – Wycisnęła mu na policzku głośnego buziaka. Skrzywił się żartobliwie i zawołał głosem małego chłopaczka:
– Bleee! Mamo! Przestań! – Wytarł teatralnym gestem swój różowy od maminej szminki policzek. Potem uśmiechnął się szeroko i pocałował mamę w to samo miejsce.
– Dobra, gotowe. Nakrywaj do stołu. – Podała Czarnemu pełną garść sztućców. Gdy rozkładał je na stole, mama napełniła dwa talerze jedzeniem.
– A Jörg?
– Nie zauważyłeś? Nie ma go od prawie tygodnia!
– No właśnie…
– Pojechał w sprawach służbowych na dwa tygodnie do Frankfurtu.
– Często wyjeżdża, od kiedy ja i Tom wróciliśmy do domu…
– Daj spokój! On was wcale nie unika, jeśli o tym myślisz!
– Nie? – Popatrzył na nią, unosząc wysoko jedną brew, przymrużając bezczelnie oczy i przechylając głowę w stronę lewego ramienia.
– Nie… – Zdawało się, że Simone albo sama nie wierzy w swoje słowa, albo bardzo chce w nie wierzyć… – Po prostu… Kiedy przyjechaliście nie musiał się już bać, że cos się stanie, albo że będę się źle czuła siedząc sama w domu, bo sama nie jestem, więc może sobie pozwolić na odrobinę… luzu.
– Rozumiem… – Sarkastyczny wzrok Rozczochrańca absolutnie przeczył znaczeniu wypowiedzianego przez niego słowa.
– Sugerujesz coś? – Zmrużyła oczy.
– Zawołam Toma na obiad. – Odparł wymijająco.
– Toma jeszcze nie ma, dziś poszedł z kolegami na imprezę… Chyba już nie słyszy. – Istotnie, Bill, wchodząc po schodach, nie usłyszał już stłumionych słów rodzicielki. Stanął przed drzwiami sypialni brata i zapukał nieśmiało. Nie dotarła do niego żadna odpowiedź, tym samym nie otrzymał co prawda pozwolenia na wejście do pomieszczenia, ale przecież nie otrzymał także zakazu, więc mocno nacisnął klamkę.
„Chyba przeszedł tędy tajfun…” pomyślał, znalazłszy się w środku. Nie bezpodstawnie, zresztą, ponieważ panował tu straszny bajzel. Ciuchy walały się dosłownie wszędzie, tworzyły wręcz dywan, przez który nie widać było paneli podłogi, z żyrandola zwisała nawet koszulka, krzesło od biurka było przewrócone, klawiatura komputera leżała odwrotnie, jakby Tom pisał na niej do góry nogami. Bill, kochający nienaganny porządek, podszedł do biurka i ostrożnie ustawił pionowo siedzisko. Rozejrzał się uważnie. Całkiem możliwym było, że Tom schował się gdzieś za szafą z zamiarem wystraszenia brata. Jednak nie dziś. Czarny pomyślał, że Dread nie lubi, gdy mu się sprząta w pokoju, ale na pewno ucieszy się, gdy brat mu tutaj tylko troszeczkę ogarnie.
Zapominając o obiedzie stygnącym w jadalni zebrał wszystkie ciuchy, złożył je starannie i poukładał w szufladach. Podniósł z podłogi cały stos śmieci, wrzucił je do przepełnionego kubła i zawiązał ucha worka. „Później je wyniosę”, pomyślał. Ułożył stos rozrzuconych po całym biurku kartek w zgrabną piramidkę, podniósł z łóżka gitarę, ostrożnie włożył ją w stojak i przetarł miękką szmatką, pozbywając się ze lśniącego drewna kołderki kurzu. Wygładził starannie pościel. Jego wzrok przykuł róg czarnego notesu wystający spod prześcieradła, którego zwisające niechlujnie boki wciskał pod materac. „Może to jego osobisty zeszyt, naprawdę nie powinienem…”. Na przekór tym myślom, ale nie bez wyrzutów sumienia, delikatnie wyciągnął notatnik… Oczy o mało nie wypadły mu z orbit. Perfekcyjny, mocny makijaż momentalnie rozmyła mu ciepła, gorzka, wielka łza. Zatrzaśnięte już drzwi w jego sercu dla brata zostały dodatkowo zamknięte na klucz. „On czytał mój pamiętnik…”przeleciało mu przez głowę. A zaraz po tym zadał sobie pytanie „Jak on to znalazł?! Przecież było starannie zapakowane i ukryte, razem z innymi…” – zamarł. Razem z innymi! Jeśli znalazł ten jeden, to mógł równie dobrze znaleźć inne! Gwałtownie rzucił się na podłogę i zajrzał pod łóżko. Niestety… Były tam… Wszystkie, co do jednego! Chociaż… Zaraz, chwileczkę! Jeszcze wczoraj wieczorem pisał w swoim bieżącym pamiętniku. Widział go dziś, gdy zaniósł plecak do pokoju, po przyjściu ze szkoły, więc Tom miał tu tylko trzynaście zeszytów. Wściekły Rozczochraniec wyciągnął spod łóżka wszystkie zeszyty oraz rozerwaną folię, którą je kiedyś opakował. Przeliczył bruliony.
– Dwanaście! Jednego brakuje! – Szepnął spanikowany. Dobrze wiedział, którego. Miał trzynaście lat, gdy go pisał. Zawarte tam były dzieje jego podchodów do ówczesnej dziewczyny, konkurs talentów, który był pokazany w telewizji. Najbardziej krępujące przypadki, gdy zaczął mu się okres dojrzewania i nie raz, nie dwa musiał ukrywać mimowolny wzwód siedząc na lekcji, wstawać w nocy i zmieniać prześcieradło z powodu chłopięcych wytrysków. Nie było tu tego pamiętnika. Zanurkował pod łóżko i, świecąc sobie latarką, która pod nim leżała, spróbował go odnaleźć. Ale nie było go w całym pokoju, mimo, że przeszukał wszystkie zakamarki. Znalazł całą stertę starych i nowych pornograficznych gazet. „Tom trzymał je tu pewnie od kiedy dowiedział się, że dziewczyny sikają na siedząco.” skrzywił się. Ale brakującego zeszytu ciągle nie było. Strapiony opuścił pokój, celowo pozostawiając pamiętniki pod łóżkiem Toma
. „Wparuję tu, gdy je będzie czytał. A może on ich wcale nie czytał? Może je znalazł, sprawdził, co jest w środku i chciał mi je oddać?” sam w to nie wierzył. Ale tak bardzo kochał brata, że nie chciał go posądzać o bezczelną zdradę.
Zjadł obiad w zupełnym milczeniu. Umył naczynia w zupełnym milczeniu. Odrobił lekcje w zupełnym milczeniu. Normalnie wcale by nie odrabiał zadania domowego na początku ferii, ale teraz po prostu musiał się czymś zająć. Gdy zamknął zeszyt od matematyki nagle doznał oświecenia.
– Zabrał go do szkoły… Zabrał mój wstydliwy pamiętnik do szkoły, żeby pokazać go tym swoim neandertalczykowatym kumplom! – Ta myśl była bardzo zimna i kłująca, jak maleńkei igiełki wbijające się bezczelnie w umysł…
Trzask drzwi w pokoju obok wyrwał go z letargu ładnych kilka godzin później. Tom wrócił do domu. Gwizdnął głośno na widok swojego pokoju.
– Fiuuu, jaki porządeczek! – Po tonie jego głosu Czarny od razu poznał, że brat jest podpity.
Po upływie około godziny Czarny wstał powoli z fotela w swoim pokoju. Cicho wyszedł do przedpokoju. Bez pukania po prostu otworzył drzwi jaskini jego brata. Zastał go z wypiekami na twarzy, nie wiadomo, czy od alkoholu, czy od tego, co właśnie robił, pochylonego nad rozłożonymi na łóżku, otwartymi pamiętnikami. Gdy Dreadziarz zobaczył autora lektury, mimo szumiących mu w głowie procentów, zrobił się blady jak trup.
– Bill… Ja… – Zająknął się.
– Wiem, co tu robisz, poznaję moje pamiętniki i mam ci do powiedzenia tylko jedno. – Podszedł do niego, ostatnimi siłami powstrzymując płacz. Spojrzał w nienaturalnie rozszerzone tęczówki. „Ćpał! A obiecał mi, że nigdy nie dotknie dragów! Ja też mu przysięgałem! Złamał kolejną obietnicę, znowu! Znowu, znowu!” – to słowo niosło ze sobą tylko czystą, destrukcyjną wściekłość, która ogarnęła całe ciało Billa, wstrząsnęła nim i zawładnęła jego myślami i osłabioną od ostatnich przeżyć wolą. Z całej siły uderzył go pięścią w twarz, wyładowując całą złość i zawód. Gdy tylko poczuł, jak jego kłykcie wbijają się w miękki policzek, od razu pożałował, że to zrobił. Pozostało mu tylko wyplucie wściekłego „Nie jesteś już dla mnie bratem”, trzaśnięcie drzwiami i pobiegnięcie do swojego pokoju… Wpadłszy do niego, omiótł rozgoryczonym spojrzeniem plakaty, po czym dał upust emocjom. Wstrzymywane do tej pory przez tyle dni i tygodni łzy popłynęły długim, rozmazanym potokiem, zabierając ze sobą tusz do rzęs i cień do powiek. Rzucił się na łóżko, krzycząc w poduszkę.
– Mój brat mnie zdradził! Mój własny brat! Nienawidzę go! Nienawidzę!!! – Głośne wrzaski, tłumione częścią pościeli, były mimo wszystko tak silne, że zdzierały gardło. Słone łzy wsiąkały w poduszkę. Kilka minut później nienaturalny, skrzypiący głos wbijał się w miękki materiał, jakby chcąc zranić wszystko, co napotka, wydawało się, że ma siłę, by rozedrzeć mocne włókna. Krzyki powoli cichły, w miarę, jak chłopak tracił siły. W końcu pozostały tylko spazmy, które wstrząsały mocno jego wychudłym ciałem. Delikatne ramiona przytulały się do pościeli, jakby była ostatnim przyjacielem. Z twarzą uwięzioną w poduszce zapadł powoli w niespokojną drzemkę.
Obudziło go skrzypnięcie drzwi. Ciche i nieśmiałe. Podniósł bladą twarz, okoloną burzą rozczochranych włosów i naznaczoną wielkimi czarnymi plamami wokół rozżalonych oczu. Spojrzał na postać w wielkiej koszulce, stojącą w progu.
– Ani kroku dalej… – warknął słabo, zachrypnięty do granic możliwości.
– Ale…
– Cicho…
– Ale ja…
– CICHO, POWIEDZIAŁEM! – Krzyknął, ile sił w płucach. W sumie to miał być to krzyk tylko w założeniu Czarnego. Wyszedł jak wyjątkowo rozpaczliwe pisknięcie rozwścieczonego, głodnego wilczurka. Mimo to, Tom zatrzymał się i umilkł.
– A teraz wyjdź.
– Ale Bill…
– Nie chcę cię słuchać. Zniszczyłeś wszystko, co zbudowaliśmy razem. Wynoś się.
– Bill, to tylko zeszyty…
– Nienawidzę cię! WON! – Więcej Simba już nic nie zapamiętał z tego wieczoru, a właściwie z tej nocy. Może poza kilkoma dźwiękami. Trzask drzwi. Odległe kroki. Kolejna fala płaczu. Nagłe zatracenie głosu z podwodu przemęczonego gardła. Mama głaszcząca jego ramię i okrywająca go kocem. Nadchodzący bardzo powoli, kojący spokój zmęczenia. Ostatnie, maleńkie łzy. Cisza…

______________________________________________________

piątek, 26 lipca 2013

Rozdział 14

Bill siedział obok dziewczyn, z pozoru słuchając tego, co mówią. Był tak oszołomiony słowami, które wypowiedziała Nina, jakby były one mocnym alkoholem, wypitym w dużej ilości i w niewielkim odcinku czasu… „Nie jesteś jeszcze gotowy… Nie jesteś jeszcze gotowy…”. To krótkie zdanie odbijało się echem w jego głowie, nie dając mu się na niczym skupić.
Svenja wynurzyła głowę z wody, po czym potrząsnęła nią, ochlapując wszystko drobnymi kropelkami spadającymi z włosów.
– Chodźcie popływać! Woda jest super! – Zaśmiała się.
– Nie odmawiam kobiecie! – Krzyknął Bill i nie zwlekając rozbił stosunkowo gładką taflę ciałem, opatrzywszy swój wyczyn krótkim „Juhu!”. Sekundę później oboje ze Svenją trzepali czuprynami i chlapali na siebie nawzajem, wzbijając w powietrze tysiące drobnych kropel i zaśmiewając się do rozpuku.
Nina popijała sok z mięty i jabłek, z zaciekawieniem obserwując baraszkującą parkę. W pewnym momencie zauważyła, że Bill, ociekający wodą, z przyklejonymi do twarzy włosami i szelmowską iskierką w oku podchodzi do niej z wyraźnym zamiarem spłatania jej jakiegoś perfidnego psikusa. Na wszelki wypadek odłożyła trzymaną w dłoni dużą szklankę i zapytała spokojnie:
– Co?
– Nina… Pamiętasz może naszą letnią wyprawę nad jezioro, gdy miałem czternaście lat? – Postąpił ku niej kilka zdecydowanych, lecz lekkich kroków, jakby był czarnym lampartem skradającym się do nieświadomej niebezpieczeństwa ofiary.
– Tego się nie da zapomnieć…
– A pamiętasz, co zrobiłem, gdy wstałaś wczesnym południem następnego dnia? – Znowu się zbliżył, lekko pochylając ku niej.
– Hm… Wrzuciłeś mnie do wody, gdy tylko zdjęłam piżamę i przebrana w kostium wyszłam z namiotu, w którym spaliśmy. – Nagle zrozumiała, skąd te wredne iskierki w jego oczach…
– Nie odważysz się, Bill… – warknęła, tylko na pozór groźnie.
– Nie?
– Nie! – Krzyknęła cicho, wstając i rzucając się do ucieczki. Nie zdążyła. W talii poczuła tylko dotyk zamykającego się silnie kręgu jego ramion, gdy łapał ją od tyłu, po czym, absolutnie pomimo jej woli, stopy dziewczyny oderwały się od mokrego podłoża, które stanowiły ogrzewane płytki kafelków antypoślizgowych. Poczuła ciepło jego brzucha, przywierające jej do pleców. Zdążyła tylko wciągnąć gwałtownie do płuc haust powietrza, zanim Bill wskoczył z nią do basenu. Przyjemny chłód krystalicznej, chlorowanej wody ogarnął jej ciało. Włosy zatańczyły wokół głowy złotą aureolą. Otworzyła pod wodą oczy i obróciła twarz ku uśmiechającemu się do niej Czarnemu. Oparła kark o jego ramię i dotknęła jego policzka swoim. Przytulił swoją twarz do jej twarzy. Nagle poczuła ogień w płucach. „Czas się wynurzyć!”. Pokazała przyjacielowi palcem powierzchnię, wciąż zamkniętą nad ich głowami. Przytaknął. Wprawili nogi w ruch, sprawiając, że ich ciała zaczęły szybko zmierzać ku górze.
***
W drodze powrotnej z imprezy Bill szedł cały rozpromieniony. Dziewczyny również. Tylko Stephanie była dziwnie milcząca… To chyba z powodu splecionych dłoni Niny i Czarnego…
– Super, że zaprosiłyście mnie na to party. Jestem wam bardzo za to wdzięczny, dziewczyny. Poznałem dzięki wam mnóstwo ciekawych osób. No i odzyskałem przyjaciółkę. – Rozczochraniec uśmiechnął się szeroko do Niny. Objęli się.
– Och, wy się normalnie kochacie! – Rzuciła w ich stronę ociekającym jadem sarkazmem Biała. Zauważywszy jednak, iż zrobiła to nieco za głośno, ponieważ wszyscy gapili się na nią, dodała skruszona – Jak brat i siostra, oczywiście… – Chciała dorzucić jeszcze „…mam nadzieję”, ale w porę ugryzła się w język. Gdyby się zdradziła, że jest zazdrosna o ciepłe nitki powiązane mocnymi supłami łączące Simbę i Ninę, to mogłaby już zacząć kopać grób, w którym pogrzebałaby ledwo co kiełkujące uczucie do Czarnego. Nie miało ono nawet jeszcze liści, które drzemały sobie w jego wnętrzu, zwinięte i leniwe. Była to na razie mała, zielona łodyżka, pnąca się ku światłu delikatnych brązowych oczu, podlewana ciepłymi uśmiechami i żywiąca się przelotnym dotykiem szczupłej dłoni. Oddychała marzeniami o jedwabnych, delikatnie połyskujących ustach.
– Stephanie… – Przez mgłę otaczającą jej umysł ledwo, ledwo usłyszała, jak spomiędzy czyichś pełnych warg wypływa jej imię, ubrane w szatę dziewczęcego, życzliwego głosu. Ten cichy dźwięk wystarczył, by obudzić ją z transu i sprawić, że oblała się pąsowym rumieńcem. Po chwili zauważyła, że idzie spory kawałek za resztą paczki. Obok niej podążała Nina. Śnieżka zlustrowała ją szybkim spojrzeniem. Ubrana była swoim zwyczajem w białą minispódniczkę, odsłaniającą ładnie opalone nogi, oraz dosyć luźną, jasnobłękitną bluzkę z wielkim dekoltem w łódkę i krótkimi rękawami. Bluzka, mimo dużego rozmiaru, nie tuszowała wydatnego biustu dziewczyny, a poza tym Steph bardzo wątpiła, żeby Nina chciała swoje krągłe kształty w jakikolwiek sposób tuszować. Skrzywiła się na myśl, że w sumie ta lekka frywolność stroju bardzo pasuje do przyjaciółki Rozczochrańca. Z ukrywanym bólem stwierdziła również, że nie wygląda z tym jak panienka spod latarni.
– Steph, może sie mylę, ale przez całą imprezę miałam niejasne wrażenie, że spoglądasz na mnie złym wzrokiem. Nie chcę, żebyś to źle odebrała, ale ze względu na to, że dopiero wróciłam do Niemiec zza granicy, oraz na to, że prawdopodobnie będziemy razem chodziły do szkoły, nie chciałabym konfliktów ani z tobą, ani z nikim innym.
– Nie możesz po prostu z grubej rury walnąć, o co ci chodzi, a nie owijać bawełnę? – Warknęła Stephanie. Irytowało ją wszystko w tej dziewczynie. Nie wiedziała, czemu, a nawet sama przed sobą nie chciała się przyznać, że jest zwyczajnie zazdrosna o Billa.
– Mogę. Po prostu chcę się z tobą zaprzyjaźnić i żeby to nam ułatwić chcę cię zaprosić na wyprawę do Magdeburga. Bez chłopaków ani innych dziewczyn. Oczywiście, jeżeli wolałabyś kogoś zabrać, to nie mam nic przeciwko!. – Podniosła ręce w geście obrony.
– A co miałybyśmy robić w Magdeburgu?
– Poszłybyśmy na zakupy, zjadłybyśmy tam obiad, na przykład wielką pizzę, poszły do kina na jakiś babsko-babski film, pospacerowały, popaplały a potem pojechały sobie do Loitsche i złożyły wizytę Billowi.
– Billowi?
– Zgadza się. No nie patrz tak na mnie, przecież i ty i ja mamy do niego pewien… że się tak wyrażę, sentyment. – Tutaj Białowłosa odwróciła lekko twarz, by włosy ukryły rumieniec.
– Dobra. Chętnie się z tobą spotkam, nie będziemy nikogo brały z sobą. Kiedy?
– Już prawie październik. Ferie kartoflane się zaczną niedługo. Może w pierwszy dzień tych ferii?
– Pasuje. – Uśmiechnęły się do siebie. Szczerze i bez podtekstów.
***

– Wróciłem! – Zawołał cicho Bill. Nie otrzymawszy odpowiedzi stwierdził, że nikogo nie ma w domu. Albo wszyscy już śpią, w końcu była 21:45, gdy dotarł do domu. Zdjął buty i bluzę, wziął torbę i szybko zaniósł ją do pokoju. Gdy otworzył drzwi, szczęka opadła mu do samej ziemi. Tego, co zastał, nie można było nazwać bałaganem, bajzlem ani burdelem. To był totalny i absolutny chaos! Był absolutnie pewny, że starannie posprzątał każdy kąt, tak, jak za każdym razem, gdy wychodził z domu. Tymczasem chwila obecna temu zaprzeczała. Jego rzeczy walały się dosłownie wszędzie! Jakby ktoś w wielkim pośpiechu przeszukiwał mu szuflady. Nic nie leżało na swoim miejscu, nawet plakat Neny miał odklejony róg. Położył torbę na podłodze, podszedł do ściany, potykając się o różne przedmioty, stanął przed zdjęciem i starannie docisnął odczepioną taśmę przytrzymującą je w miejscu. Zajrzał w uśmiechnięte, wydrukowane na śliskim papierze oczy ulubionej wokalistki, szukając w nich przyznania się do winy, albo wyjaśnienia, skąd taki stan pokoju. Nie znalazłszy odpowiedzi westchnął, odwrócił się do niej plecami, wziął pod boki i, mimo sporego zmęczenia, zabrał się do sprzątania.
Gdy skończył było grubo po 22:00. Rozejrzał się po uporządkowanym pomieszczeniu z lekkim uśmiechem. Nagle zaburczało mu głośno w brzuchu. Mimo spóźnionej pory postanowił przebrać się w piżamę i zejść do kuchni po przekąskę. Myć się nie musiał, bo był przecież czyściutki po jakichś czterech godzinach samego moczenia się w basenie, a do tego brał prysznic żeby spłukać z siebie chlorowaną wodę. Ubrany w bawełnianą koszulkę i szerokie bawełniane spodenki przed kolano nasmarował delikatnie twarz, szyję i ręce kremem nawilżającym, zadowolony, że choć tym razem nie musi poświęcać jakichś pięciu minut na zmycie mocnego makijażu. Zbiegł po schodach do kuchni z zamiarem zrobienia sobie kanapki. Gdy ta leżała już w jego dłoniach zajrzał do salonu. Zobaczył, że mama śpi na kanapie, a raczej drzemie. Podszedł do niej najciszej, jak umiał. Postawił talerzyk z kanapką na stoliku do kawy i z całą delikatnością położył dłoń na ramieniu rodzicielki. Pogłaskał ją dosyć natarczywie, co sprawiło, że kobieta otworzyła oczy. Gdy uniosła wzrok na syna ten dopiero teraz zauważył na jej policzkach jasne ślady wyschniętych dawno, obficie wylanych łez. Odruchowo usiadł przy niej.
– Wszystko w porządku?
– Tak… – odparła bezbarwnie.
– To dlaczego masz ślady łez na policzkach? – Ni z tego ni z owego jej broda zaczęła drżeć. Chłopak od razu zareagował, targnięty odruchem serca.
– Mamusiu… – Przytulił ją mocno do siebie. Odpowiedziało mu, zduszone jego koszulką, rozpaczliwe łkanie. Pogłaskał jasne włosy mamy, gdy ta objęła go, zdawałoby się, resztkami sił zmuszając się do poruszenia ramionami.
– Co się stało? – Zapytał, gdy płacz stracił na sile, a dreszcze i spazmy przestały miotać ciałem mamy.
– Kochanie… uświadomiłam sobie po prostu, że moje małe dzieciaki dorosły. Jörg chodzi cały podenerwowany, twój tata nie lepiej. Mam wrażenie, że wszystko się sypie… Nie potrafię poradzić sobie z wieloma rzeczami… Między innymi z tym, że, wydawałoby się, godzinę temu byłam na pierwszej randce z waszym ojcem, pół godziny temu się z nim rozwodziłam, kwadrans temu brałam ślub z Jörgiem, minutę temu moje dzieci zrobiły karierę i dojrzały i tylko patrzeć, jak zostanę teściową i babcią… – Bill słuchał tego i jeszcze wielu innych problemów mamy aż do północy. Potem zaprowadził ją do łazienki. Ubraną w piżamę i potwornie zmęczoną kobietę spoił melisą po czym starannie i szczelnie przykrył ciepłą kołdrą. Gdy już prawie miał wyjść z sypialni coś mu się przypomniało…
– Mamo… szukałaś czegoś dzisiaj w moim pokoju?
– Nie, kochanie… A właśnie, czemu zostawiłeś tam dzisiaj taki bałagan? – Chłopak wybałuszył na nią oczy. Usta mu się rozchyliły.
– Zostawiłem porządeczek! Kiedy wróciłem wszystko wyglądało, jakby przeszło tornado!
– Jeśli nie ty i nie ja, to kto…?
– Tom…?
– Nie, słyszałam co prawda, jak ktoś się krząta po twoim pokoju gdy cię nie było, ale równie dobrze to mógł być Tom szamoczący się u siebie, bo gdy weszłam tam sprawdzić, co się dzieje, nikogo u ciebie nie było.
– Dziwne… – spojrzał na mamę badawczo. Zauważywszy jej mętny wzrok mruknął tylko:
– Śpij. Jutro się nad tym wszystkim zastanowimy, teraz i ja i ty potrzebujemy snu.
Odpowiedziała mu cisza i miarowy oddech rodzicielki. Sam udał się do swojej ostoi, wsunął pod kołdrę i oddał umysł w objęcia Morfeusza.

Rozdział 13

Zanim Bill wrócił z imprezy, jego brat zdążył pochłonąć treść całego zeszytu zawierającego opis przeżyć Czarnego. Czytał z otwartymi ustami, niczym powieść przygodową… Gdy jego oczy „zjadły” ostatnią notatkę, zebrało mu się na podsumowania…
 - Czyli mój braciszek mnie nienawidzi, uważa, że mama przestała nas traktować jak synów i jest zakochany w tej białowłosej lasce, która stała za drzwiami, gdy otworzyłem… Matko, ale z niego baba! Zestresował się trochę, gdy za pierwszym razem jej dotknął, a potem sra w gacie, że niby jakieś paranormalne zjawiska go dotykają… no comment… Ciekawy jestem, czy to jego pierwszy pamiętnik… Coś o tym było na początku, tylko się nie wczytałem za bardzo… – Przewrócił kilkanaście stron, bacznie lustrując ich zawartość. Znalazł na stronie tytułowej tylko napis „Pamiętnik, cz.14″. Czyli takich ciekawych książeczek jest jeszcze trzynaście… Trzebaby je znaleźć… Tylko jak, pomyślał, jak mam do jasnej cholery się domyślić, gdzie one są? To wie chyba tylko mój brat… Chociaż w sumie… Pomyśl, Tom! Gdzie schowałbyś takie zeszyty, będąc na miejscu swojego brata? Zamyślony wypełzał spod łóżka i udał się do swojego pokoju, uprzednio chowając starannie pamiętnik w to samo miejsce, w którym je znalazł.
***
Mieszając w garnku zupę Simone robiła sobie matczyny rachunek sumienia.
 - Co ja mogłam zrobić źle? Dlaczego nagle Tom, który był oczkiem w głowie swojego ojca, zaczął się z nim nienawidzić? To chyba nie moja wina? Może chłopcom po prostu woda sodowa uderzyła do głowy? Nie, nie im… Przecież ja najlepiej znam swoich… – Nagle mama bliźniaków przestała mieszać w garnku a drewniana łyżka wypadła jej z dłoni. Usta rozchyliły się. Uświadomiła sobie. Spadło to na nią jak grom. Opuszki palców najpierw jednej, potem i drugiej dłoni dotknęły jej ust, następnie zakryły całkiem usta i nos, rozmazując niedawno nałożoną ładnie delikatną perłową pomadkę. Dotarło to do niej tak nagle, choć tak strasznie późno, wyciskając z oczu małe łzy. Ona przecież wcale nie zna swoich synów. Zna zwykłych czternastolatków marzących o wielkim świecie kariery. Zna swoje malutkie, kochane dzieciaczki. Ale przestała mieć nad nimi kontrolę kilka lat temu, gdy wydali pierwszą płytę, jeszcze jako Devillish. Zaczęli udzielać krótkich wywiadów i dawać małe koncerty. A potem stali się Tokio Hotel. Nagrali pierwszy teledysk. Wydali drugą płytę… i od razu zaczęli dostawać całe góry nagród. Była z nich taka dumna… A potem wyjechali. Przestali mieszkać w domu, za to zaczęli mieszkać w najlepszych hotelach. Jeździli po całych Niemczech, potem po Europie. A wszędzie ich kochano. Po latach powrócili. Ale to już nie byli chłopcy, jakich znała Simone. To byli dorośli ludzie. Młodzi mężczyźni, którzy mają już swój światopogląd, swoje (OGROMNE!) pieniądze. Są absolutnie i stuprocentowo niezależni. Ona już ich wcale nie zna…
W tym momencie do kuchni wszedł Jörg. Zobaczywszy, w jakim stanie jest jego żona, tylko przewrócił oczami i odwrócił się. A potem syknął coś i odszedł. Kobieta usłyszała tylko „…tych szczeniaków”. Niewątpliwie chodziło mu o Toma i Billa. Pozbierała się jako tako do kupy i dalej mieszała zupę w garnku. Zmniejszyła ogień pod naczyniem, przykryła je pokrywką i usiadła na ławie przy stole. Oparła łokcie na blacie i zaczęła szlochać. Nie wiedziała zbyt, dlaczego. Chyba dlatego, że miała wrażenie, że jej życie się wali.
Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała. W międzyczasie przyszedł Tom, bardzo zamyślony, jakby się nad czymś zastanawiał. Chyba pomyślał sobie, że mama śpi, bo przyniósł z salonu cienki koc i okrył nią rodzicielkę. Potem zajrzał do garnka, wyłączył pod nim gaz, nalał sobie zupy do talerza i poszedł z nią do salonu. Włączył cicho telewizor, po piętnastu minutach przyszedł do kuchni znów i nalał sobie dokładkę. Po kolejnych piętnastu minutach wyłączył telewizor, wyjątkowo cicho pozmywał naczynia, po czym otarł ręce. Stanął nad matką i oparł ręce na biodrach, wykrzywiając lekko usta.
– Dam radę, czy nie dam rady? – Mruknął. Wzruszył ramionami. – Tom Kaulitz wszystkiemu da radę. – Po tych słowach wsunął rękę pod kolana Simone, a drugą przytrzymał jej plecy. Wyprostował się ze stęknięciem, trzymając mamę w ramionach. Postąpił kilka chwiejnych kroków do przodu, zachwiał się, a potem, bez większych komplikacji przeniósł mamę na kanapę stojącą w salonie. Przykrył ją drugim kocem i z cwanym uśmieszkiem mruknął:
– Mówiłem, że Tom Kaulitz ze wszystkim da sobie radę.
***
– Cześć, dziewczyny, jak się tam bawicie? – Uśmiechnął się Czarny do piątki siedzących przed nim dziewcząt.
– Okay. A ty? – Zapytała Eva, zanim Stephanie zdążyła choćby otworzyć lekko usta.
– Świetnie. Nie uwierzycie, co się stało! – Powiedział z ogromnym entuzjazmem, siadając pomiędzy Białą a Evą.
– Ma to coś wspólnego z Niną? – Wypaliła Steph. Jej oczy ciskały w niego istne błyskawice, na szczęście niewidoczne dla zaaferowanych oczu Billa.
– Jakbyś mi w myślach czytała! Słuchajcie… – Tutaj minęło pół godziny, podczas której Bill opowiadał przyjaciółkom historię swojej przyjaźni ze Steph, o ich wspólnym dzieciństwie, wyprawach do lasu i do miasta. O tym, jak leżał bez snu całą noc po jej wyjeździe i nie mógł znaleźć sobie miejsca, krążąc bez celu po wiosce i zaglądając we wszystkie jej zakamarki, w których się spotykali.
Gdy skończył, Śnieżka patrzyła na niego zupełnie spokojnie, a nawet przyjaźnie. Jednak nie zdołała, nawet najwyższym wysiłkiem, zataić ukrytych w spojrzeniu iskierek zazdrości, które przybierały na jasności i wyraźności, gdy zerkała w stronę niezwykle atrakcyjnej rywalki. Bo było zupełnie dla niej jasne, że jeśli chce zdobyć Czarnego, to Nina jest dla niej rywalką. Ona już miała miejsce w jego sercu, a sądząc po zaaferowaniu, z jakim o niej mówił, było to miejsce całkiem spore.
Jednak z drugiej strony mogła się czuć w sumie nawet całkiem pewnie. Bill traktował Ninę jak siostrę, z którą brudził się błotem w piaskownicy, która pokazała mu, jak malować się kredką do oczu. Tak czy siak była absolutnie pewna, że jest o co walczyć…
***

– Cholera, gdzie on mógł je schować?! – Zastanawiał się Dreadziarz, siedząc przy biurku w swoim pokoju i skreślając z listy kolejne domowe zakamarki, które potencjalnie mogłyby być skrytką na pamiętniki jego brata. Nie było ich w kuchni, ale to oczywiste, że Czarny nie umieściłby ich tam, bo mama by je na pewno znalazła. W jego pokoju też ich nie było. Został dokładnie sprawdzony. Nawet za szafami. Pokój rodziców? Nie, tam na pewno nie. Pokój Toma? To by było strasznie głupie. Łazienka? Absurd. A może… Przecież brodzik prysznica ma obluzowany jeden kafelek. Po głębszym namyśle stwierdził jednak, że tam nie byłoby zeszytów. Bill na pewno bałby się, że zamokną, a poza tym Tom też wiedział doskonale o tej skrytce, bo nie raz, nie dwa chował tam przed rodzicami piwo. „Zaraz… pomyśl, jak twój brat, Tom! On schowałby takie rzeczy w miejscu, które by się albo z nimi nie kojarzyło wcale, albo wręcz przeciwnie – spodziewałbyś się ich tam i dlatego tam nie zaglądasz. Albo zawierałoby obie te cechy… Spokojnie… Z czym kojarzą się pamiętniki? Z czasem. Czas? Z przeszłością… Dzieciństwo… Gdzie trzymamy rzeczy z dzieciństwa? Na strychu. Gdzie zeszyty by nie zamokły ani nie dobrałyby się do nich ewentualne myszy? Musiałyby być okryte grubą warstwą czegoś miękkiego i chłonnego. Co takiego może znajdować się na strychu? Miękkie i chłonne, kojarzące się z dzieciństwem?” Dręczony tym pytaniem udał się na strych.„Może jeśli zobaczę coś, co by mogło być prowizoryczną skrytką to mi zaświta jakaś myśl…”. Wszedł po schodkach na strych. Otworzył stare, skrzypiące drzwi, stanowiące jakby wrota ze świata teraźniejszości do świata pamiątek z przeszłości przesiąkniętej dziecięcym śmiechem i płaczem. Zakaszlał, krztusząc się wiszącą w powietrzu duszącą wonią staroci i kurzu, uśmiechającą się do niego złośliwie, jakby sprawiało jej ogromną radość, że Dreadziarz nie może złapać tchu. Uspokoiwszy oddech Makaroniarz zamknął drzwi i rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu. Zajrzał do dziesiątek starych szafek kuchennych i szaf dziecięcych. Pusto. Otworzył drzwiczki wielkiego starego zegara. Tylko kurz i pajęczyny. Zdesperowany rozerwał materac, na którym spał ze swoim bratem, gdy byli niemowlętami. Najwyraźniej materac ów dalej spełniał swoją rolę, bo znalazł tam niemowlęta. Mysie niemowlęta. I wkurzoną mysią matkę. Zrezygnowany, z przepraszającym spojrzeniem, przykrył spowrotem rodzinkę gryzoni oderwaną połową materaca. Odwrócił się i zaczął iść w stronę drzwi. Potknął się jednak o worek z pluszakami. Wpieniony wstał z zakurzonej podłogi, otrzepał się i… uśmiechnął. Co jest miękkie, chłonne, grube i kojarzy się z dzieciństwem? Odpowiedź: pluszowe misie. Całe mnóstwo pluszowych misiów. Bez zastanowienia rozerwał worek. Miękkie zwierzaczki o paciorkowych oczach wysypały się na podłogę, wzbijając tumany kurzu. Odrzucił je. Odrzucał je wszystkie, z pasją szukając czegoś dużego, twardego i prostokątnego. Nagle… Jego palce natrafiły na szczelnie owinięty w kilka foliowych torebek pakunek. Nie było wątpliwości, że został on tam wrzucony przez Rozczochrańca. Tylko on zawsze tak pedantycznie wszystko owijał. Nawet prezenty pod choinką, które zostawiał, bardzo się różniły od innych. Zawsze papier był idealnie docięty a wstążka idealnie zawiązana. To zawiniątko było dokładnie takie samo. Lekko wysłużone, ale równiutko ułożone jeden na drugim trzynaście identycznych czarnych zeszytów. Folia opinała je mocno i była starannie zaklejona. Uśmiechnął się. Jednak był to uśmiech zupełnie inny od tego, który widziały fanki na okładkach gazet. To było diabelskie, wredne, demoniczne i bezczelne wygięcie warg. Wsadził pakunek pod wielką koszulkę i nie przejmując się rozrzuconymi zabawkami wypadł z pomieszczenia i popędził do swojego pokoju nie domykając drzwi strychu. W jednej chwili pozostały po nim tylko wzbite tumany kurzu, rozrzucone zabawki i delikatna mgła męskich perfum…

czwartek, 25 lipca 2013

Rozdział 12

Podczas gdy Bill przeżywał kolejną w swoim życiu falę duszących wibracji i palpitacji serca wywołanych nieznanymi mu dotąd bodźcami, Dredowłosy siedział w jego pokoju i przetrząsał każdy kąt, wciąż zerkając na plakaty Green Day, jakby obawiał się, że papierowe oczy zapamiętają każdy jego chaotyczny ruch i powiadomią o nim bliźniaka, gdy ten wróci do domu. Tuż po wyjściu Czarnego chłopak wpadł jak huragan do ostoi pełnej zeszytów z tekstami piosenek, płyt Neny, kosmetyków oraz czarnych ciuchów i tak jak huragan zaczął buszować w każdej szufladzie w poszukiwaniu chociażby jednej maleńkiej wskazóweczki, która podpowiedziałaby mu, co w żeńskim skrzydle szkoły dzieje się wokoło posiadacza wyjątkowo dużej objętościowo fryzury.
Oglądał i odrzucał niemal każdą rzecz, którą napotkały jego szczupłe palce. W pewnym momencie usłyszał kroki na korytarzu. ”Mama! Jeśli mnie tu zobaczy, od razu domyśli się, co robiłem i na pewno powie Billowi, ze buszowałem mu w rzeczach!”. Spanikowany postanowił się schować. Pierwszą rzeczą, którą zauważył, było łóżko. Nie zastanawiając się nawet, rzucił swoje wątłe ciało na podłogę i przeturlał je pod mebel, na którym jego brat każdego wieczoru oddawał się bezkarnie młodzieńczym marzeniom. W momencie, gdy chłopak pociągnął podeń fałdy wielkiej koszulki, klamka trzasnęła, drzwi skrzypnęły cicho i do pokoju weszła jego rodzicielka.
 - Nienawidzę jej… Jego chyba zresztą też… – Spomiędzy malinowych warg Śnieżki nikt nie spodziewałby się tego wieczoru tak twardych słów. Siedziała z całą paczką na obrzeżach basenu i wbijała wściekły wzrok w pewną charakterystyczną dziewczynę, stojącą po drugiej stronie zbiornika wodnego.
 - O kim mówisz? – Zapytała Doris.
 - O Billu i Ninie… Ostatnio wpierniczył się na naszą próbę zespołu tanecznego! Schował się za drzewem i podglądał nas! Myślałam, że on jest inny, wiesz? A tymczasem, dokładnie tak samo jak swój braciszek, on leci wyłącznie na duże piersi i sterczący tyłek! Zaraz mnie coś trafi!
 - Hm… Mam wrażenie, że on nie patrzy teraz na jej, przepraszam, ale muszę się tak wyrazić, niepodważalne atuty cielesne.
 - Co masz na myśli?
 - Spójrz na nich tak, jakbyś patrzyła na zdjęcie w gazecie, przedstawiające zupełnie nieznanych ci ludzi.
 - No i co?
 - On patrzy na nią tak, jakby po latach zobaczył zaginioną przyjaciółkę. Ma łzy w oczach. Odnoszę wrażenie, że…
 - Patrz! Przytulili się! O, matko, zaraz mnie coś trafi! 
 - Steph, palnij ty się w łepetynę! Przecież on bankowo nie jest, powtarzam nie jest w niej bujnięty, to widać na milion metrów! – przewróciła oczami Svenja.
 - Ej, dlaczego on się nagle zrobił taki blady? – zapytała Eva.
 - Wiecie… to dziwne, ale gdy ja po raz pierwszy go dotknęłam, to też tak wyglądał.
 - Przepraszam? – Doris spojrzała na nią pytająco.
 - No… podałam mu rękę na przywitanie, przedstawiłam się, a po ułamku sekundy on się zrobił strasznie blady, jakby miał zemdleć. Jak go przytrzymałam, to nogi się pod nim ugięły, gdy usiadł zrobiło mu się trochę lepiej, a gdy ja usiadłam obok niego, to odsunął się jak oparzony. Miałam wrażenie, jakby dotyk sprawiał mu ból, ale następnym razem, gdy przytuliłam go w szkole na przywitanie kilka dni później, nic się nie działo.
 - Dziwne...

Tymczasem Czarny z szokiem w oczach próbował zrozumieć, co się dzieje. Omiatał przerażonym spojrzeniem wszystko wokół siebie, aż w pewnym momencie poklepał Ninę delikatnie po plecach i resztką sił wydusił:
 - Ninuś, nie rozklejaj mi się tutaj, bo zaraz sam się rozpłaczę i będziemy wyglądać jak idioci… – Spojrzał na nią troskliwie, jednocześnie walcząc z omdleniem.
 - Nieprawda. Wcale nie chodzi ci o to. – Wbiła mu wzrok w oczy.
 - Słucham?
 - Odczuwasz teraz wibracje w każdej części ciała. Masz wrażenie, że zaraz zemdlejesz, przed oczami latają ci mroczki, boli cię serce i głowa. A gdy zerwie się nasz kontakt fizyczny - to mówiąc odsunęła się – wszystko wróci do normy i pozostanie ci w głowie tylko szum.
 - Yyy… – Bill otworzył usta. Chciał coś powiedzieć, ale… ale co?… Jego głowę wypełniała jedna, jedyna myśl; „Skąd ona wie?”

***
 - Tom?! Jeśli przeszukujesz rzeczy brata, to przyznaj się od razu! Jesteś tutaj…? – Władczy wyraz maminej twarzy ustąpił miejsca zniesmaczonemu grymasowi. – Coś mi się musiało zdawać… – Już się odwróciła, gdy Dredziarz powoli wypuścił z ust powietrze, tym samym wzdychając z ulgą. Nagle mama przystanęła i obróciła się gwałtownie.
 - Przecież Bill zawsze zostawia w pokoju idealny porządek, gdy wychodzi, a tu jest niemiłosierny burdel… – rozejrzała się czujnie, po czym zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu. Przystanęła dopiero przy samym łóżku. Tom miał wrażenie, że zaraz ukucnie, zobaczy go i zacznie się wielka draka. Tymczasem ona tylko zebrała kilka koszulek z łóżka i zabrała je ze sobą. W drzwiach obróciła się jeszcze i wymamrotała:
 - Muszę porozmawiać z Billem. Te dziewczyny źle na niego wpływają. – Zamknęła za sobą drzwi. Skate popatrzył na nie jeszcze moment i zupełnie luźno położył się na podłodze. Nie wychodził spod łóżka, tylko, utkwiwszy wzrok w materacu, czekał, aż ochłonie z emocji. Nagle… zobaczył jakąś prostokątną nierówność w strukturze gąbki. Uniósł brew. Pomacał legowisko w tym miejscu. „Twarde…”, pomyślał. Błądząc palcami po łóżku znalazł dziurę tuż obok wybrzuszenia. Wsadził w tę dziurę dłoń i wyciągnął ciemny zeszyt… Otworzył go. Cichy szept odbił się od ścian, wypełnił każde wgłębienie w ich strukturze po czym zniknął, pozostawiwszy po sobie złowieszczą zapowiedź wtargnięcia w cudze sekrety.
 - Bingo…!

***

Spojrzał na dziewczynę z szokiem w oczach.
 - Skąd…
 - Ćśśś… – położyła mu palec na ustach. Iskierki jej jaśniejących energią, spokojnych, szarych oczu zaczęły ciekawie zaglądać w jego brązowe ślepka. – Nie jesteś jeszcze gotowy…
___________________________________________________________________
Tak, wiem, krótka notka…
Tak, wiem, długo czekaliście…
Ale uwierzcie, nie miałam za bardzo jak napisać więcej…
A ilość komentarzy wcale nie dodaje mi weny… Kiedyś było po 3,2 a teraz O
To nie w porządku z waszej strony troszeczkę.
Wobec tego proszę o jak największą ilość komentarzy pod notką.

Kocham =*

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział 11

Wiem że przez ostatni czas nie było nowej notki ale komputer był w naprawie więc nie miałam skąd pisać. Nie mam też zbytnio weny, bo wiecie wakacje- mało siedzę przed komputerem. Ale zaległości postaram się nadrobić. Mam nadzieje że ktoś czyta mojego bloga bo komentarze przestały się pojawiać ^.^ 
Dobra.To na tyle. Miłego czytania :*

- Bill! Wstawaj! Dziś sobota, kazałeś obudzić się o dziewiątej, więc się podnoś! – Mama wydzierała się do niego, stojąc w szlafroku (ale już w makijażu i z umytą głową) przy framudze drzwi.
- Co?! Jak?! Czemu?! Gdzie się pali?! Ja nie mam kluczyków do czołgu! Łaaaa, ogromny pająk! – Wydarł się Farbi, który, zaspany, wziął za ogromną tarantulę swoje własne, w tym momencie niemiłosiernie rozczochrane włosy. Jak oparzony wyskoczył z łóżka i zaczął je sobie strzepywać z twarzy. Potknął się, stracił równowagę i w ostatniej chwili złapał się półki z kosmetykami. Ciągle opędzając się od własnych kudłów wstał i spojrzał w lusterko wiszące nad ową półką. Przez pierwszą sekundę myślał, że to cała chmara pająków siedzi mu na głowie, jednak po opanowaniu ataku paniki oraz głębszych oględzinach stwierdził, że ta ciemna chmura się nie rusza, jest bardzo miękka i pachnie… szamponem dla dzieci. Odetchnął z ulgą, wziął w rękę szczotkę i zaczął maltretować ten stóg siana. Po doprowadzeniu szopy unoszącej się kudłami jakieś dwadzieścia centymetrów nad czubkiem jego łepetyny do stanu długich, lśniących kosmyków spływających do łopatek lekko się uśmiechnął. Poszedł do łazienki, umył starannie ciało i głowę, pognębił drobne wypryski na twarzy silnym tonikiem, nasmarował skórę oliwką dla niemowląt, wrócił do pokoju i już, już chciał sięgnąć po kredkę do oczu i mascarę, gdy nagle w głowie zaświtała mu myśl: zaraz, zaraz, dzisiejsza impreza jest na basenie! Jak mi wszystko zacznie spływać, to będę wyglądał jak ostatni debil! Zrezygnował z jakiegokolwiek makijażu, gdy nagle rozdzwonił się telefon. Refren „Bullevard Of Broken Dreams” Green Day oznajmiał, że dzwoni Svenja…
- No cześć! Szykujesz się już na balangę? – W uchu zabrzmiał mu głos luzary.
- Owszem. Dużo zaprosiłyście osób?
- Jak cholera!
- Cholera to pojęcie względne! – Zakpił.
- Ty mi tu nie wylatuj z takimi tekstami! Jak mówię, że cholera, to cholera! – zaśmiała się.
- Okay, okay. Masz mi coś do przekazania?
- Tak. Po pierwsze – masz się nie malować, po drugie – nie bierz ręcznika, takie rzeczy mamy na miejscu. Po trzecie – jest prawie październik, więc imprezka jest na krytym basenie, a to znaczy że będzie ciepło, a to znaczy że nie tylko możesz, ale musisz założyć seksowne gatki, bo jak nie, to zarobisz w łepek, dotarło?!
- Tak jest, pani generał! A jakie to według ciebie są seksowne gatki?
- No nie wiem… możesz założyć striny w stylu Borata!
- No to wolę, żebyś mnie na śmierć zarąbała! – Roześmiali się oboje.
- Okay, wobec tego wystarczą jakieś ładne bokserki.
- Hm… wiesz, jak byłem kiedyś z Tomem na wczasach na Malediwach, to mieliśmy obaj identyczne białe bokserki w hawajskie kwiaty. Tyle, że moje kwiatki były niebieskie, a jego czerwone.
- Może być! Spakuj je do plecaczka i oczekuj nas o piętnastej!
- Was?
- Przyjdziemy po ciebie całą paczką: ja, taka dziewczyna z naszego skrzydła, której raczej nie znasz, Czarna Mamba, Doris, Śnieżka i Ganja (przyp. aut. Ganja to rodowita, jamajska nazwa marihuany, którą podczas świąt za pomocą specjalnej fajki palą ludzie religii Rasta, na której stylu wzoruje się Eva).
- Będę czekał, pa!
- No siemka.

 Po odłożeniu słuchawki do głowy wpadł mu świetny pomysł. Postanowił zaskoczyć dziewczyny, które były przyzwyczajone do jego ostrego makijażu, długich, skórzanych płaszczy, pasków nabijanych ćwiekami, postawionych włosów i dziewczęcego wyglądu. Wziął do ręki zwykłe, gładkie, dosyć luźne dżinsy, zieloną koszulkę bez nadruku i prostą, czarną bluzę z kapturem. Wyjrzał przez okno. Na termometrze rtęć pokazywałą temperaturę 14.5 stopni Celsjusza. Całe szczęście, że impreza jest na krytym basenie,dziś jest wyjątkowo zimno, pomyślał. Wrócił do pomieszczenia i spojrzał na swoje dłonie. Akurat dzień wcześniej, po wstydzie, jakiego narobił sobie przed Steph poprzez wtargnięcie i zakłócenie jej próby, poszedł zdjąć tipsy z paznokci, które po tym zabiegu wyglądały mimo wszystko zaskakująco zdrowo. Starannie zaczesał i związał włosy w kitkę nisko nad karkiem, jednak nie uniknął wymsknięcia się kilku kosmyków. Po chwili tarmoszenia się z nimi uznał nagle, że te niesforne, opadające na policzki kępki włosów wyglądają wcale nie najgorzej! Psiknął jeszcze ociupinkę lakieru na całość fryzury. Tak na wszelki wypadek…
 Gdy zszedł na śniadanie zwykły, poranny gwar, zazwyczaj towarzyszący biesiadnikom przy stole, nagle ucichł. Wszyscy spojrzeli na niego jak 
na kosmitę. Czarny cichutko podszedł, rzucił suche „cześć wszystkim”, odsunął krzesło, usiadł, przysunął się, zrobił sobie kanapki, zjadł jedną, nie zwracając na nikogo uwagi i już zabierał się za drugą, gdy zauważył, że nadal wszyscy patrzą w jego stronę z otwartymi ustami. Tomowi tak nisko opadła szczęka, że rozróżnić można było wszystko, co mielił między zębami przed przybyciem Farbiego na śniadanie. Bill skrzywił się i warknął:
  – Zamknij japę, bo widzę, co jesz. – Po czym wsunął do buzi kęs swojego chleba z szynką.
  – Bill, synku… Dobrze się czujesz? – Spytała Simone.
  – A jak ci się zdaje? Jasne, że nie! Ale, co ty tam wiesz… – Odpyskował. Ostatnimi czasy nie szanował nikogo z rodziny. Nawet Tom się od niego odwrócił… Nikt już nie śmiał go o nic pytać i wszyscy w ciszy konsumowali to, co zaczęli jeść wcześniej. Zadowolony z tego faktu zjadł do końca swoją wałówkę, zabrał talerz ze stołu, umył go, postawił na suszarce, wytarł ręce i pobiegł do swojego pokoju. Spakował spodenki do pływania, o których mówił Svenji, w nieduży plecaczek, do tego wrzucił jeszcze balsam nawilżający do ciała. Uznał, że jest gotowy.

Wraz z wybiciem piętnastej na zegarach wszystkich domów w Loitshe dzwonek domu państwa Kaulitz rozbrzmiał wysokim dźwiękiem. Tom pobiegł otworzyć. Oczy wyszły mu z orbit, gdy zobaczył przed sobą pięć wyjątkowo ładnych dziewczyn. Jeszcze bardziej się zdziwił, gdy zauważył, że doskonale zna jedną z nich…
 - Ni… Nina?! – wydusił.
 - Owszem. Bill jest już gotowy? – Uśmiechnęła się.
 - Gotowy na co? – W tym momencie przez drzwi wypadł, potrącając dreadziarza, Czarny.
 - Cześć! Co tam? – zawrzasnął.
 - Si… Si… SIMBA?! – Dziewczyny nie mogły uwierzyć, że widzą go ubranego tak, a nie inaczej.
 - Nie, Nala! No pewnie, że ja!!! – Wycisnął głośny, dziecinny cmok na policzku każdej dziewczyny.
 - A to jest… – zaczęła Doris.
 - …Nina! -  Krzyknął Bill – Miło cię znowu widzieć!
 - Hej! – zachichotała.
 - T…to wy się znacie?! No proszę, same niespodzianki dzisiaj!
 - Dobra, idziemy! – Svenja swoim zwyczajem wskoczyła Billowi na barana i krzyknęła „WIO!”. Ten pobiegł kawałek przez trawnik, obrócił się kilka razy, stracił równowagę, przewrócili się, przekoziołkowali kilka metrów i wylądowali obok siebie, zwijając się ze śmiechu. Cała paczka też trzymała się za brzuchy. Tylko Tom, wciąż oniemiały, odwrócił się, zatrzasnął drzwi i tyle go widzieli. Na dźwięk trzaskania wszyscy ucichli na kilka sekund. Przez chwilę patrzyli po sobie i jednocześnie cała ekipa ryknęła śmiechem. Eva i Elena pomogły Farbiemu i Svenji pozbierać się z ziemi i poszli wszyscy razem tam, gdzie miała się odbyć impreza…

***
Na basenie wszystkim bardzo się podobało. Były dwa wielkie, wodne zbiorniki, jeden głęboki na dwa i pół metra, drugi sięgający powierzchnią wody do 1.5 metra, oraz wielkie jaccuzi. Poza tym było miejsce do siedzenia na kocach. Z jednego z nich dobiegały zabawne odgłosy wygłupów…
 - Nina, prze… przestań! Ha, ha! No juuuż! Do… Dosyć! – Długie palce Niny bezczelnie łaskotały Czarnego po gołym brzuchu. Nie pomagały prośby ani groźby, więc chłopak przewrócił ją na plecy i już chciał odwdzięczyć się tym samym, gdy zauważył, że jego wysiłki spełzną na niczym – Nina po prostu nie miała łaskotek!
 - Ej, to nie fair! Dlaczego ty się nie śmiejesz?! Łee… – Nagle chłopak uświadomił sobie, że zna już tę scenę. Śmiech, łaskotki, potem odwrócenie ról i wielki zawód z powodu braku śmiechu ze strony przeciwnika. To się zdarzyło bardzo dawno temu. Miał w dzieciństwie przyjaciółkę: drobną, ostrzyżoną na jeża blondynkę w ogromnych, staroświeckich okularach zasłaniających jej pół twarzy oraz z wielkim aparatem na zębach. Byli nierozłączni – zawsze razem huśtali się i bawili w piasku, póżniej odrabiali razem lekcje i wychodzili. Nigdy nie zdejmowała aparatu ani okularów. A potem ona musiała się wyprowadzić, a dwa lata póżniej on założył zespół. Maile, rozmowy i listy stały się coraz rzadsze, aż w końcu ich kontakt się urwał. A teraz uświadomił sobie, że ona miała na imię… Nina! Ona teraz spoważniała, jakby również do jej głowy wkradły się wspomnienia z dzieciństwa. Nagle wybałuszyli na siebie oczy i wrzasnęli:
 - To ty?! – po czym szybko się podnieśli i spojrzeli na siebie nawzajem.
 - O matko… – W życiu bym nie powiedziała, że to ty! – krzyknęła.
 - Bez przesady, spójrz na siebie! Twoje włosy, oczy, zęby, twoje… – Ugryzł się w język, bo już, już chciał powiedzieć „Twoje piersi, ciało, pupa! Byłaś płaska jak deska, a teraz wyglądasz jak z teledysku Akona!”. Jednak ona domyśliła się (jak zwykle zresztą) co mu po głowie chodziło i tylko się uśmiechnęła.
 - Ludzie się zmieniają. – Nagle jej wzrok złagodniał. Objęła jego twarz dłońmi. Odsunęła delikatnie kosmyki, by dokładnie zlustrować mapę jego oblicza. Pogłaskała jego policzek, a w oczach zaświeciły malutkie łzy… – Tęskniłam… – wyszeptała.

 - Ja też… Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. – Te słowa spowodowały, że ciepłe, delikatne krople popłynęły jej po twarzy. Zarzucili sobie nawzajem ręce na szyję. Z poczatku bardzo delikatnie i nieśmiało, jednak w pewnym momencie bardzo mocno się do siebie przycisnęli… Bill, słysząc jej chlipanie miał wrażenie, że zaraz sam się rozpłacze. Tak bardzo było mu źle, gdy tych parę lat temu patrzył, jak siedzi w samochodzie przyklejona buzią do szyby i macha mu. Nagle… Poczuł delikatny dreszcz… Potem mocniejszy… A jego serce zaczęło nienaturalnie walić… Mroczki przed oczami… Tak samo, jak trzy tygodnie temu, gdy po raz pierwszy dotykał Steph. Przez głowę przeleciało mu tylko: „Boże, co się ze mną dzieje?!”