niedziela, 30 czerwca 2013

Rozdział 2

Hej! Pod ostatnią notką ani jednego komentarza, trudno, przecież dopiero zaczynam. Chciałabym jednak, żeby pod tym było chociaż kilka, malutkich, bo nie wiem, czy wam się podoba… Bez dalszych wstępów – zapraszam na rozdział drugi!

- A co to za wrzaski? – doszedł ich nagle głos rodzicielki, która – sądząc po tonie, nie była specjalnie zadowolona, że hałas ją obudził.
- To on! – jednocześnie wskazali na siebie palcami chłopcy.
- Nieważne, który, ważne, żebyście byli cicho i przejrzeli później podręczniki ze starych szkół, przyda się wam małe przypomnienie! Zwłaszcza z przedmiotów ścisłych!
- Maaamo! Musimyyy?
- Tak. Przypominam, że jutro zaczyna się dla was szkoła. W tej chwili wasi nowi koledzy siedzą już w ławkach i skrzętnie notują punkty, według których będą oceniani.
- A co nas obchodzą kryteria oceniania, mamo? – zapytał zdziwiony Tom.
- Was – bardzo wiele. Od waszych ocen zależeć będzie, czy zostaniecie w tej szkole na jeden semestr, a potem zdacie maturę wcześniej, niż wasi rówieśnicy, czy… – przeciągnęła ostatnią głoskę tak, aby zabrzmiała w niej pogróżka.
- …czy zostaniemy na cały rok i napiszemy z resztą naszej klasy. – dokończył Bill ze znudzoną miną. Zaczyna się. Rodzicielskie ględzenie o ocenach – przekleństwo każdego ucznia. Zwłaszcza Billa.
- Dokładnie – uśmiechnęła się Simone – jedliście już coś? -zapytała. Oczywiście, że nie, przecież są po imprezie urodzinowej. Oni nie chcą potem jeść przez tydzień, pomyślała. Tym bardziej zaskoczyła ją zbita wypowiedź młodszego syna…
- Tom nie jadł, bo dopiero wstał. Ja jestem już po herbacie i dwóch kanapkach. Został jeszcze cały dzbanek herbaty i półmisek kanapek, które zrobiłem, gdybyście chcieli. Ja idę na dwór.
- Bill, ale fanki… – mruknął Tom, znowu przysypiający na stole.
- Poradzę sobie, Tom. Jesteśmy w Loitshe. To malutka osada! Rozdam dziś rekordowo małą liczbę autografów – jeśli w ogóle jakieś rozdam… – dodał po namyśle Czarny, sznurując jednocześnie trampki. Było za ciepło na jego ukochane kozaki z przedłużonym noskiem, albo chociaż na glany…
- No to pa, skarbie. – Uśmiechnęła się Simone i musnęła syna po matczynemu w pełne usta. Chłopak tylko wyszczerzył szeroko białe zęby, zarzucił bluzę na T-shirt z białym nadrukiem i już go nie było.
 „Bill zawsze był wyjątkowym synkiem, nigdy nie wstydził się iść ze mną za rękę, rzadko rozrabiał, chyba, że w parze z Tomem, lub niechcący coś nabroił. Był dumny z tego, że kocha swoich rodziców i że jest ich synem. Nie dał powiedzieć na mamusię złego słowa. Bo nigdy nie byłam „jego starszą”. Zawsze byłam mamusią, w domu i przy kolegach. Wiele matek dałoby bardzo dużo, a nawet wszystko za takiego synka, ale to ja zostałam nim obdarzona…”
Obróciła się z tryumfalnym uśmiechem na ustach i, wciąż w szlafroku, weszła do kuchni. Tom leciutko pochrapywał, oparłszy głowę na skrzyżowanych na stole rękach. Simone złapała go pod kolanami, przechyliła, aby bokiem się o nią oparł i bez większego wysiłku podniosła go i zaniosła do jego pokoju. Nawet się nie poruszył. Podświadomie pewnie wyczuwał, że to ciepło pochodzi od matczynego serca, którego bicie świetnie słyszał, opierając się głową o jej lewą pierś. Leciutko, prawie samą dłonią, automatycznie objął ją za szyję. Kąciki ust szybko podjechały jej do góry. „
Ale to Tom był zawsze tym pewnym siebie, bezczelnym chłopcem, który przysporzył mi zarówno mnóstwo trosk, jak i śmiechu, w końcu odziedziczył po tacie ogromne poczucie humoru. Mimo, że mocno się we mnie wdał, to psychikę ma z dnia na dzień coraz bardziej podobną do ojca. Wygłupiał się, od kiedy nauczył się chodzić, ale miny robił od pierwszych tygodni życia. Do dziś mu został dziwaczny zwyczaj zasypiania, gdzie popadnie, i jak zwykle to ja musiałam go zawsze zanosić do łóżka. Tak, jak teraz…”
Położyła śpiącego Toma w łóżku i przykryła białą kołdrą w błękitne kontury róż. Od razu poruszył głową, wtulając ją w poduchę i wciągnął głęboko powietrze. Matka przykryła mu starannie plecy, zostawiając ręce na wierzchu. Wiedziała, że tak przykryte, jej maleństwo śpi najspokojniej. Bo on zawsze był, jest i będzie jej malutkim synusiem słuchającym „dużych, czarnych ziomków w dużych, białych koszulkach” jak to od dziecka określał ulubionych raperów. Na samą myśl o pierwszych próbach rapu małego Toma w jej oczach zaiskrzyły się malutkie łzy wzruszenia. Jej chłopczyk wyrósł i sam sobie zarobił na szczęście, robiąc to, co najbardziej kocha – grając na gitarze i przebywając wśród przyjaciół dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ze wzruszenia i dumy pocałowała go delikatnie w odsłonięty policzek, na co on tylko się odruchowo uśmiechnął. Szkoda tylko, że nie wiadomo, czy dlatego, że wiedział, że całowała go mama, czy dlatego, że wydawało mu się, że robi to ostro umalowana, dupiata i cycata lalunia z jego snu… Simone myślała, że bardziej to drugie. Jednak…
- Mamusiu, to ty? – mruknął zaspany.
- Tak, śpij, jeszcze nie musisz wstawać.
- Dobrze…- obrócił się na drugi bok, wciąż szeroko uśmiechnięty.
Simone tyko obróciła się na pięcie i szybko chciała wyjść z pokoju, ale zatrzymał ją jeszcze raz;
- Mamuś, czy te książki mogą sobie poczekać, aż się wyśpię?
- Książki?… Ach, książki… Oczywiście, kochanie, wyspany umysł szybciej sobie wszystko przypomina…
Po tych słowach zamknęła za sobą drzwi i udała się do kuchni, aby skorzystać z przygotowanego przez Billa śniadania… Kanapki z serem, wędliną lub dżemem wyglądały pysznie, a wokoło roztaczała się wonna aura świeżo zaparzonej, gorącej herbaty owocowej. Bill wiedział, że jego mama najbardziej lubi tę z dzikich róż i hibiskusa i zawsze dbał, by napar właśnie z tych owoców i czerwonego, kwaskowatego kwiatu znalazł się rano w dzbanku.



Nie zdążyła zmyć naczyń do końca, gdy zadzwonił telefon.
- Simone Kaulitz? – odezwał się wysoki, oficjalny, kobiecy głos.
- Simone Trumper. – warknęła kobieta. Zawsze mylono to nazwisko!
- Och, przepraszam, myślałam, że dodzwoniłam się do matki bliźniaków Kaulitz…
- Dodzwoniła się pani. Tyle, że ja mam na nazwisko Trumper, a oni Kaulitz – Trumper…
- Rozumiem – ton kobiety złagodniał – chciałam się tylko upewnić, czy chłopcy przyjdą jutro do szkoły? To bardzo ważne…
-A z kim mam przyjemność? – zapytała sucho Simone.
- Proszę wybaczyć, z tej story Martha Kreigh, dyrektorka szkoły. – zakłopotała się kobieta.
- No więc, pani Kreigh, całą pewnością moi synowie jutro przyjdą. Są zdrowi, pełni sił i nic nie wskazuje na to, żeby mieli jutro uniknąć szkoły.
- Cieszę się. Prosiłabym, aby przed pierwszą lekcją stawiła się pani z nimi u mnie, w gabinecie. To tylko formalności, ale wie pani, jak to jest, trudno było mi ich wcisnąć do trzeciej klasy, a przy czymś takim trzeba podpisać mnóstwo papierów i zaświadczeń…
- Tak, tak, rozumiem… Może być pani pewna, że ja i chłopcy jutro się u pani zjawimy.
- Świetnie, do widzenia! – zaszczebiotała dyrektorka.
- Do widzenia… phi! Biurokraci! – prychnęła do wybrzmiewającego już w słuchawce sygnału Simone. Nie znosiła tych nadętych bubków, machających „formalnościami” przed nosem.
W tej samej chwili trzasnęły cicho drzwi od domu i Bill wparadował w ubłoconych trampkach i rozpiętej bluzie, lekko zdyszany, do kuchni.
- Mamuś, nie uwierzysz… – zaczął.
- Nie, nie! Nie wchodź mi tu w butach! Do przedpokoju! – zakomenderowała z nutką rozbawienia w głosie mamuśka. Czarny posłusznie cofnął się do wskazanego pomieszczenia i zaczął zrzucać buty. Rozpinając kurtkę, szczebiotał;
- Mamuś, nie uwierzysz! Byłem w tym miejscu w lesie, nad jeziorem, gdzie bawiliśmy się z Tomem jako dzieci, i zaprowadziliśmy cię tam, i mówiłaś wtedy, że to jezioro się kiedyś zamieni w wielkie pole pałek wodnych i trzciny, i wiesz, co? Nic nie zarosło! Nic się nie zmieniło! Znowu biegałem tam, jak sześć lat temu, po brzegu i jak zwykle prawie wpadłem do wody! – Klepał na jednym oddechu jak małe dziecko, które zobaczyło swoją ukochaną zabawkę od dawna leżącą w piwnicy. Na końcu musiał głęboko nabrać powietrza, bo ledwo co nadążał za własnymi słowami.
- Dzwoniła dyrektorka waszej nowej szkoły. Mówiła, że mam się z wami stawić u niej z wami przed pierwszą lekcją, żeby dopełnić formalności. – zmieniła temat Simone.
- To o której mam wstać? – spytał Bill.
- Musimy być tam najpóźniej wpół do ósmej, wiem, ile trwają te wszystkie „ceremonie”. Wstań o takiej godzinie, żebyś się mógł spokojnie wyszykować, zjeść śniadanie i pojechać ze mną i Tomem do szkoły, O.K.?
- Jasne, O.K. – Uśmiechnął się chłopak.
***
Trochę później do pokoju, w którym Bill i jego mama oglądali vivę, wparował Tom, a zaraz potem i ojczym chłopców. Gdy zobaczyli teledysk do „ϋbers ende der welt” Tom skomentował tylko, że( jak zwykle) wyszedł na tych zdjęciach wspaniale i very sexy, za to ojczym (jak zwykle) opadł ciężko na sofę i burknął, że Bill wygląda coraz bardziej dziewczęco, na co Bill spojrzał na niego krzywo, Tom jeszcze krzywiej ;) a Simone warknęła, powoli cedząc każde słowo:
- Nigdy więcej nie waż się komentować ubioru, stylu, wyglądu i zachowania moich synów…!
- Ale spójrz, Bill przecież z tymi obwódkami oczu i długimi włosami wyglą… – zaczął ojczym
- N I G D Y WIĘCEJ! – huknęła na niego Simone.
- Dobrze, już, dobrze. Chciałem tylko powiedzieć… – znowu zaczął, ale wściekłe błyskawice rzucane z oczu rodziny zamknęły mu usta. Zawsze był tu trochę jakby trędowaty. Ożenił się z rozwódką, jego przybrani synowie byli wielkimi gwiazdami i nie znosili, gdy się niepochlebnie komentowało ich wygląd. Z drugiej strony mieli też trochę racji, w końcu ciągle ktoś się ich czepiał, a to antyfani, a to paparazzi… mogli w sumie liczyć na to, żeby choć w rodzinnym domu byli w pełni akceptowani, ale… Ale On nie był taki… To Jego trzeba było akceptować, bo był jedyną zwyczajną osobą w tej niezwyczajnej zgrai, przez co wśród nich stał się odmieńcem… I nie pasowało mu to…




piątek, 28 czerwca 2013

Rozdzial 1

Heej! To moje pierwsze opowiadanie o Tokio Hotel, więc bądźcie wyrozumiali. Nie oczekuję miliona komentarzy pod pierwszą notka, ale chcę wiedzieć, jak mi idzie… Rozumiecie :D

Piękne, sierpniowe popołudnie iskrzyło się barwami ostatnich promieni lata. Każdy zwyczajny nastolatek kupował właśnie książki do szkoły, która miała się zacząć już za równy tydzień, lub korzystał z ostatnich chwil beztroski pluszcząc się w basenie albo wylegując na tarasie. Ale dwójka nastolatków, praktycznie już młodych mężczyzn, nie była zwyczajną parką bliźniaków. Wystarczyło na nich spojrzeć…
– No, dobra, po co nas tu ściągałeś, David? Mam lepsze rzeczy do roboty niż siedzenie i przyglądanie się, jak wykręcasz palce. Ze zdenerwowania, jak sądzę? – zapytał chłopak, którego głowę zdobiła burza miodowych dreadów oraz przekrzywiona figlarnie czapka.
- Widzisz, Tom, to trudne, ale muszę wam coś oznajmić…
- O-o, nie lubię takich gadek, bardzo nie lubię… Nie masz dobrych wieści, znam ten ton… – dodał ciemnowłosy koleś z dosyć… hm, dosyć… oryginalnym makijażem.
- Niestety, masz rację, Bill… Choć nie jest to aż tak zła wiadomość, jak mogłoby się wydawać…
- Mów o co chodzi, David – wtrąciła siedząca obok niego, pogodna kobieta z łagodnym wyrazem twarzy – moi synowie nie lubią czekać w napięciu, wiesz o tym. Poza tym, prędzej czy później będziesz zmuszony im o tym powiedzieć.
- Simone, proszę! No cóż, chłopaki, muszę wam z przykrością oznajmić, że na razie musicie przystopować z karierą…
- ALE JAK TO !!!? – wyrwało się z gardeł siedzących chłopaków.
- Widzicie, musicie wrócić do szkoły… Bardzo zaniedbaliście swoją edukację, powinniście w tym roku zdawać maturę, a… po prostu nie zdacie jej, bo nie macie wystarczająco rozwiniętej wiedzy, krótko mówiąc…
- Nie! Ja nie chcę znowu odrabiać prac domowych, pisać referatów, wkuwać do sprawdzianów i klasówek, odpowiadać przy tablicy i wstawać rano o nieprzytomnej godzinie!!! – darł się dreadziarz.
- Ale… wiesz, Tom, niechętnie to przyznaję, ale David ma rację. Ja, tata i wasz ojczym jesteśmy pewni, że pół roku, może rok szkolny o przyspieszonym toku nauczania dobrze wam zrobi, zdacie maturę i tak dalej. Na studia, rzecz jasna, was nie zaganiam, ale matura bardzo się wam przyda. – Ucięła Simone.
- A ty co o tym sądzisz, Bill? – zapytał menager.
- To, co mój brat. – warknął chłopak, nie spuszczając wzroku ze swoich paznokci, którym przyglądał się, próbując stłumić wściekłość.


***
Pierwszego września po raz pierwszy od paru ładnych lat Kaulitzowie nie cieszyli się swoimi urodzinami, tak, jak do tej pory. Myśleli tylko o tym, żeby nie wypić za dużo. Co prawda pozwolono im przyjść do szkoły dopiero trzeciego września, jednak intensywny kac trzyma się w głowie niezwykle długo, o czym doskonale wiedzieli…
Tom miał jednak dużo lepszy nastrój niż jego brat i już po dłuższej chwili (i paru drinkach) udzielił mu się szampański nastrój. A co mi tam, myślał, znowu panienki będą mnie obskakiwać, gdy będę paradował po szkole krokiem zwycięzcy z bezczelnym uśmieszkiem na ustach i obstawą naiwniaków, którzy myślą, że coś im da zadawanie się ze mną.
Bill z kolei miał przed oczami obraz sprzed paru lat; chudy, czarnowłosy już chłopak snuje się po cichutku za swoim bratem macho i unika spojrzeń ładnych dziewczyn, zbyt nieśmiały, by zajrzeć im w oczy… Nie mógł przez to z początku wypić nawet jednego kieliszka alkoholu na rozkręcenie; nic mu nie smakowało i nic go nie cieszyło na samą myśl, że tamte, z pozoru dawno zażegnane czasy mają nagle powrócić i uderzyć w niego ze zdwojoną siłą…


Następnego dnia czuł się dobrze. Wypił mało, więc wystarczyła szklanka wody mineralnej, aby zapomniał że wczoraj była w ogóle jakaś impreza! Tom z kolei wstał z okropnym kacem, ale w dobrym humorze.
- Cześć, co tam? – spytał Bill, gdy ubrany i nieco zaspany jeszcze skate wkroczył do kuchni z miną boleści na twarzy.
- Weź nie pytaj nawet tylko zarzuć piciem, bo mam trampka w gardle. I błagam, nie drzyj tak japy, bo mi łeb pęka!
- Jasne. Trzymaj. – mruknął cicho Czarny, podając spragnionemu bratu pełną butelkę wody. Uśmiechnął się pod nosem widząc, jak łapczywie pozbywał ją zawartości, czemu towarzyszył cichy trzask wciągającego się do środka plastiku. Gdy dread odsunął od mokrych ust szyjkę butli, wokół warg pozostał mu czerwony ślad. Na ten widok Bill tylko się roześmiał. Zdezorientowany brat rozejrzał się nieprzytomnie, po czym, spojrzawszy w lustro, również zachichotał, oprawiając uśmiech wesołym komentarzem;
- Ej, ja chyba znam tego gościa! – powiedział, wskazując na lustro – Ale ma głupi wyraz pyska! Chyba mu ktoś zrobił malinkę, tylko jakąś taką dziwną… Ty, patrz, on mnie małpuje! Ale jaja, mam klona!
Po chwili każdy zakątek domu wypełniał śmiech braci.