wtorek, 2 lipca 2013

Rozdział 8

Siedziała tam… dokładnie ona… w każdym szczególe. Spojrzał jeszcze raz na szkicownik, przetarł oczy i znów uniósł je na osobę w ławce obok. Nic się nie zmieniło… To była dziewczyna z rysunku! Wszystko się zgadzało – oryginalnie zafarbowane, bo zupełnie białe, długie, gęste włosy, kosmyki na twarzy, pełne usta, iskry w oczach, gładka cera, nawet malutki pieprzyk na policzku i drobne ramiona. Wszystko. Była ubrana bardzo starannie w zwykłe, gładkie dżinsy i czarną, zwiewną tunikę obrzuconą srebrną nitką. Na nadgarstkach miała po kilka cieniutkich, srebrnych bransoletek, na serdecznym palcu lewej dłoni widniał delikatny pierścionek z malutkim, czarnym oczkiem a na głowie cienka, srebrna opaska z czarnymi kryształkami. Na nogach były czarne botki zapinane na srebrną klamrę. Słowem – cudo. Zapatrzył się na nią tak bardzo, że nie zauważył nawet, gdy zadzwonił dzwonek. Dziewczyna z rysunku zdjęła z oparcia krzesła sporą torebkę z czarnej skóry i spakowała do niej zeszyt i zgrabny piórniczek. Zarzuciła torebkę na ramię i wstała z ławki. Czarny, obserwując ją wcisnął do swojego plecaka szkicownik i ołówek. Wstał i ruszył do wyjścia z klasy za czarno-srebrną pięknością. Jednak gdy na chwilę zrobiło się zamieszanie na korytarzu spowodowane wychodzącymi z sal różnymi klasami stracił ją z oczu. Nagle poczuł lekkie poklepywanie w ramię. Odwrócił się i zobaczył swoją nową wychowawczynię. 
– Posłuchaj, Bill. – Powiedziała poważnie. – Jesteś nie tylko jedynym chłopakiem w tym skrzydle szkoły, ale także sławnym piosenkarzem. Pamiętaj, że jeśli jednak jakieś dziewczyny będą ci się narzucały, to masz od razu mówić. Ale jeśli ty będziesz korzystał z braku konkurencji i twoje zachowanie wobec uczennic będzie nieodpowiednie, to zapowiadam surowe konsekwencje. I nie wyobrażaj sobie, że u nauczycieli będziesz miał lżej jako chłopak. To tyle, jeśli chodzi o ostrzeżenia – jej głos złagodniał, a twarz się wypogodziła – witaj w nowej klasie. – Rzuciła mu miły uśmiech i zniknęła w tłumie. 
Kolejna lekcja – plastyka – upłynęła mu bardzo przyjemnie, ponieważ mógł spokojnie gapić się na białowłosą, podczas gdy plastyczka kazała im tylko zastanowić się nad kilkoma tematami prac. W pewnym momencie dziewczyna nieoczekiwanie podniosła wzrok. Miała szarozielone, wielkie oczy, okolone firaną gęstych, grubych rzęs delikatnie pociągniętych mascarą. Jedwabiste wargi wygięły się, o dziwo! w delikatnym uśmiechu, który po prostu rozbroił Billa. Ta chwila była dla niego wręcz magiczna. Każdy kosmyk ułożył się teraz dokładnie tak, jak na jego rysunku, jakby wyskoczyła ze szkicownika. Odwzajemnił uśmiech. 
– Bill Kaulitz. Nieobecny? – Dopiero teraz zorientował się, że plastyczka sprawdza obecność.
– Yyy… Jestem, jestem! – Rzucił rozkojarzony.
– Ach, to ty jesteś tym chłopcem wylosowanym przez panią dyrektor Kreigh! 
– Zgadza się
– Wobec tego witamy w żeńskim skrzydle! – Co ci nauczyciele tak z tymi powitaniami?!
– Dziękuję. – Rzucił sztuczny uśmiech numer sześć, którym zawsze zaszczycał reporterów.
– No cóż moje drogie! – Bill uśmiechnął się i znowu chrząknął głośno i znacząco, tak, jak na pierwszej lekcji. – Och, bardzo przepraszam,” moi drodzy”, chciałam powiedzieć! Na ostatniej lekcji mówiliśmy o historii dadaizmu. Kto pamięta, czym charakteryzuje się ten nurt w sztuce? Tak, Doris?
Niziutka dziewczyna o lekko zadartym nosie, ubrana w spódniczkę w szkocką kratkę i w wielkich okularach odpowiedziała tak, jakby wkuła encyklopedyczną formułkę. Można by było stwierdzić, że to kujon, ale nie odpychała tak, jak Mario, wredny do granic możliwości chłopak z męskiej 3A, w takich samych ogromnych brylach. Ona miała sympatyczną buzię i roześmiane oczy. „Chyba tu nie jest aż tak źle” – ta myśl była jak balsam na jego bardzo smutne ostatnimi czasy serce. Lekcja ciągnęła się i ciągnęła, ale nie był znudzony. Przerabiali całkiem ciekawy temat – nauczycielka opowiadała im o nieco makabrycznych wyczynach Vincenta van Gogha – o tym, z jakiego powodu obciął sobie kawałek ucha, oraz o tym, że (krwawiąc!) później poszedł na ulicę, znalazł prostytutkę i pokazał jej zawiniątko, w którym ów kawałek leżał, na co ona krzyknęła i zemdlała. Mówiła też o jego dziełach i różnych ich interpretacjach. Gdy lekcja dobiegła końca, Bill szybko się spakował, uprzejmie poczekał, aż wszystkie dziewczyny wyjdą z klasy i sam przekroczył jej próg. Niestety, znowu białowłosa zniknęła mu z oczu, zanim zdążył do niej podejść. 
Kolejna lekcja, czyli historia, minęła mu jeszcze bardziej bezowocnie. Nawet nie odwracała twarzy w jego stronę. Gdy profesor skończył mówić o feudalizmie i zadał pracę domową, Czarny już nie mógł usiedzieć na miejscu. Wiercił się niemiłosiernie, a to skrobał paznokciem ołówek, a to rozglądał się po suficie, a to przeglądał podręcznik, a to przerzucał kartki w zeszycie. Nie wiadomo jakim cudem, ale udawało mu się przy okazji wyłapać coś pożytecznego ze słów nauczyciela. Zapamiętał wystarczająco dużo, aby jego zadanie domowe było wykonane na odpowiednim poziomie. Jak zawsze zresztą.
Ostatni dzwonek przyniósł mu wręcz fizyczną ulgę. Zszedł za dziewczynami do szafek mieszczących się na parterze. Gdy znalazł swój numer zobaczył, że tuż obok niego z własnej sweterek wyciąga ta Doris w dużych okularach. Spojrzał na nią, uśmiechnął się przyjaźnie i powiedział cicho:
– Cześć… Bill jestem. – Zerknęła na niego najpierw nieufnie, zmierzyła każdy szczegół jego osoby, jednak gdy już myślał, że jedyne co od niej usłyszy to kąśliwa uwaga, ta nieoczekiwanie szeroko się wyszczerzyła i rzuciła luźno:
– Cześć. Doris. – Wyciągnęła rękę, uścisnął ją. Dłoń Doris była bardzo szczupła i szorstka. Jednak to krótkie przywitanie wystarczyło, aby reszta klasy zauważyła, że ten chudzielec jednak nie jest nadęty, tylko nieśmiały. Już po chwili otaczało go kilka miłych twarzy: Doris, Svenja, Eva i Elena. Doris była niesamowicie inteligentna i wygadana, Svenja była dzieckiem ulicy, ubranym w luźne dżinsy na szelkach i obcisłą bluzkę z ręcznie wymalowanym przez nią świetnym graffiti. Eva miała dredy, wisiorek z ganją (marihuaną), koszulkę z Bobem Marleyem i bransoletkę w kolorach Rasta. Elena, typowa Gotka, nosiła zwiewną bordową spódnicę do kostek i czarną bluzkę oraz ufarbowane na czarno długie i gęste włosy do pasa. Wszystkie dziewczyny były dla Billa bardzo miłe i świetnie im się razem gadało. Czarny dowiedział się, że są one paczką od piaskownicy, tylko po prostu każda znalazła sobie własny styl. Podobno nie poznał jeszcze jednej dziewczyny do tej paczki należącej…
– Kojarzysz może Stephanie? – Spytała Svenja. Pokręcił głową. – To ta laska z białymi włosami i takimi ogromniastymi zielonoszarymi oczyskami. – Więc ma na imię Stephanie! Rozczochraniec aż dostał rumieńców. – Miła, ale raczej nieśmiała, zawsze fajnie dobiera dodatki do stroju. Chociaż jest nieźle pojechana. Jak dostanie głupawki, to takie pierdoły opowiada, że wszystkie ryjemy jak norki.
– Wiecie co… – Powiedział Bill. – Raczej nie pokazuję nikomu moich rysunków, ale to jest strasznie dziwne. Od bardzo dawna śni mi się pewna dziewczyna. Stoi na wzgórzu w zwiewnej sukni i wyciąga do mnie ręce. Niby nic, ale zawsze zdaje mi się idealna pod każdym względem. Któregoś razu udało mi się mniej więcej zapamiętać jej twarz ze snu. Zacząłem ją rysować. Pomału tworzyłem oczy, nos, usta, ramiona. – Mówiąc to rozpinał plecak i wyciągał powoli szkicownik. – I wyszedł mi całkiem porządny portret. Rzecz w tym jednak, że dzisiaj zobaczyłem tę dziewczynę po raz pierwszy na własne oczy… – To mówiąc otworzył szkicownik i oczom dziewczyn ukazał się portret Steph. 
– O kurczę! Masz chłopie talent! – Eva była pod wrażeniem.
– Ech… nie patrzcie na rysunek, tylko na tę osobę! To jest jakieś porąbane, nigdy w życiu jej wcześniej nie widziałem, a narysowałem ją tylko dlatego, że ciągle ukazywała mi się w snach! 
– Wiesz, ja nie wierzę w takie rzeczy typu jasnowidzenie czy coś, ale to – Elena wskazała palcem na rysunek – to mnie nieźle zastanawia…
– Czy mogłabym zmienić na chwilę temat? – Rzuciła Doris. – Bill, gdzie ty mieszkasz? Może kawałek cię odprowadzimy? – Czarny podał nazwę i numer ulicy na której znajdował się jego dom.
– O ja cię chrzanię! Mieszkam słownie dwa domy od ciebie! – Krzyknęła wesoło Elena. 
– Fajnie! No to jak, idziemy? – Spytała kujonka.
– Jasne! – uśmiechnął się Czarny. Wciąż miał rogala na twarzy, spowodowanego tym, że nareszcie poznał imię białowłosej. Ruszyli ku wyjściu ze szkoły. Gdy byli na dziedzińcu, Billowi zdało się, że rozmowy i wrzawa na boisku skrzydła męskiego nagle ucichły. Spojrzał w tamtą stronę. Zobaczył całe mnóstwo zastygłych z zazdrości i niedowierzania twarzy. Poczuł złośliwą satysfakcję… Wyszedł ze szkoły gawędząc z dziewczynami w najlepsze. W pewnym momencie uświadomił sobie, że mieli tylko trzy lekcje, a więc jest jeszcze bardzo wcześnie, bo dopiero 10:40. Słońce mocno przygrzewało, a miał ze sobą trochę pieniędzy, więc…
– Dziewczyny, macie może ochotę na lody? Trochę się orzeźwimy. Ja zapraszam.
– Ja chętnie. – Rzuciła Elena. Widać było, ze czarny kolor ciuchów dokucza jej w takie gorąco. 
– Ja też. Cholernie ciepło dzisiaj. – Dodała Svenja. Tak samo przytaknęły zgrzane Eva i Doris.
– Wobec tego prowadźcie. Dawno tu nie byłem i nie wiem, gdzie jest jakaś fajna kawiarnia czy lodziarnia.
Przesiedzieli w uroczej kawiarence cały boży dzień. Śmiali się, dokuczali sobie w żartach, jedli lody i pili kawę zbożową. Dziewczyny opowiedziały Billowi o Steph: że jest bardzo skryta, ale jednocześnie ciepła i opiekuńcza, że pisze wiersze i świetnie tańczy. Bywa tajemnicza momentami nawet dla nich, swoich przyjaciółek, bo nie lubi mówić o sobie. Wiedzą jedynie, że z jakichś powodów ma ona tylko ojca i matkę, ale nie lubi o tym rozmawiać. 
Czarny odprowadził wszystkie dziewczyny pod dom, aż został sam na sam z Eleną. Gdy i ona otwierała już drzwi swego domu, nieoczekiwanie zapytała:
– Może wejdziesz? 
– A nie zrobię ci kłopotu?
– Skąd, moich rodziców nie ma, są w pracy. Wrócą późno w nocy. Mamy mnóstwo czasu.
– Odróbmy też historię. Będzie z głowy. – Zgodził się Bill. Już po chwili, bez butów, ze szklanką Coli, którą poczęstowała go Elena, zmierzał do jej pokoju.
Pomieszczenie było spore, na ścianach pomalowanych na spokojny granat wisiały obrazy przedstawiające zachody słońca. Bardzo przytulnie. Odrobili lekcje, pogadali, powygłupiali się… jakby znali się od lat. Minęło zaledwie półtorej godziny, gdy rozbrzmiał dzwonek do drzwi…




1 komentarz:

  1. Ojj Bill, fajnie fajnie ! Już koleżanki znalazł ! ;)
    To opowiadanie wciąga ! Lecam czytać dalej ;*

    OdpowiedzUsuń