poniedziałek, 29 lipca 2013

Rozdział 17

***Na spotkaniu dziewczyn***
Trzeci dzień ferii… Padał deszcz, było zimno, cicho i ciemno. Idąc po chodniku nie spotkałoby się żywej duszy. Ludzie uciekali przed paskudną pogodą, kryjąc się w swoich domach lub u znajomych. Pewna paczka przyjaciółek nie była tu wyjątkiem…
Dziewczyny siedziały na poduszkach w ogromnym pokoju Evy, otoczone miłą atmosferą reggae tryskającego z oczu Boba Marleya, którego plakat wisiał na ścianie, z kubkami ciepłej czekolady w dłoniach. Żartowały, gadały przez dłuższą chwilę na poważnie, by zaraz potem znów się głośno roześmiać.
– Co robiłyście wczoraj? – Zapytała Svenja.
– Ja siedziałam w domu i cały dzień poświęciłam mojemu kotu. – Odpowiedziała Elena.
– Od kiedy ty masz kota?! – Wrzasnęły chórem.
– Od przedwczoraj, wzięłam go ze schroniska. Byłam tam z wujkiem, który strasznie kocha zwierzęta i przejmuje się ich losem. Wujek oddalił się gdzieś z dyrektorem schroniska, a mnie nudziło się trochę wśród tych wszystkich zaniedbanych kundli. Było mi ich żal, oczywiście, ale ile można na nie patrzeć? Poszłam sobie więc do takiego malutkiego domku, praktycznie komórki, w której były same koty. Zastałam tam wolontariuszkę, która pochwaliła się, że pół miesiąca temu pomagała odebrać miot. Pokazała mi te maluchy, ja tak zaglądam, a tam wśród szarobrązowych kociaków jeden najmniejszy, czarny z białą mordką i czekoladowymi oczyma. Nie mogłam się oprzeć, był taki słodki, a gdy spojrzał na mnie, wygramolił się spomiędzy swoich braci i cały czas na mnie patrząc i miaucząc wlazł mi na ręce, zupełnie straciłam dla niego głowę, wiecie? Zadzwoniłam do rodziców, o dziwo, zgodzili się od razu. Tym sposobem mamy nowego członka rodziny. Zwierzak zakochał się we mnie z wzajemnością od pierwszego wejrzenia i już poznał wszystkie moje sekrety.
– Gadałaś z nim? – Brew Doris powędrowała do góry.
– Owszem, leżąc sobie na łóżku i patrząc mu w ślepka. Wiecie, on chyba lubi, jak Siudo niego mówi, bo patrzyła na mnie tak, jakby mnie rozumiał…
– Dałaś mu jakoś na imię?
– Bill… – Odpowiedziała spokojnie.
– Co? – Zarechotała reszta. – Czemu?
– Nie słuchałyście, jak go opisywałam? Biała mordka, czekoladowe oczy a reszta czarna! No wykapany Simba! A właśnie, niech Farbi nie wie, jak dałam mojemu maleństwu na imię, bo mi będzie głupio! Tak przy Billu mówcie na mojego kota Simba. Będzie wyglądało na przypadek, że go tak nazwałam!
– Okay. A ty, Eva, co robiłaś wczoraj? – Zapytała Doris.
– Cały czas grałam na gitarze. Mój brat doprowadził mnie rano do szału i nie chciało mi się z nikim rozmawiać, to zamknęłam się w pokoju i do wieczora nie wychodziłam.
– Ja przeczytałam wczoraj dwie powieści. – Rzuciła luźno Doris.
– Nie zaskoczyło mnie to, mówiąc szczerze… – uśmiechnęła się bezczelnie Svenja.
– No co? Tak strasznie nie chciało mi się wychodzić spod kołdry, że tam zostałam!
– Jasne, jasne. No co? Nie patrz tak na mnie! Ja cały dzień tak się nudziłam, że usiadłam z pudełkiem lodów waniliowych przed TV i oglądałam wszystkie beznadziejne opery mydlane, jak leci! Pod koniec strasznie chciało mi się rzygać, nie wiem jednak, czy bardziej od lodów, czy od seriali…
– Ja przedwczoraj byłam cały czas z Niną. Pojechałyśmy na wycieczkę do Magdeburga, byłyśmy na zakupach, u manikiurzystki, w kinie, na pizzy i na basenie. Wróciłam do domu taka padnięta, że zasnęłam w ciuchach i z makijażem na twarzy, nawet nie pofatygowałam się, by rozpakować zakupy, a powiem wam szczerze, że w centrach handlowych tak się z Niną obkupiłyśmy, że hej!
– Pewnie wydałaś mnóstwo pieniędzy… – Powiedziała Eva.
– Nie, właśnie nie! Zapłaciłam tylko za połowę ciuchów, które kupiłam i za pizzę, Nina upierała się cały czas, że to ona chce stawiać, kupiła nie tylko resztę ubrań, które mi się podobały, ale zapłaciła za basen, kino i manikiur…
– Najwyraźniej nieźle skorzystałaś? – Sceptycznie uśmiechnęła się Elena, przyglądając się perfekcyjnie wykonanym wzorkom na paznokciach przyjaciółki.
– Nie patrzcie tak na mnie! Nina tak nalegała, że po prostu musiałam jej ulec! Przecież nie kazała mi wskoczyć do ognia, prawda?
– Ale jakoś do tej pory jej nie lubiłaś… – Warknęła Svenja. Steph zaczerwieniła się, przypominając sobie, że powodem jej antypatii do blondynki były jej bliskie kontakty z Billem.
– Wy ją lubicie, więc czemu ja nie miałabym jej lubić? – Rzuciła wymijająco.
– Ona kupiła zwyczajnie twoją przyjaźń! – Sprowokowała ją Eva.
– Nie, wcale, nie! Tu chodzi o B… – Ugryzła się w język, tylko trochę za późno. Rozpaczliwie szukała sposobu na wybrnięcie z sytuacji, ale kumpele ją przejrzały…
- Billa, tak…? No proszę, więc o to chodzi! Mała Stephanie buja się w naszym Rozczochrańcu, była zazdrosna o Ninkę i bum! Okazało się, że najlepsza przyjaciółka Billa z dzieciństwa to fajna dziewczyna! – Reakcją Białej na tych kilka zdań było spalenie wielkiej cegły…
***Szpital, Magdeburg***
Bill nie odzywał się od długiego czasu. Zastanawiało go, co się teraz stanie. Gdyby Toma zabrakło w jakiś sposób… Wtedy koniec z Tokio Hotel, koniec ze sławą, może koniec z nim. Z Billem. Bo w końcu jego życie kręciło się tylko wokół muzyki, tworzenia, tras koncertowych, fanów… Myśl o utracie tego wszystkiego przerażała, ale o dziwo nie bolała. Po jego policzku spłynął mały, płynny kryształ, zaraz po nim drugi. Nie zwracał uwagi na mokre łaskotanie na twarzy, ciągle się zastanawiał, co to będzie?…
– Cicho, Bill, cicho, będzie dobrze, no już… – Mama głaskała Czarnego po głowie. Chociaż wcale nie hałasował, nawet nie chlipał, lejąc łzy, to i tak uciszała go, starając chyba bardziej uciszyć swoje sumienie. Nie dopilnowała własnego syna. Tylko cały czas liczy straty, nie zapobiega tragediom… Co z niej za matka?!
– Kiedy w końcu wyjdzie jakiś lekarz, przecież jego nie trzeba operować… prawda? – spojrzał na matkę z nadzieją.
– Myślę, że robią mu płukanie żołądka, nie wiadomo, co wciągnął. – Zauważyła trzeźwo Simone, aczkolwiek sama niekoniecznie była pewna prawdziwości swoich słów.
– Państwo Kaulitz? – Rosły, młody mężczyzna w białym fartuchu, coś koło 28 lat wyszedł z sali Toma, ściągając z dłoni gumowe rękawiczki i wyrzucając je do kosza na śmieci.
– To my. – Bill poderwał się z krzesła tak gwałtownie, że zakręciło mu się w głowie. Nie przejął się, podbiegł do lekarza i zasypał go pytaniami… A właściwie bełkotem. Pielęgniarka z najwyższym trudem usadziła go spowrotem na tyłku. Nie udało jej się jednak ani trochę go uciszyć. Cały czas mówił, mówił, mówił i mówił…
***U dziewczyn***
Biała zwijała się pod cisnącymi spojrzeniami przyjaciółek, gdy zadzwonił dzwonek od drzwi wejściowych. Eva poszła je otworzyć. Po chwili wróciła z bladą jak ściana Niną, której wzrok nie wróżył dobrych wiadomości…
– Słuchajcie, przejdę od razu do sedna… – Jej głos drżał. – Tom jest w szpitalu, nie wiadomo, co się z nim dzieje, zrobił sobie chyba jakąś krzywdę…
– No ale co my mamy wspólnego z twoim chłopakiem? – ziewnęła Svenja.
– Daj spokój, Sven, on nie jest moim… – zacisnęła powieki i odetchnęła. – Nie za bardzo wiem, co się dzieje z Tomem, ale z bełkotu Billa wywnioskowałam, gdzie się znajdują.
– Bełkotu Billa? – Dziewczyny od razu się obudziły.
– Tak. Jest w szpitalu na poczekalni, roztrzęsiony, ledwo co kontaktuje. Prosił, żebym zabrała was ze sobą do niego, bo już nie wytrzymuje i potrzebuje kogoś, kto mógłby pomóc mu teraz nie zwariować.
– A jego mama?
– Jest w takim samym stanie, co on, nawet w gorszym. Jedziecie ze mną do Magdeburga? – Odpowiedziało jej pośpieszne zasuwanie zamków kurtek i szmer zaciskanych węzłów sznurówek. Dwie minuty później mama Niny wciskała pedał gazu, starając się zmniejszyć odległość pomiędzy jej córką a przyjacielem owej córki. Kwadrans potem grupka dziewcząt wpadła do szpitalnego holu, a po chwili do odpowiedniego korytarza, gdzie już czekał na nie Czarny…
Stephanie, gdy go zobaczyła, była po prostu przerażona. Zawsze był bardzo chudy, teraz jakby tonął we własnych ubraniach i włosach. Nie miał makijażu – zniszczona, blada cera i niesamowicie smutne oczy błagały na niewidzialnych kolanach, żeby ktoś zatrzymał czas i to wszystko jakoś zrównoważył. Wyglądał jakby był manekinem. Nieruchomy, rozżalony wzrok nie przesuwał się ani o milimetr, raz, a porządnie wbity w plamkę na ścianie. Nie poruszał się, nie kiwał. Tylko powieki od czasu do czasu bardzo powoli opadały mu i unosiły się, by zwilżyć piekące go niemiłosiernie od płaczu i zmęczenia, niepomalowane i zaczerwienione oczy. Twarz, blada i obojętna, ze spierzchniętymi ustami nie odwróciła się. Widać było wyraźnie, że każda część jego ciała mówi stanowcze „DOSYĆ!”.
Dziewczyny stanęły nad nim, nie mogąc wykrztusić słowa. To było po prostu… Straszne. Upiorne. Tak, upiorne to dobre słowo na określenie widoku jaki zastały na trzecim od lewej, białym, plastikowym krześle. Za to jego matka wyglądała nieco normalniej. Łzy ciekły po jej twarzy, ale mimo smutku kontaktowała ze światem przynajmniej na tyle, że wodziła mokrym wzrokiem za lekarzami i pielęgniarkami przemykającymi jak jasne cienie w tę i spowrotem. Po kilku sekundach chaotycznego omiatania nim także twarzy nastolatek stojących nad nią, odetchnęła z ulgą, rozpoznawszy każdą z nich. Przyjaciółki Billa…
– To wy, dziewczynki! Dzięki Bogu! – Wstała szybko i pociągnęła Ninę za łokieć. Odszedłszy o kilka kroków od reszty zaczęła szeptać. – Błagam was, pomóżcie! Bill… Tom… Lekarz…
– Niech pani powie, o co dokładnie chodzi… – Pogłaskała ją po ramieniu.
– Zanim lekarz wyszedł z sali Toma, Bill trochę się jeszcze odzywał. Nawet po was zadzwonił, chociaż, jak sama słyszałaś, plątał mu się język. Gdy facet w końcu się pojawił, podbiegł do niego i zaczął go zasypywać pytaniami. Po pięciu minutach pielęgniarka go uciszyła i wtedy lekarz powiedział, co z Tomem. Nie słyszałam, bo rzekł to cicho, a stał daleko ode mnie. Gdy odszedł, Bill sterczał chwilę w jednym miejscu jakby go ktoś palnął pałką w potylicę. Potem odwrócił się jak robot, powolutku usiadł obok mnie i jakby zamarzł. Nie zmienił od tamtej pory pozycji aż do teraz. Nie reaguje na nic, ani na moje prośby, by powiedział co się dzieje, ani na pielęgniarkę… Błagam, potrzebuję waszej pomocy! Tylko wy możecie go obudzić z tego transu!
– Spokojnie, pomożemy, oczywiście… – Stephanie odprowadziła ją spowrotem na krzesło obok zastygłego Rozczochrańca, po czym skinęła na dziewczyny i wyjaśniła im, co się dzieje. Pogłówkowały chwilę i postanowiły, że najlepiej będzie delikatnie podejść do Czarnego.
Stephanie i Nina były dla niego – bez dwóch zdań – najbliższe z całej paczki. Usiadły z obu stron Upiorka i zamknęły go w ciepłym kręgu, przytulając się do niego. Nie zareagował nawet drgnięciem. Po długiej chwili wtuliły się w niego bardzo mocno i już, zrezygnowane, chciały puścić, gdy zaczęły się pojawiać efekty tej krótkiej terapii. W pewnym momencie jego pierś uniosła się, rozepchana od środka głębokim wdechem i wróciła na swoje wcześniejsze miejsce na drodze bolesnego westchnięcia. Jego twarz zmieniła trochę mimikę, skrzywił lekko usta, zgarbił plecy, potarł ją dłońmi i, wznosząc oczy wysoko, jakby do nieba, oparł się o ścianę. Spojrzał na każdą po kolei. Na Evę, Doris, Elenę… Na Ninę… Na Stephanie…
Nie mógł uwierzyć… Widok Steph z zatroskaniem przytulającej się do niego, zapach kokosów unoszący się z jej włosów… To wszystko tak blisko… Kiedyś tak samo blisko był obok niego Tom, po rozwodzie rodziców… A właśnie, Tom… Przecież to dlatego tu jest… Wyciągnął ręce i objął talię Białej. Położył głowę na jej ramieniu i chłonął tyle ciepła, ile tylko mógł… Od dawna nie zdarzyło się, by mógł brać je tak naprawdę, tak całymi garściami… Sprawiło to, że lód roztopił się i spłynął jak wiosenny śnieg pod postacią łez.

– Bill… Co się stało? Co z Tomem? – Zapytała łagodnie Steph, głaszcząc go po głowie.
– On… On się już nie obudzi… – Załkał.
– Co? – Dziewczyny jak jeden mąż spojrzały na Simone. Pociemniało jej przed oczami…
– No… no nie obudzi się…
– Ale… ale jak to… Bill, jak…? – Nina nie składała myśli w głowie, a tym bardziej słów w zdaniach.
– Chcesz powiedzieć że on… odszedł? – Elena wypowiedziała to słowo tak cicho, że tylko Czarny je usłyszał. Ku jej przerażeniu kiwnął głową…
– Tak jakby… – Popatrzył na nią.
– Tak jakby co? – Simone poderwała się z krzesła i zaczęła chodzić w kółko, w boki, wpadać na ściany, łapać się za włosy…
– Tak jakby odszedł… – Szepnęła Elena. Kolejnych kilka sekund było wypełnione ciężkim płaczem. Płaczem zawiedzionej na samej sobie matki, która nie dopilnowała własnego ukochanego dziecka. Rozrywający jej serce żal odczuwało się nawet w rozdwojonych końcówkach włosów.
– Mamo… Tom nie umarł… – Spojrzał na nią. Praktycznie słyszała już, jak dokańcza zdanie, wypowiadając dziecinne „…prawda?”. Jednak nie usłyszała tego. Dobrą chwilę zajęło jej przetrawienie tego faktu. Wbiła w niego wzrok.
– Bill, NATYCHMIAST powiedz mi DOKŁADNIE co się dzieje z TWOIM BRATEM? – Krzyknęła naciskając na niektóre słowa.
– Jest… jest w głębokiej śpiączce – zawył – stracił mnóstwo krwi i potrzebuje szybkiego uzupełnienia choćby większej części z niej… Możliwe jest jednak, że i tak go to nie uratuje. Zatruł sobie strasznie organizm alkoholem i narkotykami…
– Krew można przecież pobrać od ciebie… – Powiedziała Doris.
– Skąd ta pewność? – Spytała Eva.
– Gdy rodzą się bliźniaki, zawsze mają tę samą grupę krwi.
– A jeżeli to i tak nic nie da?
– Nie można być pesymistą. – Steph przytuliła płaczącego mocniej. Zorientowała się, że na jego twarzy wykwitł maleńki uśmiech. Uśmiech w cierpieniu. Tak delikatny, że ujrzała go tylko ona… Jakby był specjalnie dla niej… Jak mały prezent, który daje więcej radości, niż cały świat rzucony do stóp…
_______________________________________________________________
                                                                                                                                         ~~Martek~~

1 komentarz:

  1. O jejku..noo.. przestań pisać tak smutne rozdziały , bo się rozklejam ! ;-;
    Lecę dalej ;*

    OdpowiedzUsuń