Polanę, na której siedzieli bliźniacy, przecinał mały strumyk zimnej, prawie krystalicznej wody. Nad nim, w otoczeniu słodkawego zapachu rozgrzanej ziemi i trawy pokrytej już wieczorną rosą toczyła się ciekawa rozmowa:
- Chyba za ostro zareagowałem, gdy mnie niechcący potrąciłeś. To przeze mnie ojciec tak strasznie się wściekł.
- To nie twoja wina. On jest wiecznie wściekły. Ja sprowokowałem go tym wrednym tekstem o naszej dorosłości.
- Wobec tego to niczyja wina. Ech, pamiętasz, jak przychodziliśmy tu jako małe dzieci?
- Tak… – uśmiechnął się Tom – Znaleźliśmy to miejsce razem, gdy bawiliśmy się w berka. Mama była zła, że poszliśmy do lasu, ale i tak jej nie powiedziałem, że byliśmy właśnie tutaj… Bill… musimy porozmawiać… ostatnio oddaliliśmy się od siebie… co się stało? Nigdy nie byłeś taki zdenerwowany, jak teraz… Bill? Co ci jest?
W oczach Czarnego zalśniły delikatne łzy. Ciepłe i skrzące się w promieniach zachodzącego słońca zmieszały się z kredką do oczu i spłynęły z niemym krzykiem po gładkich policzkach, torując sobie drogę ze wszystkich sił, zmagając się z wiatrem tylko po to, by zginąć w objęciach jedwabistych warg. Obwiniał się za to wszystko… Obwiniał się za to, że nie umie się odnaleźć w szkole… Obwiniał się za to, że rodziciel się na niego wściekł… I za to, że sobie nie może poradzić… I nagle… Poczuł chudziutką rękę, która objęła go ciasno w ramionach i szczupłą dłoń, która zaczęła gładzić go po zniszczonych farbą i stylizacją włosach. Położył głowę na ramieniu brata i myślał „tylko nie płacz, tylko nie płacz…” Ale nie udało mu się… jego ciałem wstrząsnął nagły spazm, a z ust wyrwał się zbolały jęk… Więcej nie trzeba było Tomowi, aby zrozumiał, że jego bratu jest źle…
Dread zerwał się na równe nogi po czym szybko znów kucnął obok Billa. Ukląkł przodem do niego i z całej siły przycisnął do siebie ciało bliźniaka. Czarny, zaskoczony, gwałtownie wciągnął powietrze przez nos, przez co poczuł zapach zmysłowych perfum swojego brata. Od razu go rozpoznał – sam w końcu wybrał flakonik po długim spacerze między półkami w perfumerii i duszeniu się w ciężkiej, niewidzialnej mgle stworzonej z nut kwiatowych lub korzennych, lżejszych i mocniejszych… Ten zapach… ten jeden, jedyny…
Tom tez rozpoznał woń otaczającą Billa. Delikatną, ledwo wyczuwalną… Chciał wdychać ją już zawsze… Chciał pozostać tak zaklęty na wieki, z twarzą wtuloną we włosy bliźniaka, z koszulką mokrą od jego łez i uszami pełnymi odgłosów płaczu. Okazało się, że to nie takie trudne… Usłyszał bowiem nagle znajomy dźwięk, jakby lekkie cyknięcie… Taki dźwięk wydawał aparat fotograficzny, gdy robiło się zdjęcie i uwieczniało ludzi w pozycji, jaką do owego zdjęcia przybrali… Obrócił się gwałtownie w kierunku, z którego dobiegł, jednak nie zauważył nikogo ani niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Ciemności zapadły już jakąś godzinę temu, a on nawet tego nie spostrzegł.
- Bill… braciszku… musimy iść… – uniósł za brodę spłakaną twarz Czarnego. Zobaczył szarawo czarne smugi łez i nieszczęśliwe iskry w oczach… Poczuł wtedy dziwne ukłucie w żołądku… Gdy tak utonął w tych zapłakanych źrenicach, gdy dostrzegał w nich roziskrzone odbicie każdej z zawieszonych na niebie nad nimi gwiazd… Przeniósł wzrok niżej… Nigdy jeszcze nie widział twarzy brata z bliska, a już na pewno nie oglądał dokładnie każdego załamania w skórze ust z odległości dwóch centymetrów… Przełknął nerwowo ślinę, czuł falowanie gorącego oddechu na swojej szyi…
- Dobrze, chodźmy. Mama się już pewnie denerwuje… – w głosie przed chwilą jeszcze gorzko płaczącego chłopaka nie było ani odrobiny zdecydowania.
- Otrzyj te smugi, bo będzie się martwiła jeszcze bardziej, jak cię zobaczy w takim stanie. – Tom próbował pokryć dziwne uczucia żartem… Czarny spuścił wzrok i wlepił oczy w bransoletkę na swoim nadgarstku.
- No, otrzyj oczka, aniołku… Pójdziemy do domu, zrobimy sobie herbaty i przesiedzimy całą noc u mnie albo u ciebie w pokoju, tak, jak dawniej… – powiedział dread pieszczotliwym tonem i odsunął kilka niesfornych czarnych kosmyków, odsłaniając bladą, zmęczoną twarz młodszego bliźniaka. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, jak nazwał brata… Aniołku… Ale podziałało to kojąco na zszargane nerwy Billa, który uśmiechnął się łagodnie i odparł po prostu:
- Tak, dokładnie tak, jak kiedyś…
- Właśnie…
- Tom?
- Słucham?
- Mam dwa pytania…
- Wal, śmiało!
- Dalej używasz tych perfum, które kupiłem ci na nasze ostatnie urodziny?
- A co, poczułeś? Ha, ha! No jasne! W końcu dostałem je od ciebie!
- I to jest powód?…
- Nie… po prostu mi się podobają… Ha, ha! A drugie pytanie?…
- Dlaczego nazwałeś mnie aniołkiem?
- Chyba za ostro zareagowałem, gdy mnie niechcący potrąciłeś. To przeze mnie ojciec tak strasznie się wściekł.
- To nie twoja wina. On jest wiecznie wściekły. Ja sprowokowałem go tym wrednym tekstem o naszej dorosłości.
- Wobec tego to niczyja wina. Ech, pamiętasz, jak przychodziliśmy tu jako małe dzieci?
- Tak… – uśmiechnął się Tom – Znaleźliśmy to miejsce razem, gdy bawiliśmy się w berka. Mama była zła, że poszliśmy do lasu, ale i tak jej nie powiedziałem, że byliśmy właśnie tutaj… Bill… musimy porozmawiać… ostatnio oddaliliśmy się od siebie… co się stało? Nigdy nie byłeś taki zdenerwowany, jak teraz… Bill? Co ci jest?
W oczach Czarnego zalśniły delikatne łzy. Ciepłe i skrzące się w promieniach zachodzącego słońca zmieszały się z kredką do oczu i spłynęły z niemym krzykiem po gładkich policzkach, torując sobie drogę ze wszystkich sił, zmagając się z wiatrem tylko po to, by zginąć w objęciach jedwabistych warg. Obwiniał się za to wszystko… Obwiniał się za to, że nie umie się odnaleźć w szkole… Obwiniał się za to, że rodziciel się na niego wściekł… I za to, że sobie nie może poradzić… I nagle… Poczuł chudziutką rękę, która objęła go ciasno w ramionach i szczupłą dłoń, która zaczęła gładzić go po zniszczonych farbą i stylizacją włosach. Położył głowę na ramieniu brata i myślał „tylko nie płacz, tylko nie płacz…” Ale nie udało mu się… jego ciałem wstrząsnął nagły spazm, a z ust wyrwał się zbolały jęk… Więcej nie trzeba było Tomowi, aby zrozumiał, że jego bratu jest źle…
Dread zerwał się na równe nogi po czym szybko znów kucnął obok Billa. Ukląkł przodem do niego i z całej siły przycisnął do siebie ciało bliźniaka. Czarny, zaskoczony, gwałtownie wciągnął powietrze przez nos, przez co poczuł zapach zmysłowych perfum swojego brata. Od razu go rozpoznał – sam w końcu wybrał flakonik po długim spacerze między półkami w perfumerii i duszeniu się w ciężkiej, niewidzialnej mgle stworzonej z nut kwiatowych lub korzennych, lżejszych i mocniejszych… Ten zapach… ten jeden, jedyny…
Tom tez rozpoznał woń otaczającą Billa. Delikatną, ledwo wyczuwalną… Chciał wdychać ją już zawsze… Chciał pozostać tak zaklęty na wieki, z twarzą wtuloną we włosy bliźniaka, z koszulką mokrą od jego łez i uszami pełnymi odgłosów płaczu. Okazało się, że to nie takie trudne… Usłyszał bowiem nagle znajomy dźwięk, jakby lekkie cyknięcie… Taki dźwięk wydawał aparat fotograficzny, gdy robiło się zdjęcie i uwieczniało ludzi w pozycji, jaką do owego zdjęcia przybrali… Obrócił się gwałtownie w kierunku, z którego dobiegł, jednak nie zauważył nikogo ani niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Ciemności zapadły już jakąś godzinę temu, a on nawet tego nie spostrzegł.
- Bill… braciszku… musimy iść… – uniósł za brodę spłakaną twarz Czarnego. Zobaczył szarawo czarne smugi łez i nieszczęśliwe iskry w oczach… Poczuł wtedy dziwne ukłucie w żołądku… Gdy tak utonął w tych zapłakanych źrenicach, gdy dostrzegał w nich roziskrzone odbicie każdej z zawieszonych na niebie nad nimi gwiazd… Przeniósł wzrok niżej… Nigdy jeszcze nie widział twarzy brata z bliska, a już na pewno nie oglądał dokładnie każdego załamania w skórze ust z odległości dwóch centymetrów… Przełknął nerwowo ślinę, czuł falowanie gorącego oddechu na swojej szyi…
- Dobrze, chodźmy. Mama się już pewnie denerwuje… – w głosie przed chwilą jeszcze gorzko płaczącego chłopaka nie było ani odrobiny zdecydowania.
- Otrzyj te smugi, bo będzie się martwiła jeszcze bardziej, jak cię zobaczy w takim stanie. – Tom próbował pokryć dziwne uczucia żartem… Czarny spuścił wzrok i wlepił oczy w bransoletkę na swoim nadgarstku.
- No, otrzyj oczka, aniołku… Pójdziemy do domu, zrobimy sobie herbaty i przesiedzimy całą noc u mnie albo u ciebie w pokoju, tak, jak dawniej… – powiedział dread pieszczotliwym tonem i odsunął kilka niesfornych czarnych kosmyków, odsłaniając bladą, zmęczoną twarz młodszego bliźniaka. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, jak nazwał brata… Aniołku… Ale podziałało to kojąco na zszargane nerwy Billa, który uśmiechnął się łagodnie i odparł po prostu:
- Tak, dokładnie tak, jak kiedyś…
- Właśnie…
- Tom?
- Słucham?
- Mam dwa pytania…
- Wal, śmiało!
- Dalej używasz tych perfum, które kupiłem ci na nasze ostatnie urodziny?
- A co, poczułeś? Ha, ha! No jasne! W końcu dostałem je od ciebie!
- I to jest powód?…
- Nie… po prostu mi się podobają… Ha, ha! A drugie pytanie?…
- Dlaczego nazwałeś mnie aniołkiem?
***
Przesiedzieli w pokoju Toma prawie cały czas do wybicia północy. Pili Colę i herbatę i objadali się słodyczami. Praktycznie bez przerwy chichotali. Około dwudziestej czwartej Farbi położył się, zupełnie wyczerpany, ale uśmiechnięty, do łóżka…
Przesiedzieli w pokoju Toma prawie cały czas do wybicia północy. Pili Colę i herbatę i objadali się słodyczami. Praktycznie bez przerwy chichotali. Około dwudziestej czwartej Farbi położył się, zupełnie wyczerpany, ale uśmiechnięty, do łóżka…
Bill szedł między drzewami sadu wiśniowego, blisko Toma. Był bardzo szczęśliwy. Słońce grzało mu ramiona i zalewało opiekuńczym blaskiem wszystko dookoła. Delikatny wietrzyk łaskotał mu skórę na nogach, przedzierając się przez wystrzępione dziury na materiale. W pewnym momencie Tom zatrzymał się i powiedział:
– Ale to nie tak…! – i nagle mgła uniosła się wokół jego postaci, aż całkiem go otuliła. Bill krzyknął jego imię, ale nie mógł go dosięgnąć. Ani ręką, ani głosem. Usłyszał krzyk brata, głośny i przeraźliwy, pełen przerażenia i bólu. Spróbował pobiec w jego stronę, ale nagle czyjeś ramiona przytrzymały go w miejscu…
– Ale to nie tak…! – i nagle mgła uniosła się wokół jego postaci, aż całkiem go otuliła. Bill krzyknął jego imię, ale nie mógł go dosięgnąć. Ani ręką, ani głosem. Usłyszał krzyk brata, głośny i przeraźliwy, pełen przerażenia i bólu. Spróbował pobiec w jego stronę, ale nagle czyjeś ramiona przytrzymały go w miejscu…
Z koszmaru wyrwał Czarnego miękki dźwięk płynący z komórki, który oznajmił mu, iż należy jak najszybciej odrzucić kołdrę, wrzucić kilka książek i zeszytów ze starannie odrobionym zadaniem domowym do plecaka nabitego ćwiekami i łańcuchami, wbiec do łazienki przed Tomem, wziąć prysznic, umalować oczy, ubrać się pośpiesznie, myląc rękaw z otworem na głowę i lewą nogawkę rozdartych jeansów z prawą i zbiec do kuchni na śniadanie. Gdy wykonał wszystkie te czynności i usiadł przy stole w kuchni, przed talerzem kanapek z mięsem i serem, zaniepokoiła go cisza przy stole. Tom siedział obok niego z opuszczoną głową a rodzice świdrowali ich obu wzrokiem.
– Yyy… Cześć… – mruknął, w sumie nawet samemu nie wiedząc, do kogo.
– Widziałeś dzisiejszą gazetę? – spytał Tom.
– Nie. Znowu nas obsmarowali? Dawaj, pośmieję się! Skądinąd ciekawe, jaki znowu wynaleźli rzekomy dowód na to, że jestem gejem…?
– Całkiem przekonujący… – warknął ojczym, wyciągając do niego rękę z gazetą.
Bill z wielkim znakiem zapytania w oczach wziął od niego pismo.
- Co do… – Zaczął, ale nie był w stanie skończyć…
– Yyy… Cześć… – mruknął, w sumie nawet samemu nie wiedząc, do kogo.
– Widziałeś dzisiejszą gazetę? – spytał Tom.
– Nie. Znowu nas obsmarowali? Dawaj, pośmieję się! Skądinąd ciekawe, jaki znowu wynaleźli rzekomy dowód na to, że jestem gejem…?
– Całkiem przekonujący… – warknął ojczym, wyciągając do niego rękę z gazetą.
Bill z wielkim znakiem zapytania w oczach wziął od niego pismo.
- Co do… – Zaczął, ale nie był w stanie skończyć…

Ojojoj ..
OdpowiedzUsuńŚliczny rozdział .. Taki wzruszający ..
na fb ci już to mówiłam ale powiem jeszcze raz - ślicznie piszesz *..*