niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział 16

- Bill… Obudź się… – Delikatne słowa mamy i dotyk jej ciepłej dłoni na ramieniu sprawiły, że Czarny, choć z trudem, otworzył zapuchnięte oczy. Jęknął i przewrócił się na plecy. Potarł powieki i spojrzał nieprzytomnie na kobietę siedzącą obok niego. Trzymała w dłoni kubek i talerz.
– Przepraszam, że cię budzę, ale powinieneś już wstać…
– Która godzina? – Zachrypiał.
– Dziewiąta…
– Nie tak późno… – Skrzywił się.
– Dziewiąta, ale dzień później… – uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie.
– Nie rozumiem… – Uniósł brew.
– Przespałeś nie tylko noc, jak ci się zapewne zdaje, ale także cały następny dzień…
– Ojej… – Tylko tyle potrafił teraz z siebie wycisnąć. Co prawda niezbyt dobrze pamiętał, czemu ma ślady łez na policzkach, wszystko go boli, a mama ma taki zmartwiony wyraz twarzy, ale jego umysł praktycznie teraz nie pracował. Po kilku desperackich próbach podciągnął się do pozycji siedzącej i potrząsnął głową, próbując w ten sposób zrzucić z siebie resztki snu. Musiał jednak pogodzić się z tym, że nadal będzie jak z krzyża zdjęty, ponieważ były one bardzo uparte i nie dawały za wygraną, a zresztą Bill i tak nie miał ochoty się z nimi siłować. Matka wcisnęła mu do rąk gorący kubek z herbatą. Bezmyślnie podniósł go do ust i pociągnął spory łyk. Poparzone wrzątkiem wargi i gardło sprawiły, że zakrztusił się trochę, ale dzielnie przełknął płyn, który spływał do żołądka, przyjemnie ogrzewając, nie wiedzieć, czemu, zziębnięte ciało.
– Jesteś strasznie roztargniony, wiesz, kochanie? -Uśmiechnęła się rodzicielka. Odwzajemnił gest, bowiem zdawał sobie doskonale sprawę z własnego roztrzepania, które nie raz, nie dwa stanowiły sporą przeszkodę w jego życiu. Mama wyciągnęła spod jego czterech liter wielką poduszkę, ułożyła ją tak, że mógł się wygodnie oprzeć i sama wyciągnęła się obok niego. Położyła mu na kolanach talerz z kanapkami.
– Nie jestem głodny, mamusiu… – Spojrzał na nią szeroko już otwartymi, ale strasznie nieszczęśliwymi oczami. W odpowiedzi dostał wielkiego buziaka w policzek.
– Nie jadłeś nic od ponad trzydziestu godzin! Poczujesz głód, jak tylko zjesz kilka pierwszych kęsów, zobaczysz. – Przekonany, że mama ma zawsze rację, posłusznie wziął do ręki pierwszą kromkę z żółtym serem. Zanim się obejrzał, z talerza zniknęły wszystkie, a jemu wciąż było mało.
– Najedzony? – Zapytała kobieta.
– Jakby to powiedzieć… – Uśmiechnął się do niej szelmowsko.
– No to idę dorobić. – Zaśmiała się. Gdy wyszła z pokoju chłopak starannie ułożył rozkopaną kołdrę i przykrył ją miękkim kocem. Wytrzepał poduszkę i oparł ją porządnie o ścianę. Gdy skończył mama wróciła z półmiskiem zawalonym rozmaitymi kromkami i dodatkowym kubkiem, tylko, że z kawą.
– Zjem z tobą. – Wyszczerzyła się. Usiedli razem na łóżku, włączyli telewizor, jedli i rozmawiali.
W pewnym momencie, skacząc po kanałach, natrafili na powtórkę koncertu Tokio Hotel.
– Remember, to me you’ll be forever sacred! – Na dźwięki tej piosenki chłopak stanął na łóżku, zaczął podskakiwać i wydzierać się wniebogłosy, parodiując samego siebie…
– Forever sacreeeeeeeeeeed! Forever youuuuuuuuuuuuu! – Jego zmęczony głos niósł się po całym pokoju. Simone śmiała się tak głośno, że aż sama lekko ochrypła. Stanęła obok niego. Następna piosenka nosiła tytuł „Wo sind eure hände”. Śpiewali ją razem, obejmując się jedną ręką i skacząc po całym łóżku. Wygłupiali się, czochrali sobie nawzajem włosy…
– Eure hände! Wo sind eure hände! – Krzyczeli. Gdy piosenka się skończyła, padli wycieńczeni i dyszący na poduszkę. Spojrzeli po sobie i zachichotali. Bill patrzył na rodzicielkę z promiennym uśmiechem. Nagle zapomniał, że jest smutny, że płakał pół nocy… Czy on w ogóle płakał? Tak, ale czy to ważne? Ma koło siebie najcudowniejszą przyjaciółkę na ziemi. Przytulił mamę najcieplej, jak potrafił. Roześmiali się na dobre…
W pewnym momencie z włączonego wciąż telewizora popłynęły dźwięki „In die nacht”… Bill wciąż się śmiał, przyklejony do matki, ale zaczęło to wyglądać jak paskudny grymas umierającego męczennika. Srebrzysty chichot zmienił się w ochrypły, histeryczny warkot…
- Napisałem tę piosenkę dla Toma… – Zarechotał. „Jaki ja jestem głupi! Myślałem, że on mnie kocha!” pomyślał. Zadygotał, wzburzony tą myślą. Beztroski nastrój prysł jak bańki mydlane, które puszczał z bratem na łące… Łąka! To tam, jeszcze miesiąc temu, przytulił go Dreadziarz, narażając tym swoje dobre imię. Jego ciałem wstrząsnęły spazmy. Przypomniało mu się, jak został przez niego obroniony, gdy rodzice wściekli się o ten artykuł w gazecie… Był wtedy przy nim sercem i duszą… Wtedy jeszcze był… Powłokę wariackiego śmiechu przebiły już delikatne, ale silne łzy… Ich gorąco i gorzki żal zaklęty w tych płynnych kryształkach roztopiłby każde serce. Ze wszystkich sił wcisnął twarz we włosy mamy. Czoło naznaczyły bruzdy wściekłości i smutku. Wykrzywił się jak maleńkie, bezzębne niemowlę, wołające o mleko. Wtulił się w kobiece ciało. Poczuł delikatną dłoń głaszczącą go po głowie… Do jego uszu dotarło cichutkie zdanie, które słyszał chyba z milion razy jako maleńki chłopczyk, gdy budził się w środku nocy i płakał, przerażony koszmarem, jako większy brzdąc, gdy kaleczył sobie łokcie i kolana, jako chłopak, gdy szedł po raz pierwszy do szkoły, jako prawie nastolatek, gdy brał udział w wielkim talent-show i teraz, jako młody mężczyzna…
– Ćśśś… Wszystko będzie dobrze… Bądź silny, nawet, gdy jesteś ranny… – Przylgnęli do siebie. Tak bardzo potrzebowali się nawzajem, zwłaszcza teraz, w tej chwili. W chwili krzyczącej łzami ciszy, w chwili uśmiechającego się sadystycznie bezczelnego zwątpienia. Bill poczuł się dokładnie tak samo, jak przedwczoraj, późnym wieczorem, gdy wyrzucił brata z pokoju. Zawył. Z bólu, z rozpaczy. Zawył jak maleńki, wyrzucony z samochodu piesek, dodatkowo kopnięty na pożegnanie. Wychwycił nagle wśród symfonii własnych krzyków ciche, ale zdecydowane bicie ciepłego, matczynego serca. Momentalnie ucichł, nie chcąc zakłócać tego delikatnego dudnienia. Przyłożył głowę do piersi kobiety i słuchał. Łzy leciały mu tak obficie, że praktycznie nic nie widział. Przymknął więc oczy. Simone pomyślała, że już śpi i spróbowała wysunąć się lekko z jego objęć, by sięgnąć po koc. Zapiszczał jak kociątko, automatycznie zacieśniając splot chudych ramion na jej talii. Leżeli na środku dużego łóżka, więc chwyciła za pled, którym przykryta była kołdra. Pociągnęła go w swoją stronę i przykryła plecy syna. Zamruczał delikatnie. Przytuliła go i nucąc jego ulubioną kołysankę poczekała, aż zaśnie… Kiedy po dwóch godzinach jego oddech się wyrównał, łzy już nie płynęły a spazmy nie wstrząsały nim, najdelikatniej, jak mogła, wysunęła się z jego objęć i wyszła.
***
Gdy Simone weszła do jego pokoju, Tom siedział pod ścianą i przyciskał coś do piersi. Szeptał, kiwając się do przodu i do tyłu. Kiedy usłyszał uderzenie drzwi o framugę, sygnalizujące, że ktoś wszedł, odwrócił się błyskawicznie i z szałem w oczach wbił oczy w tę osobę.
- Tom…
– Odejdź… – Zatrząsł się, cichutko wypowiadając te słowa. Jego tęczówek praktycznie nie było widać spoza źrenic. „Narkotyki… Czyli on też tak cierpi?” – wpadło jej do głowy.
– Przestań… – Ruszyła do niego powoli, ale zdecydowanie. Gwałtownie się podniósł, omiatając spojrzeniem wszystkie ściany, jakby w każdym kącie gnieździła się straszliwa kara za to, co zrobił bratu. Wciąż cisnął dłonie do klatki piersiowej. Bał się… Szczerze lub z powodu narkotyków, niewątpliwie bał się… Podeszła tak blisko, że prawie się dotykali. Ugiął kolana, spłoszony i gotowy w każdej chwili rzucić się do desperackiej ucieczki. Położyła dłoń na jego ramieniu. Pisnął. Dokładnie tak samo, jak dwie godziny temu Bill, a jednak trochę inaczej to zabrzmiało. Czarny chciał przecież zatrzymać mamę jak najbliżej… Tom chciał od niej uciec. Byle dalej… Byle szybciej…
– Cicho, kochanie, cicho… – Szepnęła. Przesunęła opuszkami palców po jego ramieniu i szyi. Wciągnął ze świstem powietrze. Skulił się.
– Brałeś narkotyki? – Zapytała łagodnie.
– Nie! Nic nie zrobiłem! – Wrzasnął.
– Ćśśś… Spokojnie… Widzę, że masz rozszerzone źrenice.
– Pachniesz… Pachniesz… Jak on… Tak, to jego perfumy… Przyszłaś od niego? – Bełkotał.
– Od kogo? – Uniosła brew.
– Nie udawaj, że nie wiesz! – Krzyknął. Dalej ciągnął szeptem. – Przyszłaś od niego, na pewno. Pachniesz jak on. Na pewno przyszłaś od niego… On mnie nienawidzi… Sam to powiedział. Powiedział „Nienawidzę cię!”. Tak, on mnie nienawidzi… – Mruczał. „Bez sensu” – pomyślała Simone. Ale nie dała nic po sobie poznać, nie wiadomo było, co jej syn zrobi, odurzony narkotykami. Zachowywał się jak wariat… Osunął się po ścianie. „Nienawidzi, nienawidzi, nienawidzi…”, powtarzał, kiwając się w rytm tej niezidentyfikowanej do końca, ale niewątpliwie wyjątkowo bolesnej melodii. Cały ten czas nie opuszczał skrzyżowanych na sercu dłoni. Simone postanowiła od niego odejść i pogadać z nim, gdy będzie choć odrobinę bardziej trzeźwy na umyśle.
– Zawsze możesz na mnie liczyć, pamiętaj, synku.
– Odejdź. – Odparł chłodno. Po jego policzku spłynęła łza. – No w y j d ź ! – Wrzasnął. Odpowiedziały mu szybkie kroki i trzask zamykanych drzwi.
Uśmiechnął się. Oderwał ręce od koszulki. Warknął. Podłużne rany biegnące wzdłuż żył przykleiły się do materiału. Oddalając od niego nadgarstki zerwał świeże, cieniutkie strupki, co spowodowało ogromny ból.
– Bill wściekłby się na mnie, gdyby to zobaczył… – Szepnął. Jego mózg był tak odurzony kokainą, że nie wiedział do końca ani co robi, ani co się działo pięć sekund temu. Przyglądał się spływającym powoli, ciepłym, bordowym strużkom. Zastanawiał się, co oznaczają kształty, które przybierają ich drogi. Wstał powoli, rozglądając się na wszystkie strony. Sięgnął za łóżko i wyciągnął pełną butelkę mocnej wódki. Pociągnął łyk i uśmiechnął się. Płyn palił mu gardło. Popatrzył znów na ręce. Krew wciąż ciekła, cały czas, od ładnych kilku godzin. Było mu słabo, przez ten czas upłynęło jej naprawdę bardzo dużo.
– Trzeba by odkazić… – Szepnął. Bez zastanowienia wylał trochę alkoholu na wielkie, otwarte rany. Syknął, podkreślając dźwięk skrzywieniem twarzy. Chcąc sobie ulżyć wypił jeszcze pół butelki. Niemal nieprzytomny wytoczył się z pokoju. Wpadł na ścianę, przewrócił lampę. Potknął się i z wielkim „Łubudu!” wpadł do sypialni brata. Leżał chwilę na podłodze, zastanawiając się, czy coś go boli, czy jednak nie. Doszedłszy do wniosku, że „gówno go to obchodzi”, podniósł się i poczłapał w stronę łóżka, na którym leżał Bill… Nie zważając na coraz silniejsze zawroty głowy i na to, że ma całe ręce we krwi i kurzu, pogłaskał go po śpiącej, czarnej głowie i po twarzy, na wszystkim pozostawiając bordowe smugi. Położył się, a właściwie przewrócił się na posłanie i przytulił mocno do siebie chude ciało. Głaskał go dalej…

Czarnego obudził dotyk wtulającego się weń człowieka. Nie była to mama, ten ktoś miał wyjątkowo zimne kończyny. Po chwili poczuł, jak czyjaś ręka jeździ mu po ramieniu. To było bardzo dziwne, trochę się nawet bał, nie dał po sobie poznać, że jest już rozbudzony. W pewnym momencie został przez tę osobę objęty. Jej ręka była porozcinana a ze świeżych ran płynęła krew. Przerażony odwrócił się gwałtownie, prawie spadając z łóżka.
– Tom…! – Chciał krzyknąć, ale strach zatkał mu gardło. Nigdy w życiu go takim nie widział! Wyglądał jak regularny psychopata… W twarzy bladej jak kreda czerniły się dwie plamy naćpanych i pijanych oczu. Uśmiechał się płaczliwie i nieszczęśliwie, a jednocześnie przerażająco… Pogładził jego policzek chcąc się upewnić, że to nie jest woskowa figura. Skóra chłopaka była lodowata.
– Tom, czemu to zrobiłeś? To tylko zeszyty… I głupi kumple…
– Nienawidzisz mnie, zniszczyłem wszystko, co miedzy nami było. – Mówił z wysiłkiem.
– Ty to powiedziałeś…
– Ty też… Ale wiesz co? Kocham cię… – Przytulił go. Odepchnięty tylko uśmiechnął się przerażająco, wywrócił oczy i… Zemdlał…
– Tom… Tom… TOM! – Nic nie pomagało klepanie go po twarzy czy wstrząsanie jego ciałem. Strach o brata w jednej chwili wziął górę nad dąsaniem się zdradę. Nieważny był ból i wylane łzy. W głowi dudniły tylko dwa słowa, „Kocham cię…”. Wystarczyło, by zapomnieć o wszelkich krzywdach. Przestraszony Czarny wstał, zbiegł szybko do kuchni, oderwał mamę od zmywania naczyń i wrzasnął:
– Biegnij na górę! Pomóż mu! Ja dzwonię po karetkę!
– Bill, co się…
– Biegnij! No już!…

1 komentarz:

  1. O boże ! Ty mnie do płaczu doprowadziłaś ! Oby Toma uratowali.. ehh.. psychopata... :C

    OdpowiedzUsuń