Zanim Bill wrócił z imprezy, jego brat zdążył pochłonąć treść całego zeszytu zawierającego opis przeżyć Czarnego. Czytał z otwartymi ustami, niczym powieść przygodową… Gdy jego oczy „zjadły” ostatnią notatkę, zebrało mu się na podsumowania…
- Czyli mój braciszek mnie nienawidzi, uważa, że mama przestała nas traktować jak synów i jest zakochany w tej białowłosej lasce, która stała za drzwiami, gdy otworzyłem… Matko, ale z niego baba! Zestresował się trochę, gdy za pierwszym razem jej dotknął, a potem sra w gacie, że niby jakieś paranormalne zjawiska go dotykają… no comment… Ciekawy jestem, czy to jego pierwszy pamiętnik… Coś o tym było na początku, tylko się nie wczytałem za bardzo… – Przewrócił kilkanaście stron, bacznie lustrując ich zawartość. Znalazł na stronie tytułowej tylko napis „Pamiętnik, cz.14″. Czyli takich ciekawych książeczek jest jeszcze trzynaście… Trzebaby je znaleźć… Tylko jak, pomyślał, jak mam do jasnej cholery się domyślić, gdzie one są? To wie chyba tylko mój brat… Chociaż w sumie… Pomyśl, Tom! Gdzie schowałbyś takie zeszyty, będąc na miejscu swojego brata? Zamyślony wypełzał spod łóżka i udał się do swojego pokoju, uprzednio chowając starannie pamiętnik w to samo miejsce, w którym je znalazł.
***
Mieszając w garnku zupę Simone robiła sobie matczyny rachunek sumienia.
- Co ja mogłam zrobić źle? Dlaczego nagle Tom, który był oczkiem w głowie swojego ojca, zaczął się z nim nienawidzić? To chyba nie moja wina? Może chłopcom po prostu woda sodowa uderzyła do głowy? Nie, nie im… Przecież ja najlepiej znam swoich… – Nagle mama bliźniaków przestała mieszać w garnku a drewniana łyżka wypadła jej z dłoni. Usta rozchyliły się. Uświadomiła sobie. Spadło to na nią jak grom. Opuszki palców najpierw jednej, potem i drugiej dłoni dotknęły jej ust, następnie zakryły całkiem usta i nos, rozmazując niedawno nałożoną ładnie delikatną perłową pomadkę. Dotarło to do niej tak nagle, choć tak strasznie późno, wyciskając z oczu małe łzy. Ona przecież wcale nie zna swoich synów. Zna zwykłych czternastolatków marzących o wielkim świecie kariery. Zna swoje malutkie, kochane dzieciaczki. Ale przestała mieć nad nimi kontrolę kilka lat temu, gdy wydali pierwszą płytę, jeszcze jako Devillish. Zaczęli udzielać krótkich wywiadów i dawać małe koncerty. A potem stali się Tokio Hotel. Nagrali pierwszy teledysk. Wydali drugą płytę… i od razu zaczęli dostawać całe góry nagród. Była z nich taka dumna… A potem wyjechali. Przestali mieszkać w domu, za to zaczęli mieszkać w najlepszych hotelach. Jeździli po całych Niemczech, potem po Europie. A wszędzie ich kochano. Po latach powrócili. Ale to już nie byli chłopcy, jakich znała Simone. To byli dorośli ludzie. Młodzi mężczyźni, którzy mają już swój światopogląd, swoje (OGROMNE!) pieniądze. Są absolutnie i stuprocentowo niezależni. Ona już ich wcale nie zna…
- Co ja mogłam zrobić źle? Dlaczego nagle Tom, który był oczkiem w głowie swojego ojca, zaczął się z nim nienawidzić? To chyba nie moja wina? Może chłopcom po prostu woda sodowa uderzyła do głowy? Nie, nie im… Przecież ja najlepiej znam swoich… – Nagle mama bliźniaków przestała mieszać w garnku a drewniana łyżka wypadła jej z dłoni. Usta rozchyliły się. Uświadomiła sobie. Spadło to na nią jak grom. Opuszki palców najpierw jednej, potem i drugiej dłoni dotknęły jej ust, następnie zakryły całkiem usta i nos, rozmazując niedawno nałożoną ładnie delikatną perłową pomadkę. Dotarło to do niej tak nagle, choć tak strasznie późno, wyciskając z oczu małe łzy. Ona przecież wcale nie zna swoich synów. Zna zwykłych czternastolatków marzących o wielkim świecie kariery. Zna swoje malutkie, kochane dzieciaczki. Ale przestała mieć nad nimi kontrolę kilka lat temu, gdy wydali pierwszą płytę, jeszcze jako Devillish. Zaczęli udzielać krótkich wywiadów i dawać małe koncerty. A potem stali się Tokio Hotel. Nagrali pierwszy teledysk. Wydali drugą płytę… i od razu zaczęli dostawać całe góry nagród. Była z nich taka dumna… A potem wyjechali. Przestali mieszkać w domu, za to zaczęli mieszkać w najlepszych hotelach. Jeździli po całych Niemczech, potem po Europie. A wszędzie ich kochano. Po latach powrócili. Ale to już nie byli chłopcy, jakich znała Simone. To byli dorośli ludzie. Młodzi mężczyźni, którzy mają już swój światopogląd, swoje (OGROMNE!) pieniądze. Są absolutnie i stuprocentowo niezależni. Ona już ich wcale nie zna…
W tym momencie do kuchni wszedł Jörg. Zobaczywszy, w jakim stanie jest jego żona, tylko przewrócił oczami i odwrócił się. A potem syknął coś i odszedł. Kobieta usłyszała tylko „…tych szczeniaków”. Niewątpliwie chodziło mu o Toma i Billa. Pozbierała się jako tako do kupy i dalej mieszała zupę w garnku. Zmniejszyła ogień pod naczyniem, przykryła je pokrywką i usiadła na ławie przy stole. Oparła łokcie na blacie i zaczęła szlochać. Nie wiedziała zbyt, dlaczego. Chyba dlatego, że miała wrażenie, że jej życie się wali.
Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała. W międzyczasie przyszedł Tom, bardzo zamyślony, jakby się nad czymś zastanawiał. Chyba pomyślał sobie, że mama śpi, bo przyniósł z salonu cienki koc i okrył nią rodzicielkę. Potem zajrzał do garnka, wyłączył pod nim gaz, nalał sobie zupy do talerza i poszedł z nią do salonu. Włączył cicho telewizor, po piętnastu minutach przyszedł do kuchni znów i nalał sobie dokładkę. Po kolejnych piętnastu minutach wyłączył telewizor, wyjątkowo cicho pozmywał naczynia, po czym otarł ręce. Stanął nad matką i oparł ręce na biodrach, wykrzywiając lekko usta.
– Dam radę, czy nie dam rady? – Mruknął. Wzruszył ramionami. – Tom Kaulitz wszystkiemu da radę. – Po tych słowach wsunął rękę pod kolana Simone, a drugą przytrzymał jej plecy. Wyprostował się ze stęknięciem, trzymając mamę w ramionach. Postąpił kilka chwiejnych kroków do przodu, zachwiał się, a potem, bez większych komplikacji przeniósł mamę na kanapę stojącą w salonie. Przykrył ją drugim kocem i z cwanym uśmieszkiem mruknął:
– Mówiłem, że Tom Kaulitz ze wszystkim da sobie radę.
– Dam radę, czy nie dam rady? – Mruknął. Wzruszył ramionami. – Tom Kaulitz wszystkiemu da radę. – Po tych słowach wsunął rękę pod kolana Simone, a drugą przytrzymał jej plecy. Wyprostował się ze stęknięciem, trzymając mamę w ramionach. Postąpił kilka chwiejnych kroków do przodu, zachwiał się, a potem, bez większych komplikacji przeniósł mamę na kanapę stojącą w salonie. Przykrył ją drugim kocem i z cwanym uśmieszkiem mruknął:
– Mówiłem, że Tom Kaulitz ze wszystkim da sobie radę.
***
– Cześć, dziewczyny, jak się tam bawicie? – Uśmiechnął się Czarny do piątki siedzących przed nim dziewcząt.
– Okay. A ty? – Zapytała Eva, zanim Stephanie zdążyła choćby otworzyć lekko usta.
– Świetnie. Nie uwierzycie, co się stało! – Powiedział z ogromnym entuzjazmem, siadając pomiędzy Białą a Evą.
– Ma to coś wspólnego z Niną? – Wypaliła Steph. Jej oczy ciskały w niego istne błyskawice, na szczęście niewidoczne dla zaaferowanych oczu Billa.
– Jakbyś mi w myślach czytała! Słuchajcie… – Tutaj minęło pół godziny, podczas której Bill opowiadał przyjaciółkom historię swojej przyjaźni ze Steph, o ich wspólnym dzieciństwie, wyprawach do lasu i do miasta. O tym, jak leżał bez snu całą noc po jej wyjeździe i nie mógł znaleźć sobie miejsca, krążąc bez celu po wiosce i zaglądając we wszystkie jej zakamarki, w których się spotykali.
Gdy skończył, Śnieżka patrzyła na niego zupełnie spokojnie, a nawet przyjaźnie. Jednak nie zdołała, nawet najwyższym wysiłkiem, zataić ukrytych w spojrzeniu iskierek zazdrości, które przybierały na jasności i wyraźności, gdy zerkała w stronę niezwykle atrakcyjnej rywalki. Bo było zupełnie dla niej jasne, że jeśli chce zdobyć Czarnego, to Nina jest dla niej rywalką. Ona już miała miejsce w jego sercu, a sądząc po zaaferowaniu, z jakim o niej mówił, było to miejsce całkiem spore.
Jednak z drugiej strony mogła się czuć w sumie nawet całkiem pewnie. Bill traktował Ninę jak siostrę, z którą brudził się błotem w piaskownicy, która pokazała mu, jak malować się kredką do oczu. Tak czy siak była absolutnie pewna, że jest o co walczyć…
– Okay. A ty? – Zapytała Eva, zanim Stephanie zdążyła choćby otworzyć lekko usta.
– Świetnie. Nie uwierzycie, co się stało! – Powiedział z ogromnym entuzjazmem, siadając pomiędzy Białą a Evą.
– Ma to coś wspólnego z Niną? – Wypaliła Steph. Jej oczy ciskały w niego istne błyskawice, na szczęście niewidoczne dla zaaferowanych oczu Billa.
– Jakbyś mi w myślach czytała! Słuchajcie… – Tutaj minęło pół godziny, podczas której Bill opowiadał przyjaciółkom historię swojej przyjaźni ze Steph, o ich wspólnym dzieciństwie, wyprawach do lasu i do miasta. O tym, jak leżał bez snu całą noc po jej wyjeździe i nie mógł znaleźć sobie miejsca, krążąc bez celu po wiosce i zaglądając we wszystkie jej zakamarki, w których się spotykali.
Gdy skończył, Śnieżka patrzyła na niego zupełnie spokojnie, a nawet przyjaźnie. Jednak nie zdołała, nawet najwyższym wysiłkiem, zataić ukrytych w spojrzeniu iskierek zazdrości, które przybierały na jasności i wyraźności, gdy zerkała w stronę niezwykle atrakcyjnej rywalki. Bo było zupełnie dla niej jasne, że jeśli chce zdobyć Czarnego, to Nina jest dla niej rywalką. Ona już miała miejsce w jego sercu, a sądząc po zaaferowaniu, z jakim o niej mówił, było to miejsce całkiem spore.
Jednak z drugiej strony mogła się czuć w sumie nawet całkiem pewnie. Bill traktował Ninę jak siostrę, z którą brudził się błotem w piaskownicy, która pokazała mu, jak malować się kredką do oczu. Tak czy siak była absolutnie pewna, że jest o co walczyć…
***
– Cholera, gdzie on mógł je schować?! – Zastanawiał się Dreadziarz, siedząc przy biurku w swoim pokoju i skreślając z listy kolejne domowe zakamarki, które potencjalnie mogłyby być skrytką na pamiętniki jego brata. Nie było ich w kuchni, ale to oczywiste, że Czarny nie umieściłby ich tam, bo mama by je na pewno znalazła. W jego pokoju też ich nie było. Został dokładnie sprawdzony. Nawet za szafami. Pokój rodziców? Nie, tam na pewno nie. Pokój Toma? To by było strasznie głupie. Łazienka? Absurd. A może… Przecież brodzik prysznica ma obluzowany jeden kafelek. Po głębszym namyśle stwierdził jednak, że tam nie byłoby zeszytów. Bill na pewno bałby się, że zamokną, a poza tym Tom też wiedział doskonale o tej skrytce, bo nie raz, nie dwa chował tam przed rodzicami piwo. „Zaraz… pomyśl, jak twój brat, Tom! On schowałby takie rzeczy w miejscu, które by się albo z nimi nie kojarzyło wcale, albo wręcz przeciwnie – spodziewałbyś się ich tam i dlatego tam nie zaglądasz. Albo zawierałoby obie te cechy… Spokojnie… Z czym kojarzą się pamiętniki? Z czasem. Czas? Z przeszłością… Dzieciństwo… Gdzie trzymamy rzeczy z dzieciństwa? Na strychu. Gdzie zeszyty by nie zamokły ani nie dobrałyby się do nich ewentualne myszy? Musiałyby być okryte grubą warstwą czegoś miękkiego i chłonnego. Co takiego może znajdować się na strychu? Miękkie i chłonne, kojarzące się z dzieciństwem?” Dręczony tym pytaniem udał się na strych.„Może jeśli zobaczę coś, co by mogło być prowizoryczną skrytką to mi zaświta jakaś myśl…”. Wszedł po schodkach na strych. Otworzył stare, skrzypiące drzwi, stanowiące jakby wrota ze świata teraźniejszości do świata pamiątek z przeszłości przesiąkniętej dziecięcym śmiechem i płaczem. Zakaszlał, krztusząc się wiszącą w powietrzu duszącą wonią staroci i kurzu, uśmiechającą się do niego złośliwie, jakby sprawiało jej ogromną radość, że Dreadziarz nie może złapać tchu. Uspokoiwszy oddech Makaroniarz zamknął drzwi i rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu. Zajrzał do dziesiątek starych szafek kuchennych i szaf dziecięcych. Pusto. Otworzył drzwiczki wielkiego starego zegara. Tylko kurz i pajęczyny. Zdesperowany rozerwał materac, na którym spał ze swoim bratem, gdy byli niemowlętami. Najwyraźniej materac ów dalej spełniał swoją rolę, bo znalazł tam niemowlęta. Mysie niemowlęta. I wkurzoną mysią matkę. Zrezygnowany, z przepraszającym spojrzeniem, przykrył spowrotem rodzinkę gryzoni oderwaną połową materaca. Odwrócił się i zaczął iść w stronę drzwi. Potknął się jednak o worek z pluszakami. Wpieniony wstał z zakurzonej podłogi, otrzepał się i… uśmiechnął. Co jest miękkie, chłonne, grube i kojarzy się z dzieciństwem? Odpowiedź: pluszowe misie. Całe mnóstwo pluszowych misiów. Bez zastanowienia rozerwał worek. Miękkie zwierzaczki o paciorkowych oczach wysypały się na podłogę, wzbijając tumany kurzu. Odrzucił je. Odrzucał je wszystkie, z pasją szukając czegoś dużego, twardego i prostokątnego. Nagle… Jego palce natrafiły na szczelnie owinięty w kilka foliowych torebek pakunek. Nie było wątpliwości, że został on tam wrzucony przez Rozczochrańca. Tylko on zawsze tak pedantycznie wszystko owijał. Nawet prezenty pod choinką, które zostawiał, bardzo się różniły od innych. Zawsze papier był idealnie docięty a wstążka idealnie zawiązana. To zawiniątko było dokładnie takie samo. Lekko wysłużone, ale równiutko ułożone jeden na drugim trzynaście identycznych czarnych zeszytów. Folia opinała je mocno i była starannie zaklejona. Uśmiechnął się. Jednak był to uśmiech zupełnie inny od tego, który widziały fanki na okładkach gazet. To było diabelskie, wredne, demoniczne i bezczelne wygięcie warg. Wsadził pakunek pod wielką koszulkę i nie przejmując się rozrzuconymi zabawkami wypadł z pomieszczenia i popędził do swojego pokoju nie domykając drzwi strychu. W jednej chwili pozostały po nim tylko wzbite tumany kurzu, rozrzucone zabawki i delikatna mgła męskich perfum…
JAK TY ZAJEBIŠCIE PISZESZ NO !!!!
OdpowiedzUsuńOJJ, TOM , TOM , TOM.. NIEDOBRY ! :D
BILL I STEPH.. OBY IM SIE UDAŁO ! ;)