piątek, 26 lipca 2013

Rozdział 14

Bill siedział obok dziewczyn, z pozoru słuchając tego, co mówią. Był tak oszołomiony słowami, które wypowiedziała Nina, jakby były one mocnym alkoholem, wypitym w dużej ilości i w niewielkim odcinku czasu… „Nie jesteś jeszcze gotowy… Nie jesteś jeszcze gotowy…”. To krótkie zdanie odbijało się echem w jego głowie, nie dając mu się na niczym skupić.
Svenja wynurzyła głowę z wody, po czym potrząsnęła nią, ochlapując wszystko drobnymi kropelkami spadającymi z włosów.
– Chodźcie popływać! Woda jest super! – Zaśmiała się.
– Nie odmawiam kobiecie! – Krzyknął Bill i nie zwlekając rozbił stosunkowo gładką taflę ciałem, opatrzywszy swój wyczyn krótkim „Juhu!”. Sekundę później oboje ze Svenją trzepali czuprynami i chlapali na siebie nawzajem, wzbijając w powietrze tysiące drobnych kropel i zaśmiewając się do rozpuku.
Nina popijała sok z mięty i jabłek, z zaciekawieniem obserwując baraszkującą parkę. W pewnym momencie zauważyła, że Bill, ociekający wodą, z przyklejonymi do twarzy włosami i szelmowską iskierką w oku podchodzi do niej z wyraźnym zamiarem spłatania jej jakiegoś perfidnego psikusa. Na wszelki wypadek odłożyła trzymaną w dłoni dużą szklankę i zapytała spokojnie:
– Co?
– Nina… Pamiętasz może naszą letnią wyprawę nad jezioro, gdy miałem czternaście lat? – Postąpił ku niej kilka zdecydowanych, lecz lekkich kroków, jakby był czarnym lampartem skradającym się do nieświadomej niebezpieczeństwa ofiary.
– Tego się nie da zapomnieć…
– A pamiętasz, co zrobiłem, gdy wstałaś wczesnym południem następnego dnia? – Znowu się zbliżył, lekko pochylając ku niej.
– Hm… Wrzuciłeś mnie do wody, gdy tylko zdjęłam piżamę i przebrana w kostium wyszłam z namiotu, w którym spaliśmy. – Nagle zrozumiała, skąd te wredne iskierki w jego oczach…
– Nie odważysz się, Bill… – warknęła, tylko na pozór groźnie.
– Nie?
– Nie! – Krzyknęła cicho, wstając i rzucając się do ucieczki. Nie zdążyła. W talii poczuła tylko dotyk zamykającego się silnie kręgu jego ramion, gdy łapał ją od tyłu, po czym, absolutnie pomimo jej woli, stopy dziewczyny oderwały się od mokrego podłoża, które stanowiły ogrzewane płytki kafelków antypoślizgowych. Poczuła ciepło jego brzucha, przywierające jej do pleców. Zdążyła tylko wciągnąć gwałtownie do płuc haust powietrza, zanim Bill wskoczył z nią do basenu. Przyjemny chłód krystalicznej, chlorowanej wody ogarnął jej ciało. Włosy zatańczyły wokół głowy złotą aureolą. Otworzyła pod wodą oczy i obróciła twarz ku uśmiechającemu się do niej Czarnemu. Oparła kark o jego ramię i dotknęła jego policzka swoim. Przytulił swoją twarz do jej twarzy. Nagle poczuła ogień w płucach. „Czas się wynurzyć!”. Pokazała przyjacielowi palcem powierzchnię, wciąż zamkniętą nad ich głowami. Przytaknął. Wprawili nogi w ruch, sprawiając, że ich ciała zaczęły szybko zmierzać ku górze.
***
W drodze powrotnej z imprezy Bill szedł cały rozpromieniony. Dziewczyny również. Tylko Stephanie była dziwnie milcząca… To chyba z powodu splecionych dłoni Niny i Czarnego…
– Super, że zaprosiłyście mnie na to party. Jestem wam bardzo za to wdzięczny, dziewczyny. Poznałem dzięki wam mnóstwo ciekawych osób. No i odzyskałem przyjaciółkę. – Rozczochraniec uśmiechnął się szeroko do Niny. Objęli się.
– Och, wy się normalnie kochacie! – Rzuciła w ich stronę ociekającym jadem sarkazmem Biała. Zauważywszy jednak, iż zrobiła to nieco za głośno, ponieważ wszyscy gapili się na nią, dodała skruszona – Jak brat i siostra, oczywiście… – Chciała dorzucić jeszcze „…mam nadzieję”, ale w porę ugryzła się w język. Gdyby się zdradziła, że jest zazdrosna o ciepłe nitki powiązane mocnymi supłami łączące Simbę i Ninę, to mogłaby już zacząć kopać grób, w którym pogrzebałaby ledwo co kiełkujące uczucie do Czarnego. Nie miało ono nawet jeszcze liści, które drzemały sobie w jego wnętrzu, zwinięte i leniwe. Była to na razie mała, zielona łodyżka, pnąca się ku światłu delikatnych brązowych oczu, podlewana ciepłymi uśmiechami i żywiąca się przelotnym dotykiem szczupłej dłoni. Oddychała marzeniami o jedwabnych, delikatnie połyskujących ustach.
– Stephanie… – Przez mgłę otaczającą jej umysł ledwo, ledwo usłyszała, jak spomiędzy czyichś pełnych warg wypływa jej imię, ubrane w szatę dziewczęcego, życzliwego głosu. Ten cichy dźwięk wystarczył, by obudzić ją z transu i sprawić, że oblała się pąsowym rumieńcem. Po chwili zauważyła, że idzie spory kawałek za resztą paczki. Obok niej podążała Nina. Śnieżka zlustrowała ją szybkim spojrzeniem. Ubrana była swoim zwyczajem w białą minispódniczkę, odsłaniającą ładnie opalone nogi, oraz dosyć luźną, jasnobłękitną bluzkę z wielkim dekoltem w łódkę i krótkimi rękawami. Bluzka, mimo dużego rozmiaru, nie tuszowała wydatnego biustu dziewczyny, a poza tym Steph bardzo wątpiła, żeby Nina chciała swoje krągłe kształty w jakikolwiek sposób tuszować. Skrzywiła się na myśl, że w sumie ta lekka frywolność stroju bardzo pasuje do przyjaciółki Rozczochrańca. Z ukrywanym bólem stwierdziła również, że nie wygląda z tym jak panienka spod latarni.
– Steph, może sie mylę, ale przez całą imprezę miałam niejasne wrażenie, że spoglądasz na mnie złym wzrokiem. Nie chcę, żebyś to źle odebrała, ale ze względu na to, że dopiero wróciłam do Niemiec zza granicy, oraz na to, że prawdopodobnie będziemy razem chodziły do szkoły, nie chciałabym konfliktów ani z tobą, ani z nikim innym.
– Nie możesz po prostu z grubej rury walnąć, o co ci chodzi, a nie owijać bawełnę? – Warknęła Stephanie. Irytowało ją wszystko w tej dziewczynie. Nie wiedziała, czemu, a nawet sama przed sobą nie chciała się przyznać, że jest zwyczajnie zazdrosna o Billa.
– Mogę. Po prostu chcę się z tobą zaprzyjaźnić i żeby to nam ułatwić chcę cię zaprosić na wyprawę do Magdeburga. Bez chłopaków ani innych dziewczyn. Oczywiście, jeżeli wolałabyś kogoś zabrać, to nie mam nic przeciwko!. – Podniosła ręce w geście obrony.
– A co miałybyśmy robić w Magdeburgu?
– Poszłybyśmy na zakupy, zjadłybyśmy tam obiad, na przykład wielką pizzę, poszły do kina na jakiś babsko-babski film, pospacerowały, popaplały a potem pojechały sobie do Loitsche i złożyły wizytę Billowi.
– Billowi?
– Zgadza się. No nie patrz tak na mnie, przecież i ty i ja mamy do niego pewien… że się tak wyrażę, sentyment. – Tutaj Białowłosa odwróciła lekko twarz, by włosy ukryły rumieniec.
– Dobra. Chętnie się z tobą spotkam, nie będziemy nikogo brały z sobą. Kiedy?
– Już prawie październik. Ferie kartoflane się zaczną niedługo. Może w pierwszy dzień tych ferii?
– Pasuje. – Uśmiechnęły się do siebie. Szczerze i bez podtekstów.
***

– Wróciłem! – Zawołał cicho Bill. Nie otrzymawszy odpowiedzi stwierdził, że nikogo nie ma w domu. Albo wszyscy już śpią, w końcu była 21:45, gdy dotarł do domu. Zdjął buty i bluzę, wziął torbę i szybko zaniósł ją do pokoju. Gdy otworzył drzwi, szczęka opadła mu do samej ziemi. Tego, co zastał, nie można było nazwać bałaganem, bajzlem ani burdelem. To był totalny i absolutny chaos! Był absolutnie pewny, że starannie posprzątał każdy kąt, tak, jak za każdym razem, gdy wychodził z domu. Tymczasem chwila obecna temu zaprzeczała. Jego rzeczy walały się dosłownie wszędzie! Jakby ktoś w wielkim pośpiechu przeszukiwał mu szuflady. Nic nie leżało na swoim miejscu, nawet plakat Neny miał odklejony róg. Położył torbę na podłodze, podszedł do ściany, potykając się o różne przedmioty, stanął przed zdjęciem i starannie docisnął odczepioną taśmę przytrzymującą je w miejscu. Zajrzał w uśmiechnięte, wydrukowane na śliskim papierze oczy ulubionej wokalistki, szukając w nich przyznania się do winy, albo wyjaśnienia, skąd taki stan pokoju. Nie znalazłszy odpowiedzi westchnął, odwrócił się do niej plecami, wziął pod boki i, mimo sporego zmęczenia, zabrał się do sprzątania.
Gdy skończył było grubo po 22:00. Rozejrzał się po uporządkowanym pomieszczeniu z lekkim uśmiechem. Nagle zaburczało mu głośno w brzuchu. Mimo spóźnionej pory postanowił przebrać się w piżamę i zejść do kuchni po przekąskę. Myć się nie musiał, bo był przecież czyściutki po jakichś czterech godzinach samego moczenia się w basenie, a do tego brał prysznic żeby spłukać z siebie chlorowaną wodę. Ubrany w bawełnianą koszulkę i szerokie bawełniane spodenki przed kolano nasmarował delikatnie twarz, szyję i ręce kremem nawilżającym, zadowolony, że choć tym razem nie musi poświęcać jakichś pięciu minut na zmycie mocnego makijażu. Zbiegł po schodach do kuchni z zamiarem zrobienia sobie kanapki. Gdy ta leżała już w jego dłoniach zajrzał do salonu. Zobaczył, że mama śpi na kanapie, a raczej drzemie. Podszedł do niej najciszej, jak umiał. Postawił talerzyk z kanapką na stoliku do kawy i z całą delikatnością położył dłoń na ramieniu rodzicielki. Pogłaskał ją dosyć natarczywie, co sprawiło, że kobieta otworzyła oczy. Gdy uniosła wzrok na syna ten dopiero teraz zauważył na jej policzkach jasne ślady wyschniętych dawno, obficie wylanych łez. Odruchowo usiadł przy niej.
– Wszystko w porządku?
– Tak… – odparła bezbarwnie.
– To dlaczego masz ślady łez na policzkach? – Ni z tego ni z owego jej broda zaczęła drżeć. Chłopak od razu zareagował, targnięty odruchem serca.
– Mamusiu… – Przytulił ją mocno do siebie. Odpowiedziało mu, zduszone jego koszulką, rozpaczliwe łkanie. Pogłaskał jasne włosy mamy, gdy ta objęła go, zdawałoby się, resztkami sił zmuszając się do poruszenia ramionami.
– Co się stało? – Zapytał, gdy płacz stracił na sile, a dreszcze i spazmy przestały miotać ciałem mamy.
– Kochanie… uświadomiłam sobie po prostu, że moje małe dzieciaki dorosły. Jörg chodzi cały podenerwowany, twój tata nie lepiej. Mam wrażenie, że wszystko się sypie… Nie potrafię poradzić sobie z wieloma rzeczami… Między innymi z tym, że, wydawałoby się, godzinę temu byłam na pierwszej randce z waszym ojcem, pół godziny temu się z nim rozwodziłam, kwadrans temu brałam ślub z Jörgiem, minutę temu moje dzieci zrobiły karierę i dojrzały i tylko patrzeć, jak zostanę teściową i babcią… – Bill słuchał tego i jeszcze wielu innych problemów mamy aż do północy. Potem zaprowadził ją do łazienki. Ubraną w piżamę i potwornie zmęczoną kobietę spoił melisą po czym starannie i szczelnie przykrył ciepłą kołdrą. Gdy już prawie miał wyjść z sypialni coś mu się przypomniało…
– Mamo… szukałaś czegoś dzisiaj w moim pokoju?
– Nie, kochanie… A właśnie, czemu zostawiłeś tam dzisiaj taki bałagan? – Chłopak wybałuszył na nią oczy. Usta mu się rozchyliły.
– Zostawiłem porządeczek! Kiedy wróciłem wszystko wyglądało, jakby przeszło tornado!
– Jeśli nie ty i nie ja, to kto…?
– Tom…?
– Nie, słyszałam co prawda, jak ktoś się krząta po twoim pokoju gdy cię nie było, ale równie dobrze to mógł być Tom szamoczący się u siebie, bo gdy weszłam tam sprawdzić, co się dzieje, nikogo u ciebie nie było.
– Dziwne… – spojrzał na mamę badawczo. Zauważywszy jej mętny wzrok mruknął tylko:
– Śpij. Jutro się nad tym wszystkim zastanowimy, teraz i ja i ty potrzebujemy snu.
Odpowiedziała mu cisza i miarowy oddech rodzicielki. Sam udał się do swojej ostoi, wsunął pod kołdrę i oddał umysł w objęcia Morfeusza.

1 komentarz:

  1. Tego Toma to powieszę za dready , serio ! XDDDDDD
    Rozdział super ! A Stephanie niech porozmawia z Billem ;d

    OdpowiedzUsuń