poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 6

Dziś chciałbym tylko prosić o choć jeden marny komentarz pod tą notką. JEDEN!
******
- Co do… – zaczął, ale nie był w stanie skończyć. Na pierwszej stronie gazety widniało zdjęcie bliźniaków. Tom klęczał, tuląc w ramionach drobną postać… Billa… którego czarne włosy rozsypały mu się na ramieniu. Dłoń Czarnego zaciskająca palce na plecach brata… I podpis… 
„Bill i Tom Kaulitz – Nakryliśmy ich!”
„Wczoraj wieczorem nasz fotoreporter zobaczył sławnych bliźniaków wybiegających z pewnego domu we wsi Loitshe. Zanim zdążył ich zaczepić zniknęli w pobliskim lesie. Po kilku godzinach odnalazł ich w tej oto dwuznacznej pozie. Udało mu się zrobić tylko jedno zdjęcie, jednak jest ono wystarczająco szokujące, abyśmy mogli uznać, iż podejrzenia co do homoseksualności panów Kaulitz zaczynają nabierać kolorów.”




– Jak nam to wytłumaczycie? – zapytała mama.
– Nijak! To wszystko wina taty! Zdenerwowałem Billa, ale nie trzeba było podnosić na nas głosu, to Bill by się nie poczuł tak okropnie, żeby wybuchnąć płaczem! A co ja miałem zrobić? Byliśmy na polanie, w miejscu, gdzie się bawiliśmy jako dzieci! Tam zawsze się godziliśmy po kłótni! Tam zdecydowaliśmy, że założymy zespół, tam Bill mi powiedział, że jego marzeniem jest śpiewać! Mogliśmy się tam czuć chyba raczej swobodnie? Więc przytuliłem go! Przytuliłem własnego małego braciszka, któremu było źle! Moja wina że po raz pierwszy akurat wtedy postawił tam stopę jakiś debilny fotoreporter? Moja wina? A więc dobrze, biorę winę na siebie, za to, że mój brat nie może się odnaleźć w szkole, za to, że wczoraj tata uderzył Billa i za… ZA WSZYSTKO! Bo ON – wskazał na brata – nie jest niczemu ani nikomu winny! To tylko mały, zagubiony chłopak, na którego nagle spadła kariera, a gdy się troszkę do tego przyzwyczaił nagle okazuje się, że musi sobie zrobić przymusowy urlop! Nie jest na tyle wytrzymały psychicznie, żeby to przetrwać bez szwanku, tak, jak zawsze!
Wszyscy zamilkli. Dosłownie. Nawet mucha, która latała nad ich głowami przestała bzyczeć, tylko grzecznie usiadła na żyrandolu, złożyła skrzydełka i zajęła się pocieraniem łapek. Tom obrzucał wszystkich zgromadzonych wściekłym spojrzeniem. Ciocia, która akurat przyszła w towarzystwie ojca bliźniaków i chciała zrobić im niespodziankę wyskakując zza rogu zamarła z rozchylonymi lekko ustami i dłonią przykrywającą opuszkami wargi. Tata Toma przerwał ciszę wchodząc do pomieszczenia i stukając butami po kafelkach. Chłopak tylko zmierzył go wzrokiem z góry na dół. Ani trochę się nie speszył faktem, ze rodziciel słyszał każde słowo, które padło z jego ust. Ostatnią twarzą na jaką Dread spojrzał była smutna buzia jego brata. Tutaj jego wzrok złagodniał. Wstał od stołu, położył bratu rękę na ramieniu, a gdy ten na niego spojrzał, uśmiechnął się blado i puścił ledwo zauważalne oczko. Bill już wiedział, że wszystko jest ok, że Tom się nie gniewa…
- Dziś jadę do szkoły sam, na moim motorze. Nie patrz tak na mnie, mamo, to że nie mam prawka nie znaczy, że nie umiem jeździć. Bill – zwrócił się do brata – jeśli chcesz jechać ze mną to wkładaj kask i chodź, bo nie mam zamiaru na ciebie czekać.
Kiedy blondyn trzaskając drzwiami opuścił dom i udał się do garażu po maszynę, która miała zawieźć jego i Czarnego do szkoły, wszyscy zgromadzeni w kuchni zwrócili twarze ku młodszemu z bliźniaków.
– A ty co masz do powiedzenia? – wykrztusił po chwili Jorg, ojczym. Bill spojrzał na niego najsmutniej, jak umiał, po czym dobił wszystkich słowami:
– Wstyd mi za was…
– Kochanie, wiem, że trochę może nas poniosło z powodu tego zdjęcia… no, przepraszamy.
– Nie mnie przepraszajcie. Mi jest wstyd za was przed Tomem… nie przede mną… – po tych słowach wyszedł. Nie miotał się, nie trzaskał drzwiami. Był tak przygnębiony, że nawet nie zwracał uwagi na to, czy się garbi, czy szura butami… nieważne… po krótkiej chwili wszyscy usłyszeli, jak zapina suwaki kowbojek i wkłada kask. Potem kroki na podjeździe i oddalający się warkot silnika. Cisza…
***

– Wstańcie, chłopcy, proszę. – Tylko tyle zdołała wydusić z siebie panna Schreizgner, gdy dwa tygodnie później, na lekcji muzyki, dyrektorka wparowała do klasy 307. Wszyscy posłusznie podnieśli się, wywołując małe zamieszanie, bo jak zwykle kilka niezdar musiało przewrócić krzesła, na których siedzieli. Martha Kreigh skinęła głową swojej podwładnej i obróciła się twarzą do klasy. Przez te dwa tygodnie Bill zauważył u niej dziwny sposób mówienia; jakby recytowała z pamięci każde słowo. Tym razem dyrektorka mówiła trochę zmieszana, co jej się nigdy, przenigdy nie zdarzało…
– Moi drodzy! Ostatnio pani Dekil, nasza szkolna sekretarka, zauważyła, iż w skrzydle męskim jest o jednego ucznia więcej, niż mówi norma, z kolei w skrzydle żeńskim jest o jedną uczennicę za mało, ponieważ przedwczoraj pewna dziewczyna przeprowadziła się do innej części Niemiec. Nasza szkoła podlega ścisłej kontroli, o czym dobrze wiecie. Wobec tego będziemy musieli na pewien czas przenieść jednego ucznia do skrzydła żeńskiego. – Po klasie przeszedł pomruk. Jedni byli podekscytowani perspektywą spędzenia dłuższego czasu w miejscu, gdzie, jak okiem sięgnąć, były tylko dziewczyny. Inni jęczeli przerażeni. Tom miał bardzo szczęśliwą twarz. Bill zazdrościł mu. Podczas gdy dread gadał z wielką grupą kumpli w stołówce upaćkanej gdzie tylko się dało ketchupem, Bill stawał zawsze bezradnie z tacą w rękach i rozglądał się za pustym kątem, w który dałoby się wcisnąć i zniknąć wszystkim z oczu. Próbował wcześniej kilka razy zamienić jedno czy dwa słowa z kumplami Toma, jednak oni spławiali go albo starali się zagłuszyć w każdy możliwy sposób. Po czwartej próbie połapania się w temacie gitar lub gier dał sobie spokój. Nie będzie się pchał, gdzie go nie chcą. Teraz siedział, jak zwykle w kącie, zupełnie sam. Jego ławka nie była upaprana nie wiadomo czym, zaśmiecona papierkami i pozawalana książkami. Jako jedyna była pedantycznie czyściutka. Leżały na niej tylko biała gumka do mazania, biały zeszyt z rysunkami i miękki ołówek. Bill z nudów rysował małą dziewczynkę. Miała półdługie, czarne włosy potargane przez wiatr, wielkie, świecące, szczęśliwe oczy, krótką poszarpaną spódniczkę i misia w rączce. Połowę twarzyczki zasłaniał jej balon z gumy do żucia, a u ramion sterczały skrzydełka. Podpisał rysunek „Maggie”. Nie zwracał uwagi na to, co dzieje się w klasie, ale słowa dyrektorki uważnie chłonął. Bardzo uważnie.
– No cóż, chłopcy. Wasza klasa została wytypowana na radzie pedagogicznej. Uznałam, że najbardziej sprawiedliwa będę, jeżeli przyniosę kasetkę z karteczkami na których zapisane są wasze imiona i nazwiska i wylosuję jednego z was. Wolałabym nie wybierać ochotników ze względu na to, że prawdopodobnie zgłoszą się ci, których zachowanie wobec dziewcząt z etycznego punktu widzenia jest zwyczajnie nie na miejscu. Tak, Kaulitz, patrzę na ciebie. – Dodała z cieniem rozbawienia i pogróżki w głosie, zwróciwszy się do Toma. On zrobił tylko słodkie oczka i udawał niewiniątko, podczas gdy kumple poszturchiwali go z lubieżnymi uśmieszkami na twarzach. Panna Kreigh przewróciła tylko oczami. – W każdym razie mam nadzieję, że pomysł losowania wam odpowiada.
Gdy dyrektorka wyszła sztywno z klasy, wybuchła wielka wrzawa. Skejci i kujony szaleli, wchodzili na ławki, stawali na krzesłach, krzyczeli, wyli, wrzeszczeli… Panna Schreizgner nawet nie próbowała ich uspokajać. Nauczyła się już przez te dwa lata, że będąc wychowawczynią klasy A w skrzydle męskim takie próby są beznadziejnym pomysłem. Bez ogródek najspokojniej w świecie spuściła wzrok na dziennik i chciała zacząć wpisywać zaległe tematy, gdy nagle zdała sobie sprawę, że dziennik na stronie poświęconej przedmiotowi, którego uczyła tych neandertalczyków, jest na bieżąco uzupełniony. Uniosła więc na chwilę wzrok, by sprawdzić, co się dzieje w klasie. Środkowa ławka. Andreas. Jak zwykle gada idiotyzmy. Tom. Rozśmiesza wszystkich. Wychowawczyni w sumie nawet imponowało to, jak bardzo jest pewny siebie. Po lewej w pierwszej ławce Mario. Bardzo dobry uczeń w naprawdę ogromnych okularach rozrabiał z w najlepsze. A z tyłu, w najdalszym kącie pod oknem? Jak on miał na imię? Ach, tak, Bill. Niewiele się udzielał na lekcjach, ale jego zadania domowe były zawsze doskonałej jakości, był świetnie przygotowany do niezapowiedzianych kartkówek i to nie tylko z muzyki. Miał trochę problemów z chemią, fizyką i matematyką, ale pracował ciężko i choć minęły zaledwie dwa tygodnie jego nauki, nauczyciele znali jego nazwisko z dobrych ocen. Jednak, gdy widzieli go na korytarzu był dla nich zawsze anonimowy. Nie zgłaszał się na lekcjach. Jego głos słyszała bardzo rzadko. Podczas sprawdzania obecności tylko dwa razy powiedział „Jestem”. Zawsze podnosił rękę, aby pokazać, że siedzi gdzieś tam daleko w ciemnym kąciku i słucha… Dziwny chłopak..
W tym momencie dyrektorka wkroczyła do klasy z trzymaną w rękach niewielką kasetką zamykaną kluczykiem. Otworzyła ją ceremonialnie i wylosowała karteczkę. Po raz pierwszy w sali 307 na lekcji z klasą 3A zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Wszyscy patrzyli dyrektorce na ręce. Poza Billem który właśnie w skupieniu cieniował rysunek. Papier zaszeleścił. Wszyscy wstrzymali oddech. Nawet wychowawczyni z zaciekawieniem przyglądała się swojej szefowej. Głos pani Kreigh, donośny jak przedtem, rąbnął jak grom:
– Bill Kaulitz, jutro w twojej szafce ma nie być już żadnych rzeczy! O 7:45 przyjdę po ciebie i zaprowadzę do twojej nowej klasy!
W pierwszej chwili Czarny nie wiedział, co się dzieje. Gwałtownie podniósł zastygłą twarz. Ołówek z cichym stuknięciem wypadł mu z dłoni. Usta się rozchyliły, a w głowie kołatało mu jedno słowo - „CHOLERA!”. Będzie się musiał przenieść do żeńskiego skrzydła szkoły. Rzeczy z szafki trzeba będzie zabrać już dziś…

2 komentarze:

  1. Super rozdział ;*

    - Tak , Kaulitz , patrzę na ciebie . - haha , rozjebałaś system xd

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam wszystko od początku i nadrabiam te 13 rozdziaŁów hahaha XD
    Biedny Bill ;-;

    OdpowiedzUsuń