Gomene za tak długą nieobecność </3 Szkoła,nauka i te sprawy. Łapce nexta.
– Podwieczorek! Kanapki z miodem i kakao! Kto ma ochotę, szybciutko do kuchni po swoją porcję! – Rozległ się rozbawiony głos mamy. Tom zbiegł do kuchni po schodach, porwał talerz z kanapkami i popędził do pokoju telewizyjnego. Wcisnął swój chudy tyłek na kolana Jörga, uśmiechając się do niego po dziecięcemu. Założył za ucho pofalowane włosy, które zdążyły mu już sporo urosnąć od czasu, gdy znowu trafił do świata dzieciństwa i rozpoczął konsumpcję pierwszej z kanapek. Gdy mama i Bill dołączyli do nich w pokoju, z ustami pełnymi chleba z miodem wyparskał:
– Włobie fobie głeby. – I z wyczekiwaniem świdrował mamę zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Nie mów z pełna buzią, synku, to nieładnie! – Posłusznie przełknął miodową paćkę i spróbował ponownie:
- Mówię, że zrobię sobie dredy.
- A po co? – Mina ojczyma była w tym momencie niepowtarzalna. Przed wybuchnięciem śmiechem powstrzymało chłopca tylko pite właśnie kakao.
- Spodziewałam się tego. – Roześmiała się ciepło mama.
- Wiem. – Wyszczerzył się Tom. O dziwo, na dźwięk tego słowa, matka chłopców spochmurniałą w mgnieniu oka.
- Bill, dziś ty pierwszy idziesz się myć. – Powiedziała do syna tonem nie znoszącym sprzeciwu. Nie musiała go zresztą używać, Bill był najposłuszniejszym dzieckiem pod słońcem, jeśli tylko dało mu się coś słodkiego. Zsunął się grzecznie z siedziska i pobiegł do łazienki.
- Tom, ja i Jörg chcieliśmy z tobą poważnie porozmawiać.
- A co się stało? – Po raz pierwszy od wielu dni Tom był szczerze zaskoczony.
- O to, że przestałeś się zachowywać normalnie.
- A co ja takiego robię? – obruszył się.
- No właśnie nic. To do ciebie niepodobne. Jesteś grzeczny i uprzejmy. Używasz słów, których wcześniej cię nie uczyliśmy. To bardzo ładne, inteligentne słowa, ale nigdy cię przecież nie obchodziło wzbogacanie słownictwa! Nie zostało z ciebie nic z dziecka od dnia, gdy Bill powiedział, że zakładacie zespół! Martwimy się o ciebie, przestałeś tak naturalnie się śmiać i czasem chodzisz zatopiony we własnych myślach jak stary człowiek, który wiele przeżył.
- Mamo, podaj mi chociaż jeden przykład zachowania o którym mówisz! – Warknął.
- Właśnie sam go sobie podałeś! Normalne małe dziecko w twoim wieku powiedziałoby „wcale nie!” albo „ja tak nie robię!”, ewentualnie „nieprawda!”. A ty mówisz jak dorosły człowiek „podaj mi chociaż jeden przykład zachowania o którym mówisz”.
- A co niby ma to do braku bycia dzieckiem?
- Wszystko! Przestałeś nawet rozrabiać! Jakby cię ktoś podmienił! Albo jakby stało się coś bardzo niedobrego… Martwimy się… – Powtórzyła.
- Niektórzy szybko dorastają. – Burknął, po czym zerwał się ze swojego miejsca w nagłym przypływie agresji. – Zresztą co to ma za znaczenie! I tak byście nie zrozumieli!
- Kochanie – wzrok mamy złagodniał nieco – czy ty masz… nadprzyrodzone zdolności?
- Co? – Tym sposobem zbiła go zupełnie z pantałyku.
- Zawsze, gdy dzieje się coś ważnego, ty wiesz o tym zanim się to wydarzy. Nie bałeś się mnie poinformować o tym, że zrobisz dredy, bo wiedziałeś, że nie będę zła.
- Znam swoją matkę. – Odciął się.
- A odwiedziny wujka przedwczoraj? Zanim zadzwonił dzwonek do drzwi ty przybiegłeś z podwórka się umyć i krzyknąłeś, ze będziemy mieli gościa!
- Zobaczyłem jego samochód z daleka. – Wykręcił się, coraz mniej pewien swoich racji.
- On kupił ostatnio nowy samochód którego ty jeszcze nie mogłeś widzieć. Przyjechał między innymi po to, by mi go pokazać. – Wtrącił Jörg, skutecznie zamykając usta Tomowi.
- Wszystko w porządku, skarbie? – zapytała mama. Nie miał innego wyjścia. Musiał się podporządkować ich przypuszczeniom. Innego wyjaśnienia dla jego dziwnego zachowania nie było. Nie może przecież powiedzieć: „Mamo, przykro mi, mieszka z tobą twój osiemnastoletni syn w ciele pięcioletniego. Musisz to przełknąć”. No cóż, trzeba było rozpocząć małe przedstawienie.
- Dajcie mi spokój! Nie jestem odmieńcem! Nie jestem! – Krzyknął z udawaną bezradnością, zerwał się i pobiegł do swojego pokoju. Zamknął drzwi z trzaskiem i oparł się o nie. Dobra, teraz się udało. Ale czy będzie musiał udawać cały czas? Żeby zamknąć usta rodzicom?
- Nieźle, Kaulitz. Jak zwykle musisz się wpakować w jakąś kabałę. I jak zwykle jedna większa od drugiej. Bez sensu. – Westchnął.
– Włobie fobie głeby. – I z wyczekiwaniem świdrował mamę zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Nie mów z pełna buzią, synku, to nieładnie! – Posłusznie przełknął miodową paćkę i spróbował ponownie:
- Mówię, że zrobię sobie dredy.
- A po co? – Mina ojczyma była w tym momencie niepowtarzalna. Przed wybuchnięciem śmiechem powstrzymało chłopca tylko pite właśnie kakao.
- Spodziewałam się tego. – Roześmiała się ciepło mama.
- Wiem. – Wyszczerzył się Tom. O dziwo, na dźwięk tego słowa, matka chłopców spochmurniałą w mgnieniu oka.
- Bill, dziś ty pierwszy idziesz się myć. – Powiedziała do syna tonem nie znoszącym sprzeciwu. Nie musiała go zresztą używać, Bill był najposłuszniejszym dzieckiem pod słońcem, jeśli tylko dało mu się coś słodkiego. Zsunął się grzecznie z siedziska i pobiegł do łazienki.
- Tom, ja i Jörg chcieliśmy z tobą poważnie porozmawiać.
- A co się stało? – Po raz pierwszy od wielu dni Tom był szczerze zaskoczony.
- O to, że przestałeś się zachowywać normalnie.
- A co ja takiego robię? – obruszył się.
- No właśnie nic. To do ciebie niepodobne. Jesteś grzeczny i uprzejmy. Używasz słów, których wcześniej cię nie uczyliśmy. To bardzo ładne, inteligentne słowa, ale nigdy cię przecież nie obchodziło wzbogacanie słownictwa! Nie zostało z ciebie nic z dziecka od dnia, gdy Bill powiedział, że zakładacie zespół! Martwimy się o ciebie, przestałeś tak naturalnie się śmiać i czasem chodzisz zatopiony we własnych myślach jak stary człowiek, który wiele przeżył.
- Mamo, podaj mi chociaż jeden przykład zachowania o którym mówisz! – Warknął.
- Właśnie sam go sobie podałeś! Normalne małe dziecko w twoim wieku powiedziałoby „wcale nie!” albo „ja tak nie robię!”, ewentualnie „nieprawda!”. A ty mówisz jak dorosły człowiek „podaj mi chociaż jeden przykład zachowania o którym mówisz”.
- A co niby ma to do braku bycia dzieckiem?
- Wszystko! Przestałeś nawet rozrabiać! Jakby cię ktoś podmienił! Albo jakby stało się coś bardzo niedobrego… Martwimy się… – Powtórzyła.
- Niektórzy szybko dorastają. – Burknął, po czym zerwał się ze swojego miejsca w nagłym przypływie agresji. – Zresztą co to ma za znaczenie! I tak byście nie zrozumieli!
- Kochanie – wzrok mamy złagodniał nieco – czy ty masz… nadprzyrodzone zdolności?
- Co? – Tym sposobem zbiła go zupełnie z pantałyku.
- Zawsze, gdy dzieje się coś ważnego, ty wiesz o tym zanim się to wydarzy. Nie bałeś się mnie poinformować o tym, że zrobisz dredy, bo wiedziałeś, że nie będę zła.
- Znam swoją matkę. – Odciął się.
- A odwiedziny wujka przedwczoraj? Zanim zadzwonił dzwonek do drzwi ty przybiegłeś z podwórka się umyć i krzyknąłeś, ze będziemy mieli gościa!
- Zobaczyłem jego samochód z daleka. – Wykręcił się, coraz mniej pewien swoich racji.
- On kupił ostatnio nowy samochód którego ty jeszcze nie mogłeś widzieć. Przyjechał między innymi po to, by mi go pokazać. – Wtrącił Jörg, skutecznie zamykając usta Tomowi.
- Wszystko w porządku, skarbie? – zapytała mama. Nie miał innego wyjścia. Musiał się podporządkować ich przypuszczeniom. Innego wyjaśnienia dla jego dziwnego zachowania nie było. Nie może przecież powiedzieć: „Mamo, przykro mi, mieszka z tobą twój osiemnastoletni syn w ciele pięcioletniego. Musisz to przełknąć”. No cóż, trzeba było rozpocząć małe przedstawienie.
- Dajcie mi spokój! Nie jestem odmieńcem! Nie jestem! – Krzyknął z udawaną bezradnością, zerwał się i pobiegł do swojego pokoju. Zamknął drzwi z trzaskiem i oparł się o nie. Dobra, teraz się udało. Ale czy będzie musiał udawać cały czas? Żeby zamknąć usta rodzicom?
- Nieźle, Kaulitz. Jak zwykle musisz się wpakować w jakąś kabałę. I jak zwykle jedna większa od drugiej. Bez sensu. – Westchnął.
***
- Dzwonek na lekcję. Jak ja nie cierpię dzwonków na lekcję! – Fuknęła Eva, strzepując okruszki bułki z bluzki z nadrukiem marihuany.
- Ale teraz jest angielski. – Powiedziała Svenja pokornie. Svenja, która zawsze wtórowała takim deklaracjom teraz położyła uszy po sobie i z rumieńcami oczekiwała lekcji? Bill dobrze wiedział o co chodzi i nie omieszkał tej wiedzy wykorzystać…
- Mała Svenja się zabujała! Svenja się zabujała! – Zanucił jak dzieciak z przedszkola.
- Niby w kim? – Zdzieliła go lekko w ramię.
- Ha! Za szybko zaprzeczasz. – Triumfalny uśmieszek na ustach Billa. Wkurzający uśmieszek. Och, jak ona go nie znosiła! A zwłaszcza w tym kontekście!
- Wcale nie! – Podniosła ręce, żeby mu coś zrobić, ale złapał jej przeguby.
- Doprawdy? – Spojrzał wymownie nad jej lewym ramieniem. Obejrzała się szybko i natychmiast oblała rumieńcem. Oto przy drzwiach sali stał pan praktykancik. Wspaniały, opalony, przystojny, ubóstwiany praktykant z warkoczykami do ramion i bluzą do kolan.
- Puść! – Zapiszczała cienko i gwałtownie wyrwała nadgarstki z jego uścisku. Nagły ruch złowiony kątem oka przyciągnął uwagę bożyszcza. Na moment oczy jego i luzary spotkały się. Ona spuściła wzrok najszybciej jak tylko mogła, on nagle zaczął wnikliwie studiować stan okładki dziennika. Został wybawiony przez nauczycielkę, która zawołała go do klasy. Nina przyjrzała się temu dokładnie.
- Chciałabyś go? – Zapytała spokojnie.
- Przestań. – Burknęła Sven.
- Poważnie. – Blondynka spojrzała jej w oczy. – Chciałabyś go mieć?
- No… Właściwie to czemu nie… W końcu jest całkiem ładny – dziewczyna zaczerwieniła się.
- Nina, co ty kombinujesz? – Pytanie Doris zostało rzucone w powietrze. Blondynka odciągnęła Svenję na bok i zaczęła coś szybko mówić i gestykulować. Zdawało się, że głośna z reguły rozrabiara połyka jej słowa z szeroko otwartymi oczami jak grzeczne dziecko wysłuchujące obietnic. I to nie byle jakich obietnic! To były obietnice na miłość.
- Ale teraz jest angielski. – Powiedziała Svenja pokornie. Svenja, która zawsze wtórowała takim deklaracjom teraz położyła uszy po sobie i z rumieńcami oczekiwała lekcji? Bill dobrze wiedział o co chodzi i nie omieszkał tej wiedzy wykorzystać…
- Mała Svenja się zabujała! Svenja się zabujała! – Zanucił jak dzieciak z przedszkola.
- Niby w kim? – Zdzieliła go lekko w ramię.
- Ha! Za szybko zaprzeczasz. – Triumfalny uśmieszek na ustach Billa. Wkurzający uśmieszek. Och, jak ona go nie znosiła! A zwłaszcza w tym kontekście!
- Wcale nie! – Podniosła ręce, żeby mu coś zrobić, ale złapał jej przeguby.
- Doprawdy? – Spojrzał wymownie nad jej lewym ramieniem. Obejrzała się szybko i natychmiast oblała rumieńcem. Oto przy drzwiach sali stał pan praktykancik. Wspaniały, opalony, przystojny, ubóstwiany praktykant z warkoczykami do ramion i bluzą do kolan.
- Puść! – Zapiszczała cienko i gwałtownie wyrwała nadgarstki z jego uścisku. Nagły ruch złowiony kątem oka przyciągnął uwagę bożyszcza. Na moment oczy jego i luzary spotkały się. Ona spuściła wzrok najszybciej jak tylko mogła, on nagle zaczął wnikliwie studiować stan okładki dziennika. Został wybawiony przez nauczycielkę, która zawołała go do klasy. Nina przyjrzała się temu dokładnie.
- Chciałabyś go? – Zapytała spokojnie.
- Przestań. – Burknęła Sven.
- Poważnie. – Blondynka spojrzała jej w oczy. – Chciałabyś go mieć?
- No… Właściwie to czemu nie… W końcu jest całkiem ładny – dziewczyna zaczerwieniła się.
- Nina, co ty kombinujesz? – Pytanie Doris zostało rzucone w powietrze. Blondynka odciągnęła Svenję na bok i zaczęła coś szybko mówić i gestykulować. Zdawało się, że głośna z reguły rozrabiara połyka jej słowa z szeroko otwartymi oczami jak grzeczne dziecko wysłuchujące obietnic. I to nie byle jakich obietnic! To były obietnice na miłość.
***
Dość wysoki, dorosły mężczyzna szybkim krokiem pokonywał ulice miasta. Skończył pracę co prawda dwa dni temu i cały czas miał wolne, ale dopiero teraz zdecydował się, żeby wyjrzeć z pustego, szarego domu i pójść tam, gdzie miał złożyć wizytę dawno temu. Bał się. Bał się, że zastanie tam jedno z nich. Albo, nie daj Bóg, więcej niż jedno. Bał się, że go nie przyjmą. Bał się ich spotkać. Póki była pogoda na pewno chodzili tam codziennie. Teraz jednak jest bardzo zimny i wietrzny dzień. Teraz ma szansę zostać z osłabioną postacią leżącą na łóżku sam na sam. Tydzień temu słońce mocno świeciło, jednak konające lato odkaszlnęło tym ciepłem po raz ostatni cztery dni temu. Od tamtej pory wszędzie już widziało się oznaki jego morderców: jesieni i czasu. Brudne, wilgotne, na wpół sczerniałe liście wirowały w powietrzu niesione wichurą. Dziś rano siwych włosów w brązowej, przerzedzonej już z lekka czuprynie można było zobaczyć jakby więcej niż zwykle. Wszędzie było pusto, ludzie bunkrowali się w domach z kubkami ciepłych płynów do picia, przy kominkach, z wiernym psem u stóp i rodzinami u boku. On również miał kominek w domu, trzaskający ogniem w zimne wieczory, miał też kawę rozpuszczalną i czajnik elektryczny. Psa nie miał. Nie chciał mieć. Rodziny też nie miał. Ale to nieważne.
Dość wysoki, dorosły mężczyzna szybkim krokiem pokonywał ulice miasta. Skończył pracę co prawda dwa dni temu i cały czas miał wolne, ale dopiero teraz zdecydował się, żeby wyjrzeć z pustego, szarego domu i pójść tam, gdzie miał złożyć wizytę dawno temu. Bał się. Bał się, że zastanie tam jedno z nich. Albo, nie daj Bóg, więcej niż jedno. Bał się, że go nie przyjmą. Bał się ich spotkać. Póki była pogoda na pewno chodzili tam codziennie. Teraz jednak jest bardzo zimny i wietrzny dzień. Teraz ma szansę zostać z osłabioną postacią leżącą na łóżku sam na sam. Tydzień temu słońce mocno świeciło, jednak konające lato odkaszlnęło tym ciepłem po raz ostatni cztery dni temu. Od tamtej pory wszędzie już widziało się oznaki jego morderców: jesieni i czasu. Brudne, wilgotne, na wpół sczerniałe liście wirowały w powietrzu niesione wichurą. Dziś rano siwych włosów w brązowej, przerzedzonej już z lekka czuprynie można było zobaczyć jakby więcej niż zwykle. Wszędzie było pusto, ludzie bunkrowali się w domach z kubkami ciepłych płynów do picia, przy kominkach, z wiernym psem u stóp i rodzinami u boku. On również miał kominek w domu, trzaskający ogniem w zimne wieczory, miał też kawę rozpuszczalną i czajnik elektryczny. Psa nie miał. Nie chciał mieć. Rodziny też nie miał. Ale to nieważne.
W tym samym czasie, na drugim końcu miasta, jesień bawiła się w najlepsze połami czyjegoś skórzanego, czarnego płaszcza, szarpiąc nimi na wszystkie strony i mocząc wilgotnym powietrzem. „Na szczęście nie pada” pomyślał właściciel zabawki. Wcisnął głowę w ramiona i otulił szyję ciaśniej damskim szalikiem pachnącym kokosami. Uśmiechnął się, wdychając tę woń. Kiedy tylko Stephanie dowiedziała się, że Czarny nie idzie po szkole prosto do domu, ale zmierza do szpitala by odwiedzić brata, kazała mu założyć swój szalik gdy tylko rozstali się na przystanku w Magdeburgu. Ona pobiegła do cioci a on podążył w stronę szarego budynku przeznaczonego dla chorych, konających i nieprzytomnych. Jak jego brat…
Kiedy okręcał dłuższy koniec szalika wokół szyi wichura niemiłosiernie starała się wyrwać mu go z ręki. Nie udało jej się jednak. Może gdyby to był jego szalik pozwoliłby jej na tę przyjemność. Ale ten pachniał kokosami. Tego nie odda. Za nic w świecie…
Kiedy okręcał dłuższy koniec szalika wokół szyi wichura niemiłosiernie starała się wyrwać mu go z ręki. Nie udało jej się jednak. Może gdyby to był jego szalik pozwoliłby jej na tę przyjemność. Ale ten pachniał kokosami. Tego nie odda. Za nic w świecie…
***
- Hej, synu… – Nieśmiały szept odbił się od białych ścian. Natężeniem prawie wcale nie różnił się od lekko rzężącego oddechu nieprzytomnej postaci . Szczerze mówiąc, pikanie wydobywające się z elektrycznego urządzenia wydawało sie być przy tym hałasem. Gość przestąpił z nogi na nogę, rozejrzał się nieśmiało. Nikt mu nie odpowiedział. Z westchnieniem odwiesił ciężką kurtkę na stojak i podszedł do łóżka. Usiadł przy nim na krześle. Jedynym krześle. Na tyle małym, że zmieściłby na nim swoje siedzisko jeden człowiek. Przesłanie było wyraźne – wolno tu przebywać tylko jednej osobie. Wybrańcowi spośród całej zgrai piszczących ciotek i mrukliwych wujków. Spośród kaszlących dziadków i marudzących babć. Przybysz położył nieśmiało dłoń na kołdrze obok zimnej, szczupłej, podłączonej pod kroplówkę ręki.
- Widzisz, synu… Ja nie chciałem wtedy, na kolacji u ciotki Marii… Jestem z was bardzo dumny. Naprawdę. Bardzo. Poza tym… Jesteście jedynymi dowodami tego, że kiedykolwiek istniałem. Że moje życie też miało jakiś cel. Konkretnie: danie życia tobie i twojemu bratu… – Głos powoli zaczynał mu się załamywać. Tak bardzo był świadom wszystkich błędów które popełnił wcześniej, że aż go przytłaczały. Były ciężkie. Takie ciężkie, że nie sposób utrzymać wszystkie na jednych barkach skleconych naprędce z dumy, zbytniej powagi i bezsensownego uparcia. Spoiwem było tu tylko przekonanie o tym, że jest się najważniejszym. Spoiwo to działało jak miód na zaślepione serce. Barki te jednak właśnie zaczęły się sypać, gdyż na spoiwo spadł deszcz. Miód nie wygrał z deszczem i puścił elementy rusztowania. Prawdziwe ramiona ugięły się, opadły. Wielka, męska dłoń zacisnęła się na innej, rozluźnionej i bladej, a jednocześnie łudząco podobnej do ściskającej.
- Teraz wiem, że moja rola skończona. Że nie jestem wam już do niczego potrzebny, mogę sobie iść precz. Ale ja nie chcę! – Zapiszczał. Nie zdawał sobie sprawy, że ton jego głosu był tak samo rozpaczliwy i bezradny jak głos jego drugiego syna kilka dni temu. Jak wilczur. Silny, wyjący i na swój sposób piszczący. Na pewno jednak z dodatkową nutą strachu. Do tej pory ten człowiek czepiał się świadomości, że Oni go potrzebują. Oparcie to zostało mu jednak okrutnie wyszarpnięte. Przez niego samego.
- Wróćcie do mnie, moje skrzaty. Moje maluchy. Teraz już dorosłe, wiem, ale dajcie się jeszcze raz obdarzyć ojcowskim uczuciem. Tylko raz…! – Rusztowanie legło w gruzach. Rozpalone nerwami czoło oparło się o zimną, delikatnie unoszoną od czasu do czasu pierś. Jedną ręką przycisnął sobie synowską dłoń do serca, drugą gładził jego ramię. Łkał. Tak bardzo czuł się winny tego, co się stało. Był pewien, że to przez niego posypały się relacje w tej rodzinie. Już raz te relacje zepsuł i opuścił swoje dzieci. Czy on nigdy nie nauczy się niczego nawet na własnych błędach? Błagał w myślach, żeby teraz pacjent z sali 409 jakimś cudem obudził się i przemówił do niego. Zrównał z ziemią lub przebaczył, wściekł się lub ucieszył. Niech jednak coś do niego powie! Łzy toczyły się po policzkach. Przypomniał mu się moment, gdy maleńkie dzieci w łóżeczku z drewnianymi palikami gaworzyły wesoło i nagle jedno z nich niechcący powiedziało słowo. Prawdziwe słowo. Nie zdawało sobie sprawy z jego głębokiego znaczenia, ale wiedziało kogo się wzywa tym prostym dwusylabowym słowem. To tylko cztery litery, a tak ważne… Tak pragnął, by ktoś szczerze powiedział do niego teraz…
- …Tata? – Obejrzał się. Nie usłyszał wcześniej, że wszedł. Jego sylwetka, zatrzymana wpół kroku, z jedna ręką uniesioną by odwiesić skórzany płaszcz, wydawała się krucha jak porcelanowa lalka. Potęgowała to wrażenie blada buzia i długie rzęsy. Tak dawno go nie widział. Zmienił się, włosy jeszcze mu urosły od ich ostatniego spotkania. A oczy… takie same jak u drugiego syna. Tego, którego teraz obejmował. Z tym, że teraz nagle zaszkliły się, tak jak oczy ojca. Jakby sobie uświadomił, że rodziciel nie jest tu z obowiązku, tylko z czystej chęci, potrzeby, którą podyktowało serce. Że jego serce też dyktuje taką potrzebę.
- Bill… – uniósł się i usiadł z powrotem na krześle. Wlepił na chwilę oczy we własne buty. Potem wstał. Spojrzał błagalnie na postać stojącą wciąż przy wieszaku z wyciągniętą ręką. Wciąż był zapłakany. Teraz ciemna łza przetoczyła się także przez policzek nastolatka.
- Tatuś… – Wypuścił trzymane w dłoni okrycie i prawie podbiegł do ojca. Wpadł mu w ramiona z impetem, ale był zbyt drobny, by przewrócić tego rosłego mężczyznę. Poczuł, jak go obejmuje. Już dawno nie zrobiło mu się tak ciepło. Uśmiechnął się bardzo delikatnie i wtulił policzek w jego ramię. Był od niego o ćwierć głowy wyższy, ale nie przejmowali się tym… Bo po co?
- Mój synek… Mój mały, niesforny skrzat… – Wyszeptał ojciec. Poczuł się tak, jakby rozstali się dawno temu i znowu odnaleźli. O losie, dlaczego dopiero teraz? Dlaczego oni się tak cieszą w obliczu tragedii jaką były przeżycia Toma i jego zdrowie? Odpowiedź jest prostsza niż im się wydawało. Każdy ma w życiu jakiś cel…
- Widzisz, synu… Ja nie chciałem wtedy, na kolacji u ciotki Marii… Jestem z was bardzo dumny. Naprawdę. Bardzo. Poza tym… Jesteście jedynymi dowodami tego, że kiedykolwiek istniałem. Że moje życie też miało jakiś cel. Konkretnie: danie życia tobie i twojemu bratu… – Głos powoli zaczynał mu się załamywać. Tak bardzo był świadom wszystkich błędów które popełnił wcześniej, że aż go przytłaczały. Były ciężkie. Takie ciężkie, że nie sposób utrzymać wszystkie na jednych barkach skleconych naprędce z dumy, zbytniej powagi i bezsensownego uparcia. Spoiwem było tu tylko przekonanie o tym, że jest się najważniejszym. Spoiwo to działało jak miód na zaślepione serce. Barki te jednak właśnie zaczęły się sypać, gdyż na spoiwo spadł deszcz. Miód nie wygrał z deszczem i puścił elementy rusztowania. Prawdziwe ramiona ugięły się, opadły. Wielka, męska dłoń zacisnęła się na innej, rozluźnionej i bladej, a jednocześnie łudząco podobnej do ściskającej.
- Teraz wiem, że moja rola skończona. Że nie jestem wam już do niczego potrzebny, mogę sobie iść precz. Ale ja nie chcę! – Zapiszczał. Nie zdawał sobie sprawy, że ton jego głosu był tak samo rozpaczliwy i bezradny jak głos jego drugiego syna kilka dni temu. Jak wilczur. Silny, wyjący i na swój sposób piszczący. Na pewno jednak z dodatkową nutą strachu. Do tej pory ten człowiek czepiał się świadomości, że Oni go potrzebują. Oparcie to zostało mu jednak okrutnie wyszarpnięte. Przez niego samego.
- Wróćcie do mnie, moje skrzaty. Moje maluchy. Teraz już dorosłe, wiem, ale dajcie się jeszcze raz obdarzyć ojcowskim uczuciem. Tylko raz…! – Rusztowanie legło w gruzach. Rozpalone nerwami czoło oparło się o zimną, delikatnie unoszoną od czasu do czasu pierś. Jedną ręką przycisnął sobie synowską dłoń do serca, drugą gładził jego ramię. Łkał. Tak bardzo czuł się winny tego, co się stało. Był pewien, że to przez niego posypały się relacje w tej rodzinie. Już raz te relacje zepsuł i opuścił swoje dzieci. Czy on nigdy nie nauczy się niczego nawet na własnych błędach? Błagał w myślach, żeby teraz pacjent z sali 409 jakimś cudem obudził się i przemówił do niego. Zrównał z ziemią lub przebaczył, wściekł się lub ucieszył. Niech jednak coś do niego powie! Łzy toczyły się po policzkach. Przypomniał mu się moment, gdy maleńkie dzieci w łóżeczku z drewnianymi palikami gaworzyły wesoło i nagle jedno z nich niechcący powiedziało słowo. Prawdziwe słowo. Nie zdawało sobie sprawy z jego głębokiego znaczenia, ale wiedziało kogo się wzywa tym prostym dwusylabowym słowem. To tylko cztery litery, a tak ważne… Tak pragnął, by ktoś szczerze powiedział do niego teraz…
- …Tata? – Obejrzał się. Nie usłyszał wcześniej, że wszedł. Jego sylwetka, zatrzymana wpół kroku, z jedna ręką uniesioną by odwiesić skórzany płaszcz, wydawała się krucha jak porcelanowa lalka. Potęgowała to wrażenie blada buzia i długie rzęsy. Tak dawno go nie widział. Zmienił się, włosy jeszcze mu urosły od ich ostatniego spotkania. A oczy… takie same jak u drugiego syna. Tego, którego teraz obejmował. Z tym, że teraz nagle zaszkliły się, tak jak oczy ojca. Jakby sobie uświadomił, że rodziciel nie jest tu z obowiązku, tylko z czystej chęci, potrzeby, którą podyktowało serce. Że jego serce też dyktuje taką potrzebę.
- Bill… – uniósł się i usiadł z powrotem na krześle. Wlepił na chwilę oczy we własne buty. Potem wstał. Spojrzał błagalnie na postać stojącą wciąż przy wieszaku z wyciągniętą ręką. Wciąż był zapłakany. Teraz ciemna łza przetoczyła się także przez policzek nastolatka.
- Tatuś… – Wypuścił trzymane w dłoni okrycie i prawie podbiegł do ojca. Wpadł mu w ramiona z impetem, ale był zbyt drobny, by przewrócić tego rosłego mężczyznę. Poczuł, jak go obejmuje. Już dawno nie zrobiło mu się tak ciepło. Uśmiechnął się bardzo delikatnie i wtulił policzek w jego ramię. Był od niego o ćwierć głowy wyższy, ale nie przejmowali się tym… Bo po co?
- Mój synek… Mój mały, niesforny skrzat… – Wyszeptał ojciec. Poczuł się tak, jakby rozstali się dawno temu i znowu odnaleźli. O losie, dlaczego dopiero teraz? Dlaczego oni się tak cieszą w obliczu tragedii jaką były przeżycia Toma i jego zdrowie? Odpowiedź jest prostsza niż im się wydawało. Każdy ma w życiu jakiś cel…
___________________________________________
Czytasz- komentuj.
Podoba się- obserwujemy :33
Jejkuuuu *-* jakie smutne i urocze *-*
OdpowiedzUsuńKocham kocham kocham ! ;3 a next ma być na sylwka bo zabije Tomem ;**