– Tom, Bill, macie gościa! – Krzyknęła mama lekko podenerwowanym głosem. Chłopcy zbiegli po schodach i stanęli jak wryci, by po chwili pobiec ku przybyszowi, wrzeszcząc zgodnie:
– TATA! – Już po chwili tonęli w silnych, męskich ramionach, gadając bez przerwy. Bill mówił po prostu, bez ładu i składu, aby mówić głośniej od bliźniaka i zwrócić na siebie uwagę uśmiechniętego ojca. Tom układał logiczne wypowiedzi o wydarzeniach, które pewnie niezbyt interesowały ojca, ale mimo to rodziciel go słuchał. Tom był jego pupilkiem, choć mężczyzna sam się do tego przed sobą nie przyznawał. Mały jednak chętniej jeździł z nim na przejażdżki motorowe niż jego brat, poza tym pomagał naprawiać silnik i uwielbiał rozkręcać wszystkie elektryczne urządzenia na części, podczas gdy ojciec zajmował się naprawą kół lub ulepszaniem mechanizmów motora. Był jego najlepszym kompanem, nigdy nie narzekającym na zapach smaru, zawsze uśmiechniętym, głośnym i rozbrykanym. Jak on sam, gdy był dzieckiem… Tom wiele po nim odziedziczył, zwłaszcza poczucie humoru i zdolność spania zawsze i wszędzie, o najdziwniejszych porach w najdziwniejszych miejscach…
– Przyjechałem, żeby zabrać was na małą wycieczkę. Motor jest wypucowany, nasmarowany i rozgrzany. Czeka na nas przed domem. Co wy na to?
– Koniecznie! – Roześmiał się Tom. Hura! Tak mu brakowało tych wypraw z ojcem po polnych drogach, wiatru przedzierającego się przez szpary w kasku. Czuł się wtedy jeszcze bardziej beztroski niż zwykle, jeśli tak się w ogóle dało… Spojrzał na braciszka.
– Idę powiedzieć mamie! – Krzyknął blondynek, rozpromieniony jak małe słoneczko. Wpadł do kuchni, wyrzucił z siebie kilka gorączkowych słów, machając rękami, pobiegł do swojego pokoju i przybiegł z bluzą przewiązaną w pasie.
- Gotowy! – Zakrzyknął.
- No to jedziemy! – Rzucił tata.
– TATA! – Już po chwili tonęli w silnych, męskich ramionach, gadając bez przerwy. Bill mówił po prostu, bez ładu i składu, aby mówić głośniej od bliźniaka i zwrócić na siebie uwagę uśmiechniętego ojca. Tom układał logiczne wypowiedzi o wydarzeniach, które pewnie niezbyt interesowały ojca, ale mimo to rodziciel go słuchał. Tom był jego pupilkiem, choć mężczyzna sam się do tego przed sobą nie przyznawał. Mały jednak chętniej jeździł z nim na przejażdżki motorowe niż jego brat, poza tym pomagał naprawiać silnik i uwielbiał rozkręcać wszystkie elektryczne urządzenia na części, podczas gdy ojciec zajmował się naprawą kół lub ulepszaniem mechanizmów motora. Był jego najlepszym kompanem, nigdy nie narzekającym na zapach smaru, zawsze uśmiechniętym, głośnym i rozbrykanym. Jak on sam, gdy był dzieckiem… Tom wiele po nim odziedziczył, zwłaszcza poczucie humoru i zdolność spania zawsze i wszędzie, o najdziwniejszych porach w najdziwniejszych miejscach…
– Przyjechałem, żeby zabrać was na małą wycieczkę. Motor jest wypucowany, nasmarowany i rozgrzany. Czeka na nas przed domem. Co wy na to?
– Koniecznie! – Roześmiał się Tom. Hura! Tak mu brakowało tych wypraw z ojcem po polnych drogach, wiatru przedzierającego się przez szpary w kasku. Czuł się wtedy jeszcze bardziej beztroski niż zwykle, jeśli tak się w ogóle dało… Spojrzał na braciszka.
– Idę powiedzieć mamie! – Krzyknął blondynek, rozpromieniony jak małe słoneczko. Wpadł do kuchni, wyrzucił z siebie kilka gorączkowych słów, machając rękami, pobiegł do swojego pokoju i przybiegł z bluzą przewiązaną w pasie.
- Gotowy! – Zakrzyknął.
- No to jedziemy! – Rzucił tata.
Pęd był jeszcze wspanialszy niż zwykle, zwłaszcza, że Tom na dobrą sprawę nie czuł go przez kilka ładnych lat. Bill trzymał się go bardzo mocno, oplatając jego chudy brzuch cieniutkimi rączkami. W pewnym momencie Tom zauważył, że ojciec coś mamrocze. Wsłuchał się w słowa, ale wychwycił tylko kilka sylab:
- O…e…asz…bie…oje. – Nie mógł tego poskładać, choć wydawało mu się, że tata wymawia jakieś znane mu zdania. Nagle zobaczył, ze skręcili w bardzo niebezpieczną drogę, usłaną wielkimi kamieniami. Ojciec nigdy z nimi tędy nie jeździł, bo nawet doświadczony motocyklista mógłby tu sobie skręcić kark, a co dopiero amator, jakim był jego rodziciel.
- Tato, czemu tędy jedziemy?! – Krzyknął.
- Tędy szybciej dotrzemy z powrotem do domu! Zdejmijcie kaski, będzie wam łatwiej rozbić… Znaczy podziwiać te malownicze pola! – Usłyszał w odpowiedzi. Jednak w głosie ojca pobrzmiewało jakieś dziwne zdecydowanie, desperacja i… strach. Znowu wrócił do klepania dziwnych sylab. Wertepy i koleiny zakłócały dźwięki, ale skupił się mocno i wsłuchał w dźwięki, dzięki czemu udało mu się wyłapać kolejne sylaby:
- Oj…ryś…wnie…yjdź… – I nagle zobaczył ten kamień. Wielki głaz wypolerowany przez drobiny piasku i wiatr na kształt skoczni. Kilkanaście metrów za kamieniem rozsypane były na całej drodze podobne głazy, pełne ostrych brzegów i wystających krawędzi. Za ich skupiskiem była szeroka droga, przy której stał niedaleko ich dom. Gdyby ojciec wjechał na ten kamień nie przeżyliby… I zrozumiał. Przypomniał sobie z rosnącym przerażeniem dawną kłótnię rodziców, gdy byli jeszcze małżeństwem… Tata krzyczał wtedy, że żaden inny mężczyzna nie zastąpi ojca jego synom. Że, jeśli to konieczne, to zabierze ich stąd na koniec miasta, kraju, kontynentu, albo i na tamten świat, jeśli będzie musiał. Teraz poskładał sobie wszystkie sylaby dokładnie, w wyrazy i zrozumiał, co mówił tata:
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo twoje… Przyjdź Królestwo Twoje… Przyjdź Królestwo Twoje… Królestwo…
- O…e…asz…bie…oje. – Nie mógł tego poskładać, choć wydawało mu się, że tata wymawia jakieś znane mu zdania. Nagle zobaczył, ze skręcili w bardzo niebezpieczną drogę, usłaną wielkimi kamieniami. Ojciec nigdy z nimi tędy nie jeździł, bo nawet doświadczony motocyklista mógłby tu sobie skręcić kark, a co dopiero amator, jakim był jego rodziciel.
- Tato, czemu tędy jedziemy?! – Krzyknął.
- Tędy szybciej dotrzemy z powrotem do domu! Zdejmijcie kaski, będzie wam łatwiej rozbić… Znaczy podziwiać te malownicze pola! – Usłyszał w odpowiedzi. Jednak w głosie ojca pobrzmiewało jakieś dziwne zdecydowanie, desperacja i… strach. Znowu wrócił do klepania dziwnych sylab. Wertepy i koleiny zakłócały dźwięki, ale skupił się mocno i wsłuchał w dźwięki, dzięki czemu udało mu się wyłapać kolejne sylaby:
- Oj…ryś…wnie…yjdź… – I nagle zobaczył ten kamień. Wielki głaz wypolerowany przez drobiny piasku i wiatr na kształt skoczni. Kilkanaście metrów za kamieniem rozsypane były na całej drodze podobne głazy, pełne ostrych brzegów i wystających krawędzi. Za ich skupiskiem była szeroka droga, przy której stał niedaleko ich dom. Gdyby ojciec wjechał na ten kamień nie przeżyliby… I zrozumiał. Przypomniał sobie z rosnącym przerażeniem dawną kłótnię rodziców, gdy byli jeszcze małżeństwem… Tata krzyczał wtedy, że żaden inny mężczyzna nie zastąpi ojca jego synom. Że, jeśli to konieczne, to zabierze ich stąd na koniec miasta, kraju, kontynentu, albo i na tamten świat, jeśli będzie musiał. Teraz poskładał sobie wszystkie sylaby dokładnie, w wyrazy i zrozumiał, co mówił tata:
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo twoje… Przyjdź Królestwo Twoje… Przyjdź Królestwo Twoje… Królestwo…
***
Bill się uśmiechał. Ramiona ojca były ciepłe i bezpieczne. Tak jak pewnego ciepłego, letniego dnia, w sześć lat po tym, jak rodzice się rozwiedli. Jörg już z nimi mieszkał od paru ładnych tygodni, i wtedy odwiedził ich tata. Przypomniał sobie radość, jaka go wtedy rozpierała, biegł do niego jak na skrzydłach. Potem i tak pobiegł do kuchni, do mamy, aby oznajmić, że tata chce zabrać jego i Toma na przejażdżkę motorem. Pamiętał, jak zapaliły się jej wtedy w oczach dziwne ogniki, teraz zorientowałby się pewnie, że była przeciwna temu pomysłowi ciałem i duszą, ale nie potrafił wtedy zinterpretować jej spojrzenia. Pamiętał, co się stało wtedy podczas przejażdżki. Wezbrała w nim nagle czysta złość. Czy ten facet nie ma za grosz honoru?
Ze wszystkich sił odepchnął od siebie ojca. Mężczyzna nic nierozumiejącymi oczami zlustrował jego twarz. Ciepło wyparowało z czekoladowych oczu w mgnieniu oka. Wściekłym gestem porcelanowa ręka wytarła ciemną łzę z porcelanowej twarzy, rozmazując ją przy okazji w szarą smużkę.
– Za mało. – Wycedził przez karminowe wargi. – Nie wybaczę ci ot tak… uderzyłeś mnie kilka miesięcy temu, bardzo mocno. Potem uderzyłeś Toma… A teraz przychodzisz, gdy leży tu bezbronny i nieprzytomny i śmiesz płakać przy jego łóżku? Nie możesz sobie pozwolić nawet na potrzymanie jego ręki. Z czystej uczciwości! Ale nie, ty wolisz zgrywać…
– Przepraszam, Bill, za wszystko. – Wpadł mu w słowo. – Cokolwiek masz mi do zarzucenia, na pewno jest prawdziwym oskarżeniem, więc błagam, wybacz mi! – Łzy znowu poczęły wzbierać w zmęczonych męskich oczach.
– Przepraszaj Toma. Przeproś mamę. Może oni ci wybaczą. Ale mi zwykłe „przepraszam” nie wystarczy. Musisz mi pokazać. Ale ty mi nigdy nie pokażesz ojcostwa. Ty po prostu nie umiesz być tatą! – Wrzasnął, odwrócił się na pięcie i wypadł z pokoju. Zbiegł po schodach pełen furii, wściekły wpadł do szpitalnej kawiarni i, rzuciwszy kobiecie w okienku dwa euro, warknął tylko:
- Kawę. Z mlekiem i cukrem. Reszta dla pani.
Ze wszystkich sił odepchnął od siebie ojca. Mężczyzna nic nierozumiejącymi oczami zlustrował jego twarz. Ciepło wyparowało z czekoladowych oczu w mgnieniu oka. Wściekłym gestem porcelanowa ręka wytarła ciemną łzę z porcelanowej twarzy, rozmazując ją przy okazji w szarą smużkę.
– Za mało. – Wycedził przez karminowe wargi. – Nie wybaczę ci ot tak… uderzyłeś mnie kilka miesięcy temu, bardzo mocno. Potem uderzyłeś Toma… A teraz przychodzisz, gdy leży tu bezbronny i nieprzytomny i śmiesz płakać przy jego łóżku? Nie możesz sobie pozwolić nawet na potrzymanie jego ręki. Z czystej uczciwości! Ale nie, ty wolisz zgrywać…
– Przepraszam, Bill, za wszystko. – Wpadł mu w słowo. – Cokolwiek masz mi do zarzucenia, na pewno jest prawdziwym oskarżeniem, więc błagam, wybacz mi! – Łzy znowu poczęły wzbierać w zmęczonych męskich oczach.
– Przepraszaj Toma. Przeproś mamę. Może oni ci wybaczą. Ale mi zwykłe „przepraszam” nie wystarczy. Musisz mi pokazać. Ale ty mi nigdy nie pokażesz ojcostwa. Ty po prostu nie umiesz być tatą! – Wrzasnął, odwrócił się na pięcie i wypadł z pokoju. Zbiegł po schodach pełen furii, wściekły wpadł do szpitalnej kawiarni i, rzuciwszy kobiecie w okienku dwa euro, warknął tylko:
- Kawę. Z mlekiem i cukrem. Reszta dla pani.
Zaczekał przy stoliku pół godziny. W małym okienku zobaczył charakterystyczne szybkie kroki i mężczyznę wsiadającego do auta. „Jakby nie mógł szybciej” syknął w myślach, zły. Dopił ostatni łyk obrzydliwej, rozwodnionej brązowej cieczy i wstał. Wszedł spokojnie po schodach i udał się z powrotem do sali 409. Tom leżał, jak leżał wcześniej. Usiadł przy nim na łóżku i jak zwykle położył się przy nim. Reszta wizyty potoczyła się tak, jak każda inna. Układał mu dredy w aureolę wokół głowy, rozburzał je i przekładał w inny wzór. Obserwował ruchy jego oczu pod powiekami. Trzymał chwilę za rękę. Poprawiał poduszki.
- Nic, Tom, prawda? Zupełnie nic się nie zmieniło. Ani od wczoraj, ani od tygodnia… – Westchnął i zdjął płaszcz z wieszaka. Ubrawszy się podszedł jeszcze do łóżka.
- Walcz, braciszku. Walcz o przytomność. Dla nas obu.
- Nic, Tom, prawda? Zupełnie nic się nie zmieniło. Ani od wczoraj, ani od tygodnia… – Westchnął i zdjął płaszcz z wieszaka. Ubrawszy się podszedł jeszcze do łóżka.
- Walcz, braciszku. Walcz o przytomność. Dla nas obu.
***
– Bill, włóż kask z powrotem. – Rzucił do brata. Posłuchał. Jemu też coś tutaj nie pasowało, ale nie rozumiał co się dzieje. Tom także schronił głowę w kasku.
- Tato, kamień. – Nie odpowiedział od razu.
- Widzę.
- Rozbijemy się…
- Tak. – Tutaj słychać było nutę ulgi.
- Nie przeżyjemy. – Przerażenie zamieniło się w zimne dreszcze.
- Nie. – Dreszcze zmieniły się w panikę.
- Tato, a co z mamą? – Nie otrzymał odpowiedzi, bo w tym momencie koła pojazdu zderzyły się z głazem i poszybowali wysoko nad drogą. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Przelecieli na stertą głazów. Ostatni z nich musnęły boczne części opon tylnego koła, przez co motor przechylił się nieznacznie. Wyrżnęli w drogę z taką siłą, że Toma zamroczyło na moment. Przywalił głową w ziemię, bo wylądowali na prawym boku. Przejechali kilka metrów. Poczuł pieczenie na prawym udzie. „Skóra mi się zdziera od asfaltu” przeleciało mu przez głowę. Zaczęli zwalniać. Kilka odłamków blach oderwało się od maszyny. Słyszał, jak zarysowały powierzchnię jego kasku. W końcu się zatrzymali. Dokładnie przed ich domem. Tom puścił ojca i rozejrzał się, półprzytomny. Było zupełnie pusto i cicho, a on przed chwilą mało nie stracił życia. Pomacał lekko swoje ciało, by upewnić się że nic mu się nie stało. Prawa nogawka spodni była mokra. Spojrzał na nią. Materiał rozdarł się w jednym miejscu ukazując jego nogę, czerwoną, brudną i poszarpaną. Nie czuł jednak bólu.
- Bill? Jesteś tam? Nic ci się nie stało? Bill? – Nic nie usłyszał. Zrzucił z głowy kask. Wyczołgał się spod metalu, na ile mógł i odwrócił do Billa. Zdjął mu kask. Widział przerażone oczy, ale brak reakcji. „On jest w szoku. Może to i lepiej…” pomyślał. Uwolnił się zupełnie spod ciężaru i wyciągnął bezwładnego brata. Musiał lekko szarpnąć, gdy stopa zaklinowała mu się między siedzeniem a ziemią i wtedy mały wrzasnął rozdzierająco. „Noga. Ma złamaną nogę.” Zobaczył, że biegną ku nim Jörg i mama. Ojciec był przytomny i wściekły, a chłopcy półleżeli na asfalcie. Chorzy ze strachu, ale żywi. Ojczym wziął zemdlonego już Billa na ręce i zaniósł do samochodu. Pewnie chcieli jechać na pogotowie. Toma mama też zaniosła. Przez tylną szybę auta zobaczył jeszcze, jak Jörg wraca, podnosi jego ojca za ubranie, bierze zamach i… ŁUP! Aż mężczyzna upadł z powrotem na asfalt. Chłopiec nie współczuł mu jednak ani trochę. Bill obudził się z letargu i spojrzał na brata, po czym wybuchnął płaczem. Tom nic nie powiedział. Przytulił go tylko, wciąż zszokowany i przerażony, ale bezpieczny.
– Bill, włóż kask z powrotem. – Rzucił do brata. Posłuchał. Jemu też coś tutaj nie pasowało, ale nie rozumiał co się dzieje. Tom także schronił głowę w kasku.
- Tato, kamień. – Nie odpowiedział od razu.
- Widzę.
- Rozbijemy się…
- Tak. – Tutaj słychać było nutę ulgi.
- Nie przeżyjemy. – Przerażenie zamieniło się w zimne dreszcze.
- Nie. – Dreszcze zmieniły się w panikę.
- Tato, a co z mamą? – Nie otrzymał odpowiedzi, bo w tym momencie koła pojazdu zderzyły się z głazem i poszybowali wysoko nad drogą. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Przelecieli na stertą głazów. Ostatni z nich musnęły boczne części opon tylnego koła, przez co motor przechylił się nieznacznie. Wyrżnęli w drogę z taką siłą, że Toma zamroczyło na moment. Przywalił głową w ziemię, bo wylądowali na prawym boku. Przejechali kilka metrów. Poczuł pieczenie na prawym udzie. „Skóra mi się zdziera od asfaltu” przeleciało mu przez głowę. Zaczęli zwalniać. Kilka odłamków blach oderwało się od maszyny. Słyszał, jak zarysowały powierzchnię jego kasku. W końcu się zatrzymali. Dokładnie przed ich domem. Tom puścił ojca i rozejrzał się, półprzytomny. Było zupełnie pusto i cicho, a on przed chwilą mało nie stracił życia. Pomacał lekko swoje ciało, by upewnić się że nic mu się nie stało. Prawa nogawka spodni była mokra. Spojrzał na nią. Materiał rozdarł się w jednym miejscu ukazując jego nogę, czerwoną, brudną i poszarpaną. Nie czuł jednak bólu.
- Bill? Jesteś tam? Nic ci się nie stało? Bill? – Nic nie usłyszał. Zrzucił z głowy kask. Wyczołgał się spod metalu, na ile mógł i odwrócił do Billa. Zdjął mu kask. Widział przerażone oczy, ale brak reakcji. „On jest w szoku. Może to i lepiej…” pomyślał. Uwolnił się zupełnie spod ciężaru i wyciągnął bezwładnego brata. Musiał lekko szarpnąć, gdy stopa zaklinowała mu się między siedzeniem a ziemią i wtedy mały wrzasnął rozdzierająco. „Noga. Ma złamaną nogę.” Zobaczył, że biegną ku nim Jörg i mama. Ojciec był przytomny i wściekły, a chłopcy półleżeli na asfalcie. Chorzy ze strachu, ale żywi. Ojczym wziął zemdlonego już Billa na ręce i zaniósł do samochodu. Pewnie chcieli jechać na pogotowie. Toma mama też zaniosła. Przez tylną szybę auta zobaczył jeszcze, jak Jörg wraca, podnosi jego ojca za ubranie, bierze zamach i… ŁUP! Aż mężczyzna upadł z powrotem na asfalt. Chłopiec nie współczuł mu jednak ani trochę. Bill obudził się z letargu i spojrzał na brata, po czym wybuchnął płaczem. Tom nic nie powiedział. Przytulił go tylko, wciąż zszokowany i przerażony, ale bezpieczny.
***
Niezadowolone okrzyki Svenji niosły się chyba na sto kilometrów. No, może nie, w każdym razie były wystarczająco głośne, by wkurzyć sąsiadów, ale nie na tyle, by rozbudzić znudzone przyjaciółki. Krzyki te były już niemal traktowane jak cisza, rozbrzmiewały bowiem od ładnych paru kwadransów. Wszystkie już ziewały: Elena, Doris, Eva i Stephanie niemal przysypiały, półleżąc na kanapie, podczas gdy Svenja walczyła w swoim przekonaniu o zachowanie choćby odrobiny godności. Za parawanem, ponieważ Nina uparła się, że zaprezentuje pozostałym dopiero ostateczny efekt, żeby ściąć je z nóg. W swoim ogromnym pokoju blondynka malowała, czesała i ubierała posiadaczkę wyjątkowo szerokich, poszarpanych spodni. Wściekła dziewczyna walczyła, jak mogła, gdy zbliżano się do niej z podkładem, lokówką czy sukienką. To było co najmniej irytujące. Nina cały czas miała zmarszczone brwi, ale starała się jak najłagodniej odnosić do rozbestwionej szatynki. W pewnym momencie swoim oporem i wrzaskami doprowadziła jednak do ostateczności zirytowaną blondynkę, ale usłyszała tylko kilka słów wysyczanych przez zęby:
- Chcesz, do ciężkiej cholery, zdobyć mężczyznę? Naucz się nareszcie, jak być kobietą! W tym, co nazywasz swoim prawdziwym wcieleniem, normalna kobieta co najwyżej grzebie w ogródku! – Zapadła cisza. Mocne słowa, prawda? Jednak skutecznie uspokoiły rozwścieczoną chłopczycę. Na początku siedziała obrażona, potem trochę smutna, ale nareszcie można było do końca ułożyć jej włosy i dokończyć makijaż. Kolejna fala oporu powstała jednak przy zakładaniu sukienki.
- Wszystko, tylko nie sukienka! Nienawidzę sukienek! Dlaczego nie mogłaś wybrać rybaczek, szortów, albo nawet tych okropnych rurek? Dlaczego sukienka?
- Svenja… Ja cię proszę… – Zirytowany ton tej krótkiej, pozornie spokojnej wypowiedzi był tak wściekle jadowity, że niemal namacalnie można było wyczuć jaskrawozieloną, żrącą ciecz skapującą ze słów. Twarz blondynki przybliżyła się do twarzy protestującej, oczy miotały błyskawice. Nawet wiecznie stawiająca się Svenja musiała w końcu ustąpić. Gdy spuściła oczy i wyciągnęła dłoń po nieszczęsną część garderoby, wzrok tamtej na powrót złagodniał. Pogłaskała speszoną dziewczynę po ramieniu i powiedziała cicho:
- Sorry. Musisz to przecierpieć. Pamiętaj, że się opłaci. – Svenja opuściła głowę i zaczęła zzuwać koszulkę i podarte dżinsy. Nina wyszła zza parawanu i podała dziewczynom herbatę. W tym momencie rozdzwonił się dzwonek do drzwi. Eva spojrzała na zegar ścienny.
- Jak zawsze diabelnie punktualny. Czy on stoi pod drzwiami i odlicza sekundy do dokładnej godziny, zanim zadzwoni dzwonkiem?
- Elena, otwórz mu. Ja pomogę Svenji pozapinać tę sukienkę.
- Jasne. – Gotka zbiegła po schodach, zamiatając spódnicą. Svenja wyszła zza parawanu w pełnym makijażu, krótkiej białej sukience i z ułożonymi w delikatne fale włosami. Wbrew pozorom, bardzo się nie różniła od tej wyluzowanej, żującej gumę i nie cierpiącej szkoły dziewczyny, która w lecie miała wiecznie podrapane kolana. Mimo wszystko stała teraz przed nimi ta sama osoba, tylko że w wersji… olśniewającej.
– No, no… – Stephanie gwizdnęła przeciągle. Eva wyszczerzyła się wymownie, Doris zsunęła okulary z nosa i z uśmiechem zrobiła krzywe brwi.
- Ciekawa jestem jaka będzie reakcja Billa. W końcu jest chłopakiem, a tacy jak on najbardziej doceniają kobiece piękno. – Rzuciła.
- Nieźle, nie? – Nina wydawała się być dumna. Dziewczyny wydawały się być zachwycone. Svenja wydawała się być zakłopotana do granic możliwości. Kroki Billa i Eleny wydawały się być coraz bliżej. Wszystko wydawało się być… jakieś. Drzwi otworzyły się powoli. Elena aż przystanęła, wchodząc do pokoju. Potem potknęła się, bo Bill wpadł na nią niechcący.
- No, Elena, nie rób mi tego! Ja już nie mogę, wiesz, jaki jestem ciekawski! Jak ona wygląda? Wcisnęłyście ją może w sukienkę? Albo szorty? Spódniczkę? – Mówiąc to, próbował cokolwiek dojrzeć pod jej ramieniem i spomiędzy jej włosów. W końcu jednak dziewczyna wpuściła go miłosiernie do pomieszczenia aby sam mógł ocenić efekty popołudniowej pracy. Ocenił. Stanął jak wryty. Oczy prawie wylazły mu z orbit. Svenji było coraz bardziej głupio.
- O kur…
- No, no, no! Nie przeklina się przy damach! – Roześmiała się Elena w porę kładąc mu palec na usta. Steph zjeżyła się lekko w duchu na ten widok. W końcu uwielbiała jego usta, a tak rzadko dane jej było ich dotknąć. Musiała się zadowalać wnikliwym wzrokowym studiowaniem warg, przypominających jej lśniącą, wilgotną satynę… Zawsze była ciekawa, czy w dotyku też ją przypominają… A może raczej zanurzony w gorącej wodzie jedwab? Taki jedwab, kiedy dotknie skóry, przykleja się do niej, pociągając za sobą resztę materiału, jakby chciał coraz więcej… Obejmuje ją, przekazując momentalnie swoje mokre ciepło zmarzniętemu ciału…
- Chcesz, do ciężkiej cholery, zdobyć mężczyznę? Naucz się nareszcie, jak być kobietą! W tym, co nazywasz swoim prawdziwym wcieleniem, normalna kobieta co najwyżej grzebie w ogródku! – Zapadła cisza. Mocne słowa, prawda? Jednak skutecznie uspokoiły rozwścieczoną chłopczycę. Na początku siedziała obrażona, potem trochę smutna, ale nareszcie można było do końca ułożyć jej włosy i dokończyć makijaż. Kolejna fala oporu powstała jednak przy zakładaniu sukienki.
- Wszystko, tylko nie sukienka! Nienawidzę sukienek! Dlaczego nie mogłaś wybrać rybaczek, szortów, albo nawet tych okropnych rurek? Dlaczego sukienka?
- Svenja… Ja cię proszę… – Zirytowany ton tej krótkiej, pozornie spokojnej wypowiedzi był tak wściekle jadowity, że niemal namacalnie można było wyczuć jaskrawozieloną, żrącą ciecz skapującą ze słów. Twarz blondynki przybliżyła się do twarzy protestującej, oczy miotały błyskawice. Nawet wiecznie stawiająca się Svenja musiała w końcu ustąpić. Gdy spuściła oczy i wyciągnęła dłoń po nieszczęsną część garderoby, wzrok tamtej na powrót złagodniał. Pogłaskała speszoną dziewczynę po ramieniu i powiedziała cicho:
- Sorry. Musisz to przecierpieć. Pamiętaj, że się opłaci. – Svenja opuściła głowę i zaczęła zzuwać koszulkę i podarte dżinsy. Nina wyszła zza parawanu i podała dziewczynom herbatę. W tym momencie rozdzwonił się dzwonek do drzwi. Eva spojrzała na zegar ścienny.
- Jak zawsze diabelnie punktualny. Czy on stoi pod drzwiami i odlicza sekundy do dokładnej godziny, zanim zadzwoni dzwonkiem?
- Elena, otwórz mu. Ja pomogę Svenji pozapinać tę sukienkę.
- Jasne. – Gotka zbiegła po schodach, zamiatając spódnicą. Svenja wyszła zza parawanu w pełnym makijażu, krótkiej białej sukience i z ułożonymi w delikatne fale włosami. Wbrew pozorom, bardzo się nie różniła od tej wyluzowanej, żującej gumę i nie cierpiącej szkoły dziewczyny, która w lecie miała wiecznie podrapane kolana. Mimo wszystko stała teraz przed nimi ta sama osoba, tylko że w wersji… olśniewającej.
– No, no… – Stephanie gwizdnęła przeciągle. Eva wyszczerzyła się wymownie, Doris zsunęła okulary z nosa i z uśmiechem zrobiła krzywe brwi.
- Ciekawa jestem jaka będzie reakcja Billa. W końcu jest chłopakiem, a tacy jak on najbardziej doceniają kobiece piękno. – Rzuciła.
- Nieźle, nie? – Nina wydawała się być dumna. Dziewczyny wydawały się być zachwycone. Svenja wydawała się być zakłopotana do granic możliwości. Kroki Billa i Eleny wydawały się być coraz bliżej. Wszystko wydawało się być… jakieś. Drzwi otworzyły się powoli. Elena aż przystanęła, wchodząc do pokoju. Potem potknęła się, bo Bill wpadł na nią niechcący.
- No, Elena, nie rób mi tego! Ja już nie mogę, wiesz, jaki jestem ciekawski! Jak ona wygląda? Wcisnęłyście ją może w sukienkę? Albo szorty? Spódniczkę? – Mówiąc to, próbował cokolwiek dojrzeć pod jej ramieniem i spomiędzy jej włosów. W końcu jednak dziewczyna wpuściła go miłosiernie do pomieszczenia aby sam mógł ocenić efekty popołudniowej pracy. Ocenił. Stanął jak wryty. Oczy prawie wylazły mu z orbit. Svenji było coraz bardziej głupio.
- O kur…
- No, no, no! Nie przeklina się przy damach! – Roześmiała się Elena w porę kładąc mu palec na usta. Steph zjeżyła się lekko w duchu na ten widok. W końcu uwielbiała jego usta, a tak rzadko dane jej było ich dotknąć. Musiała się zadowalać wnikliwym wzrokowym studiowaniem warg, przypominających jej lśniącą, wilgotną satynę… Zawsze była ciekawa, czy w dotyku też ją przypominają… A może raczej zanurzony w gorącej wodzie jedwab? Taki jedwab, kiedy dotknie skóry, przykleja się do niej, pociągając za sobą resztę materiału, jakby chciał coraz więcej… Obejmuje ją, przekazując momentalnie swoje mokre ciepło zmarzniętemu ciału…
Z zamyślenia wyrwało ją stanowcze szturchnięcie Evy. Zdała sobie sprawę, że gapi się na niego jak w obrazek rozmaślonym wzrokiem. Pod drwiącym spojrzeniem przyjaciółki spaliła cegłę, chowając swój wzrok gdzieś między fałdami ładnego damskiego szalika trzymanego przez Czarnego. Po chwili zdała sobie sprawę, że to jej własny szalik. Zrobiło jej się gorąco. Czyżby miał zamiar jej go oddać tak przy wszystkich? Może chciał przez to powiedzieć, że nie chce mieć z nią nic wspólnego? Po cichu liczyła, ze nigdy jej go nie odda. Konsekwencja jaką byłoby chore gardło zupełnie jej nie interesowała. Dla marzenia, że Bill uważa ją za bardzo ważną osobę, dla wizji trzymającego jej szalik w rękach i wpatrującego się w wełniany splot ciepłym wzrokiem mogłaby znosić najgorsze odmiany grypy. A on tymczasem chce jej go oddać! Tak po prostu, jakby nie miała dla niego żadnego znaczenia! Poczuła się wypompowana i bezwładna, jak przyczyna jej nagłego złego humoru zwisająca z bladej, szczupłej dłoni stojącego przed nią młodego mężczyzny.
– Svenja, uważam, że wyglądasz po prostu powalająco! – wykrzyknął nagle z zachwytem. Doris spojrzała ukradkiem na Białowłosą. Od dawna czuła, że Simba coś dla niej znaczy. Buzująca na jej twarzy wściekłość przemieszana ze smutkiem tylko to teraz potwierdziła. Rzuciła Evie, Ninie i Elenie porozumiewawcze spojrzenia, gdy Bill obchodził rozrabiarę dookoła nie mogąc napatrzeć się na niecodzienny widok: odsłonięte, mocne, opalone nogi Svenji i jej krągłe biodra zawsze ukryte skrzętnie pod zwisającymi spodniami, a teraz pięknie wyeksponowane. Dziewczyny skinęły głową w odpowiedzi. Steph był zazdrosna. Strasznie.
– A ty, Stephanie? Jak uważasz? – Zapytała ostrożnie Nina. Nie chciała prowokować przyjaciółki do niczego pochopnego, zwłaszcza, że sama umalowała i wystroiła Sven, była więc potencjalną sprawczynią niemego zamieszania. Jednak dziewczyny mogły spokojnie liczyć na rozsądek i dobre serce Śnieżki.
- Jesteś po prostu cudowna! Peter oszaleje na twoim punkcie!
- Peter? – Zapytał Bill.
- Tak ma na imię chłopak który jej się tak podoba. – Końcówkę zdania Stephanie mocno zaakcentowała, patrząc na Billa zimno, jakby chciała powiedzieć „ona już kogoś ma, nie jest Tobą zainteresowana, więc przestań się tak wpatrywać, jakbyś obcisłej sukienki nie widział!”.
- Nie… Nie chcę tak od razu psuć efektu, więc nie będę zmywała makijażu ani myła włosów, ale czy mogę się już przynajmniej przebrać? – Zapytała niepewnie do granic możliwości speszona Svenja.
- No jasne. Ale zamiast koszulki założysz to. – Nina rzuciła jej popielaty top z błękitnym nadrukiem. Dziewczyna chwyciła go w powietrzu i wbiegła za parawan.
- A co tam u ciebie, Bill? Jak stan Toma? – Zagadnęła Eva.
- Wczoraj, gdy przyszedłem do niego, na krześle obok łóżka siedział mój ojciec. – Zapadła zupełna cisza. Wszystkie dziewczyny wiedziały o napiętych kontaktach Billa ze swoim rodzicielem. – Zatkało mnie zupełnie na jego widok. Parę tygodni minęło od czasu kiedy widziałem go ostatni raz. Nawet nie podejrzewałem, że się za nim tak stęskniłem. Na chwilę aż mnie zamroczyło ze szczęścia. Zdałem sobie sprawę, że on przyszedł do Toma nie z obowiązku, a z czystej chęci. Podbiegłem do niego i się przytuliłem. Zaczął płakać, a ja z nim. Ale to było chwilowe. Potem przed oczami stanął mi obraz, gdy kłócił się z mamą po pewnym… przykrym wydarzeniu.- Wyraz twarzy Czarnego zaczął ukazywać najgorsze emocje. – Wściekłem się. Nawrzucałem mu. Nie wiedział, co się dzieje, mimo to zaczął mnie przepraszać. Stwierdziłem jednak, że nie mam ochoty go oglądać i wyszedłem z sali wzburzony jak nigdy. Poczekałem w kawiarni na dole szpitala aż ojciec wyjdzie z budynku i wróciłem do Toma. Jego stan się nie zmienił. – Tutaj spuścił już oczy, rozczarowany. – Nawet ja, człowiek który na siłę sobie wmawia, że jest lepiej, że on rusza oczami, czasem nawet wydawało mi się, że wzdycha albo minimalnie zgina palce, gdy trzymam go za rękę. Wierzę w te wymysły, choć wiem że to nie jest prawda. Dają mi jednak nadzieję, podbudowują. – Głęboko i powoli wciągnął powietrze po czym wypuścił je ze zrezygnowaną miną. – Od ostatnich paru dni jednak nawet ja nie widzę najdrobniejszych zmian na lepsze. Choć na gorsze, dzięki Bogu, też nie. – Zakończył z lekkim uśmiechem. Głaskał w międzyczasie fałdy trzymanego przez niego szalika. Nawet tutaj wyczuwał bardzo subtelny kokosowy aromat. Był pewien, że nie wydobywa się on z miękkiego przedmiotu tylko z szyi i włosów jego właścicielki… W końcu sam zadbał, by kokosy zniknęły z wełnianego wyrobu.
– A ty, Stephanie? Jak uważasz? – Zapytała ostrożnie Nina. Nie chciała prowokować przyjaciółki do niczego pochopnego, zwłaszcza, że sama umalowała i wystroiła Sven, była więc potencjalną sprawczynią niemego zamieszania. Jednak dziewczyny mogły spokojnie liczyć na rozsądek i dobre serce Śnieżki.
- Jesteś po prostu cudowna! Peter oszaleje na twoim punkcie!
- Peter? – Zapytał Bill.
- Tak ma na imię chłopak który jej się tak podoba. – Końcówkę zdania Stephanie mocno zaakcentowała, patrząc na Billa zimno, jakby chciała powiedzieć „ona już kogoś ma, nie jest Tobą zainteresowana, więc przestań się tak wpatrywać, jakbyś obcisłej sukienki nie widział!”.
- Nie… Nie chcę tak od razu psuć efektu, więc nie będę zmywała makijażu ani myła włosów, ale czy mogę się już przynajmniej przebrać? – Zapytała niepewnie do granic możliwości speszona Svenja.
- No jasne. Ale zamiast koszulki założysz to. – Nina rzuciła jej popielaty top z błękitnym nadrukiem. Dziewczyna chwyciła go w powietrzu i wbiegła za parawan.
- A co tam u ciebie, Bill? Jak stan Toma? – Zagadnęła Eva.
- Wczoraj, gdy przyszedłem do niego, na krześle obok łóżka siedział mój ojciec. – Zapadła zupełna cisza. Wszystkie dziewczyny wiedziały o napiętych kontaktach Billa ze swoim rodzicielem. – Zatkało mnie zupełnie na jego widok. Parę tygodni minęło od czasu kiedy widziałem go ostatni raz. Nawet nie podejrzewałem, że się za nim tak stęskniłem. Na chwilę aż mnie zamroczyło ze szczęścia. Zdałem sobie sprawę, że on przyszedł do Toma nie z obowiązku, a z czystej chęci. Podbiegłem do niego i się przytuliłem. Zaczął płakać, a ja z nim. Ale to było chwilowe. Potem przed oczami stanął mi obraz, gdy kłócił się z mamą po pewnym… przykrym wydarzeniu.- Wyraz twarzy Czarnego zaczął ukazywać najgorsze emocje. – Wściekłem się. Nawrzucałem mu. Nie wiedział, co się dzieje, mimo to zaczął mnie przepraszać. Stwierdziłem jednak, że nie mam ochoty go oglądać i wyszedłem z sali wzburzony jak nigdy. Poczekałem w kawiarni na dole szpitala aż ojciec wyjdzie z budynku i wróciłem do Toma. Jego stan się nie zmienił. – Tutaj spuścił już oczy, rozczarowany. – Nawet ja, człowiek który na siłę sobie wmawia, że jest lepiej, że on rusza oczami, czasem nawet wydawało mi się, że wzdycha albo minimalnie zgina palce, gdy trzymam go za rękę. Wierzę w te wymysły, choć wiem że to nie jest prawda. Dają mi jednak nadzieję, podbudowują. – Głęboko i powoli wciągnął powietrze po czym wypuścił je ze zrezygnowaną miną. – Od ostatnich paru dni jednak nawet ja nie widzę najdrobniejszych zmian na lepsze. Choć na gorsze, dzięki Bogu, też nie. – Zakończył z lekkim uśmiechem. Głaskał w międzyczasie fałdy trzymanego przez niego szalika. Nawet tutaj wyczuwał bardzo subtelny kokosowy aromat. Był pewien, że nie wydobywa się on z miękkiego przedmiotu tylko z szyi i włosów jego właścicielki… W końcu sam zadbał, by kokosy zniknęły z wełnianego wyrobu.
Będąc jeszcze w domu zastanawiał się poważnie, czy Steph miałaby coś przeciwko temu, żeby zabrał sobie ten szalik na zawsze. A przynajmniej na jakiś czas. Trzymałby go pod poduszką, albo w jakiejś skrytce i wyciągał stamtąd każdego wieczoru, by przed snem wciągnąć w płuca odrobinę nieszkodliwego narkotyku, jakim był dla niego zapach skóry Białowłosej. Stwierdził jednak, że mogłaby się na niego za to obrazić, poza tym prędzej czy później ten szalik przeszedłby jego własnym zapachem. Z cwaną miną wyperfumował go więc starannie swoją wodą toaletową. „Jeśli już muszę jej go oddać, to niech przynajmniej ma po mnie małą pamiątkę”, myślał przy tym.
Po chwili zza parawanu wyszła Svenja, wyraźnie odprężona, ze zwykłym sobie zbójeckim uśmiechem. Usiadła między Billem a Eleną i powiedziała spokojnie:
- Będzie dobrze, chłopcze. Skoro Tomowi się nie polepsza, proś Boga, aby zaczęło. Ale nie zapomnij podziękować też za to, że mu się nie pogarsza, bo Bóg z pewnością ma też swoje ego, które warto od czasu do czasu mile połechtać. – Wszyscy spojrzeli na nią lekko zdziwieni. Każdy wiedział, że Svenja chodzi do kościoła co niedzielę, ale nigdy nie mówiła o swojej wierze w ten sposób, czasami zdarzało jej się też bardzo nieciekawie wypowiadać się na temat księży, Kościoła i wszystkiego, co z nimi związane… A tu proszę. Przedstawia nadzieję w osobie Boga, którego tak często bezlitośnie krytykuje. Miała teraz miły, ciepły wzrok, niczym starsza siostra. Objęła go jednym ramieniem i przycisnęła do siebie.
- A poza tym to od czasu do czasu przydałoby ci się więcej śmiechu. Zmarszczki ci się porobią od tej poważnej miny. – Roześmiali się. Stephanie patrzyła jednak tylko na dłoń dziewczyny, głaszcząca pewne chude ramię i czuła, jak wzbiera w niej wściekłość i płacz. Przyznała się. Przyznała sama przed sobą. Jest zazdrosna. Jest niemożliwie, okropnie, bezgranicznie zazdrosna, bo Svenji podoba się Peter i może głaskać Billa po ramieniu bez obaw, Nina lubi Toma, ale wolno jej chodzić z Czarnym za rękę, a ona? Ona może mu co najwyżej pożyczyć od czasu do czasu cholerny szalik.
- Muszę się już zbierać. – Oznajmiła łamiącym się głosem i wyszła z pokoju szybko, starając się wcisnąć łzy z powrotem do oczu. Czarny uniósł jedną brew, na co Eva spojrzała na niego cierpko i rzuciła:
- Nie wierzę, że będziesz tutaj siedział i patrzył. Idź do niej.
- Ale czemu nagle zrobiła się taka zła? – spytał.
- Jest zazdrosna. O ciebie. – Sprostowała Doris. Zaczerwienił się, dziewczyny na to tylko przewróciły oczami. W końcu Nina zwyczajnie go wypchnęła, mówiąc tylko, „żeby tego nie spieprzył, bo gorzko pożałuje”. Zbiegł szybko po schodach, zastając dziewczynę wkładającą buty. Słyszał, że głęboko oddycha, próbując się uspokoić. Zawołał ją.
- Czego chcesz? – Warknęła.
- Ja… Eee… - „No tak. Pięknie, Kaulitz. Jak zwykle nie wiesz co powiedzieć w momencie, gdy powinieneś mówić jak najwięcej. Tylko tak trzymać.” Rozłożył ręce w bezradnym geście. W jednej wciąż trzymał szalik. Gdy wzrok dziewczyny na niego padł, zauważył, że ściąga brwi i zaciska usta, jakby miała się rozpłakać.
- Wychodzisz już? – Szepnął, chcąc zapobiec katastrofie.
- Tak. Zasiedziałam się.
- Mama potrzebuje twojej pomocy? – Podpowiedział.
- Yyy… Tak. Tak, właśnie, mama mnie potrzebuje. – Zaczęła nerwowo mocować się z rękawiczkami, rzucając mu szybkie spojrzenia. – Wiesz, jak to jest, gdy mama potrzebuje… pomocy. Pomoc jest bardzo ważna. Mama też jest bardzo ważna. Mamy nie mogę zawieść. – Zamaszystym ruchem włożyła podany jej przez Czarnego płaszczyk.
- No tak, oczywiście, ale…
- Ale co?
- Jest już ciemno. Może cię…
- Tak? – W jej oczach zapaliła się iskra nadziei.
- …odprowadzę? Chociaż kawałek. – Powiedział. Nie potrzebował jej zgody, bo właśnie sam ubrał już buty i skórzany płaszcz.
- Jasne… Czemu… Czemu nie? – uśmiechnęła się. Może nie będzie aż tak źle?
- Aha, zapomniałbym. Żebyś się nie przeziębiła. – Założył jej szalik na szyję, pieszczotliwie i długo wiązał ładny węzeł, układał fałdy, by przykryć starannie całą szyję… Na koniec pacnął ją lekko końcówką szalika w nos. Celowo. Żeby poczuła zapach. Poczuła. Widać to było po niej, bo uśmiechnęła się ślicznie i szeroko.
- A zostaniesz ze mną do końca drogi? Do domu?
- Oczywiście. – Powiedział. „Nawet do końca życia, jeśli tylko zapragniesz…”
- A poza tym to od czasu do czasu przydałoby ci się więcej śmiechu. Zmarszczki ci się porobią od tej poważnej miny. – Roześmiali się. Stephanie patrzyła jednak tylko na dłoń dziewczyny, głaszcząca pewne chude ramię i czuła, jak wzbiera w niej wściekłość i płacz. Przyznała się. Przyznała sama przed sobą. Jest zazdrosna. Jest niemożliwie, okropnie, bezgranicznie zazdrosna, bo Svenji podoba się Peter i może głaskać Billa po ramieniu bez obaw, Nina lubi Toma, ale wolno jej chodzić z Czarnym za rękę, a ona? Ona może mu co najwyżej pożyczyć od czasu do czasu cholerny szalik.
- Muszę się już zbierać. – Oznajmiła łamiącym się głosem i wyszła z pokoju szybko, starając się wcisnąć łzy z powrotem do oczu. Czarny uniósł jedną brew, na co Eva spojrzała na niego cierpko i rzuciła:
- Nie wierzę, że będziesz tutaj siedział i patrzył. Idź do niej.
- Ale czemu nagle zrobiła się taka zła? – spytał.
- Jest zazdrosna. O ciebie. – Sprostowała Doris. Zaczerwienił się, dziewczyny na to tylko przewróciły oczami. W końcu Nina zwyczajnie go wypchnęła, mówiąc tylko, „żeby tego nie spieprzył, bo gorzko pożałuje”. Zbiegł szybko po schodach, zastając dziewczynę wkładającą buty. Słyszał, że głęboko oddycha, próbując się uspokoić. Zawołał ją.
- Czego chcesz? – Warknęła.
- Ja… Eee… - „No tak. Pięknie, Kaulitz. Jak zwykle nie wiesz co powiedzieć w momencie, gdy powinieneś mówić jak najwięcej. Tylko tak trzymać.” Rozłożył ręce w bezradnym geście. W jednej wciąż trzymał szalik. Gdy wzrok dziewczyny na niego padł, zauważył, że ściąga brwi i zaciska usta, jakby miała się rozpłakać.
- Wychodzisz już? – Szepnął, chcąc zapobiec katastrofie.
- Tak. Zasiedziałam się.
- Mama potrzebuje twojej pomocy? – Podpowiedział.
- Yyy… Tak. Tak, właśnie, mama mnie potrzebuje. – Zaczęła nerwowo mocować się z rękawiczkami, rzucając mu szybkie spojrzenia. – Wiesz, jak to jest, gdy mama potrzebuje… pomocy. Pomoc jest bardzo ważna. Mama też jest bardzo ważna. Mamy nie mogę zawieść. – Zamaszystym ruchem włożyła podany jej przez Czarnego płaszczyk.
- No tak, oczywiście, ale…
- Ale co?
- Jest już ciemno. Może cię…
- Tak? – W jej oczach zapaliła się iskra nadziei.
- …odprowadzę? Chociaż kawałek. – Powiedział. Nie potrzebował jej zgody, bo właśnie sam ubrał już buty i skórzany płaszcz.
- Jasne… Czemu… Czemu nie? – uśmiechnęła się. Może nie będzie aż tak źle?
- Aha, zapomniałbym. Żebyś się nie przeziębiła. – Założył jej szalik na szyję, pieszczotliwie i długo wiązał ładny węzeł, układał fałdy, by przykryć starannie całą szyję… Na koniec pacnął ją lekko końcówką szalika w nos. Celowo. Żeby poczuła zapach. Poczuła. Widać to było po niej, bo uśmiechnęła się ślicznie i szeroko.
- A zostaniesz ze mną do końca drogi? Do domu?
- Oczywiście. – Powiedział. „Nawet do końca życia, jeśli tylko zapragniesz…”
Jejku.. końcówka urocza.. wszystko urocze.. *-*
OdpowiedzUsuńSe..Svena...Svenja hahahaha XDDD
Lecam dalej ;*