poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 4

- Cześć, chłopcy! – zawołała mama bliźniaków, gdy trzasnęły drzwi frontowe i rozległ się dźwięk rozsznurowywanych butów.
-Cześć, mamo! – krzyknął Tom, wkraczając z impetem do kuchni – Już zapomniałem, jaka fajna jest szkoła! Pewnie długo nie wytrzymam bez lasek, ale od czego są dyskoteki i imprezki!
- Tom… rozmawialiśmy już na temat twojego sposobu obchodzenia się z dziewczynami… -Simone spojrzała ostrzegawczo na syna, ten jednak zrobił tylko minę w stylu „jestem grzecznym chłopczykiem”.
- Ech… – westchnęła i obróciła się w stronę garnków. Nagle poczuła szczupłe ramiona, które objęły ją w talii i czyjąś głowę opierającą się na jej ramieniu.
 Bill…pomyślała, gdy poczuła kosmyki czarnych włosów muskające jej policzek.
- Cześć, synku! – powiedziała i pocałowała go głośno. Zdziwiło ją, że oczy syna nie odpowiedziały jej tym razem wesołymi iskierkami, a usta nie rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, jak to się zazwyczaj działo, ale spojrzał na nią z ukrywanym usilnie bólem, na chwilę uniósł głowę z jej ramienia i, obróciwszy twarz w jej stronę, szepnął tylko bezbarwnym tonem:
- Cześć… – a potem znowu przytulił swój policzek do jej policzka – co planujesz na obiad?
- To, co przygotowuję, to nie obiad, tylko kolacja. Na obiad pójdziemy do cioci Marii. Obiecała, że zrobi pysznego kurczaka, a na deser wasze ulubione ciasto. Ubierz się porządnie, będzie cała rodzina! (Maria to też niemieckie imię – przyp. aut.)
- Wspaniale… – mruknął bez cienia entuzjazmu. Wciąż myślał o szkole… Jak on sobie poradzi? Nienawidził snucia się za innymi. Nie znaczyło to, że chce być zawsze w centrum uwagi. Nie było w jego stylu ani chować się po kątach, ani pchać na siłę przed oczy wszystkich. Po prostu bał się, że powtórzy się pewien koszmar, który musiał przeżyć lata temu… Również w szkole…
- Cześć, chłopcy! Jak tam, ciężko wam było wrócić do szkoły? – z zamyślenia wyrwał go męski głos. Ojczyma? Nie, to był głos…
- Tata! Ale jazda, nie wiedziałem, że przyjedziesz! – Wrzasnął Tom, tak głośno, że dom zatrząsł się aż w fundamentach. W okamgnieniu już tonął w obszernych ramionach uśmiechniętego mężczyzny, stojącego w progu kuchni. 
Hm, pomyślała Simone, Tom zawsze był mocno przywiązany do ojca… I to on najbardziej cierpiał, gdy się rozwiedliśmy… Mimo, że Billowi też było smutno, to Tom płakał dlatego, że tata odchodzi, a Billuś chyba dlatego, że mamusi i braciszkowi jest smutno…

***
- Ten kurczak i ciasto były naprawdę świetne, ciociu! Już chyba nic w siebie nie wcisnę do końca tygodnia! – zawołał Tom, klepiąc się po pełnym brzuchu.
- Więc pewnie nie będziesz miał ochoty na domowej roboty popcorn, colę i film przygodowy? – spytała ciocia Maria z udawaną troską. Wiedziała, co odpowie jej siostrzeniec, gdy tylko usłyszy o popcornie przygotowanym na jej patelni. I nie pomyliła się…
- Popcorn domowej roboty?! Cola?! Film?! Zmieniłem zdanie, wciąż jestem wilczo głodny! – zakrzyknął Tom, prostując się gwałtownie na kanapie. No, może zbyt gwałtownie…
- Ała! Tom, ale ty masz twarde ramię! – krzyknął Bill, pocierając obolałe przedramię. Akurat się przeciągał po sytym posiłku, gdy jego bratu zachciało się skakać jak wściekłemu zającowi z pchłami.
- Ups, przepraszam… – Tom zakrył usta końcówkami palców. Z reguły taka udawana skrucha wystarczyła, by ugłaskać brata, ale nie tym razem…
- Czemu ty wiecznie musisz się przede mnie pchać? Ciągle się o ciebie gdzieś obijam, w końcu już sam nie wiem, czy to pech, czy ty to robisz specjalnie! – wypalił Czarny. Cały czas był rozdrażniony i nie mógł ochłonąć ze złego wrażenia jakie sprawiła na nim szkoła, chodził jak bomba zegarowa, którą Tom właśnie zdetonował. Przy stole zapanowała grobowa cisza. Nawet ciocia Maria zamarła, zaskoczona, w połowie zbierania naczyń, z talerzem w jednej ręce i sztućcami w drugiej – Bill zawsze kojarzył jej się z małym, kruchym dzieciaczkiem, a potem z rozsądnym chłopakiem, zawsze spokojnym i opanowanym. W życiu nie pomyślałaby, że Bill mógłby na kogoś naskoczyć, jeśli już, to nie z błahego powodu, a już na pewno nie na Toma! Tymczasem ten „aniołek” siedział na kanapie obok brata i wbijał w niego mordercze spojrzenie, wciąż ściskając ramię – nie wiadomo, czy z bólu, czy ze złości, która w nim narastała, i którą ledwo, ledwo powstrzymywał. Tom nie pozostawał mu dłużny – gdyby ktoś teraz sfotografował młodych Kaulitzów i obejrzał potem fotografię, zobaczyłby dwóch chudych chłopaków, patrzących sobie w oczy z czystą wściekłością…
- Yyy… Chłopcy, jeśli mogę coś wtrącić… – zaczął nieśmiało ojczym.
- Nie… – warknęli jednocześnie, nie odrywając od siebie morderczych spojrzeń.
- Dajcie spokój, przecież… – zasugerowała ciocia.
- Nie. – wydobyło się znów spomiędzy dwóch ust.
- Ale o taką głupotę… Tom przecież… – powiedział surowo tata, ale…
- NIE!!! – tym razem bliźniacy nie wytrzymali i przejechali tymi samymi, rozgorączkowanymi oczami po twarzach wszystkich innych. Mama uniosła się w fotelu, ale natychmiast dwie wściekłe twarze odebrały jej chęć do protestu.
- Oj, chłopcy, doigraliście się! – zakrzyknął ojciec i zaczął iść w kierunku dwuosobowej kanapy, na której siedzieli jego synowie. Ci nie próżnowali, tylko spojrzeli po sobie, kiwnęli głowami, szybko opuścili siedzisko, pobiegli do łazienki i zamknęli ją od środka.
- Otwórzcie! Natychmiast! Kara i tak was nie ominie! Zepsuliście wszystkim miły, rodzinny wieczór! – Wrzaskom ojca towarzyszył zduszony śmiech rodziny za jego plecami. Po dłuższej chwili dał sobie spokój z waleniem w drzwi. Rąbnął w nie pięścią jeszcze tylko raz i krzyknął:
- Jak wyjdziecie to sobie porozmawiamy! Jestem waszym ojcem, musicie mnie słuchać! – I odwrócił się na pięcie. Nie zrobił jednak nawet kilku kroków, gdy usłyszał tłumiony chichot. Po chwili do uszu wszystkich zgromadzonych dobiegło głośne parsknięcie i drzwi od łazienki otworzyły się, ukazując im bliźniaków trzymających się jeden drugiego i ledwo stojących ze śmiechu.
- Słyszałeś to? Ostatni raz wrzasnął tak na nas, jak się zamknęliśmy w kiblu w domu, mając jakieś pięć lat! Nie mogę, ha, ha, ha! Wtedy jeszcze BYŁ naszym OJCEM! – Zwijał się Bill.
- Taak, teraz to sobie może, za przeproszeniem, gówno powiedzieć! Trochę za starzy jesteśmy! – wtórował mu Tom.
- A i owszem, więc załatwię to z wami po męsku! – krzyknął tata chłopaków, podszedł do nich i zamachnął się, żeby ich uderzyć. 
Właśnie dlatego się z nim rozstałam… Był zbyt surowy dla moich małych synków. Kochał ich, zwłaszcza Toma, ale zbytnia porywczość zawsze była jego wadą numer jeden, pomyślała Simone. Chciała krzyknąć, żeby im nie robił krzywdy, że to tylko młodzieńcze wybryki, ale było za późno. Bill leżał na podłodze, starając się złapać oddech po silnym ciosie w brzuch. Tom przyklęknął przy nim, starając się pomóc mu chwycić choć jeden haust powietrza. Gdy zaczął oddychać, złapał brata za rękę i powoli wstał. Bardzo powoli. Obaj wbijali przy tym rozognione, niesamowicie wściekłe spojrzenia w twarz siedzącego ojca. Nawet dreadziarz.
- Simone, chodźmy stąd. – Powiedziała ciocia Maria. – Już! – krzyknęła na widok pytającego spojrzenia młodszej siostry i pociągnęła ją za rękę do kuchni z przeszklonymi drzwiami, skąd śledziły, przerażone, rozwój wydarzeń.
- No to teraz ci się dostanie. – Mruknął dziadek bezbarwnie do ojca chłopaków, siedząc wciąż wygodnie w bujanym fotelu z wikliny. – Wiedziałem, synu, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Wiedziałem, że oni się zbuntują. To było do przewidzenia.
- Oni nic mi nie mogą zrobić, to przecież tylko moi synowie. Te chuchra są za słabe, żeby skrzywdzić muchę. Owocówkę. – warknął nieustraszony mężczyzna. Jednak w jego głosie dało się wysłyszeć cień pewnego niepokoju. Tymczasem dwa „chuchra” podchodziły do niego, wciąż ściskając się za dłonie.
- Wstań z fotela. – warknął podwójny głos, gdy stanęli tuż nad nim. Ten tylko zaśmiał się drwiąco.
- Dobrze, wstanę. Ale co wy mi możecie zrobić, przecież… – nie dokończył, bo splecione dłonie chłopaków uderzyły go jak pocisk w twarz. Wielka, braterska pięść była w stanie skruszyć ścianę, bo nie były to tylko mięśnie, kości, krew i ścięgna, ale była ona zespolona wielkim oddaniem i miłością, jakimi się darzyli dwaj młodzi chłopcy, więc czemu nie miałaby powalić zwykłego mężczyzny…? Naturalną koleją rzeczy ów mężczyzna zatoczył się w kąt pokoju. Po chwili warknął:
- Doigraliście się… Własnego ojca? – podbiegł do nich i znów się zamachnął, lecz tym razem Bill kopnął go w brzuch, na tyle mocno, by posłać go na pastwę zaciśniętej ręki Toma… Po raz drugi wylądował w kącie, przewracając przy okazji stojak. Tom podszedł do niego i już, już miał go znów uderzyć, gdy poczuł, że brat łapie go za rękę, spokojnie kręci głową na znak, że już dosyć i zwraca się do ojca szyderczym tonem.
- I co, cwaniaczku? Milo się bije, prawda? Ale co, jak czasem ktoś uderzy ciebie, hm? Nie dziwię się, czemu mama cię zostawiła. Jesteś niczym, zerem. I nie możesz tego znieść, dlatego nie pozwalasz innym, by stali się kimś… Nie pozwalałeś mi się malować i prawie zdusiłeś w nas muzyczną pasję, ale mama w porę wystąpiła o rozwód, zmęczona podcieraniem nam krwi spod nosów po twoim wiecznym znęcaniu się nad nami. I teraz zobacz… Leżysz bezradnie u stóp swoich własnych synów, którzy są ikonami jednego z najpopularniejszych zespołów w Europie. Ty do niczego w życiu nie doszedłeś, my mamy pieniądze, fanki i pospełniane marzenia, możemy wszystko, a ty? Nic.
- Przecież jestem waszym tatą… – zaczął zbolałym głosem mężczyzna. Na te słowa Tom kopnął go i warknął:
- Ty jesteś ojcem. Żeby być tatą trzeba sobie zasłużyć. I nie podskakuj nam więcej, bo nie wygrasz już nigdy, a na pewno nie z nami.
Młodzi Kaulitzowie wyszli z pokoju, trzaskając drzwiami i pozostawiając wijącego się ojca na podłodze w salonie cioci Marii.

2 komentarze:

  1. Fajnie piszesz. Ty naprawdę masz talent, nie to, co na większości blogów. A komentarzy jest tak mało, bo wszyscy po prostu nie wiedzą, co powiedzieć ;)

    OdpowiedzUsuń