poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 3

Nie pomyslieliście o komentarzach… Nieładnie… No, cóż, bez wstępu…
Powoli nastawał ranek… W pokoju pokrytym graffiti panował okropny nieporządek. Wszędzie walały się nieposprzątane kartki papieru, kostki do gitary, ciuchy ściągnięte poprzedniego dnia leżały na środku podłogi. Tylko łóżko, w którym spała podłużna postać, wydawało się być tu jedynym, w miarę uporządkowanym miejscem.
Melodia wydobywająca się z komórki oznajmiła Tomowi, że należy już się podnosić. Strasznie nie znosił tego robić. Wziął do ręki komórkę, wyłączył budzik i potarł oczy. Było mu tak cieplutko pod puchatą kołderką, z wielką poduszką pod głową. A tu trzeba iść do szkoły! Jak on nie znosił chodzić do szkoły! Nie było mu jednak dane się dziś wymigać. Mimo, że gdy zespół był w trasie też trzeba było nieraz wstawać wcześnie rano, brać znienawidzony zimny prysznic, ułożyć ładnie dredy i grzecznie podążyć z resztą Tokio Hotel do busu, by kilka lub kilkanaście godzin potem dać czadu na scenie, powysłuchiwać wyznań typu „Tom, kocham cię!” lub „Tom, przeleć mnie!”.
Tak myśląc sobie o karierze, którą trzeba było na razie zostawić, nawet nie spostrzegł, że przysypia.
Po chwili jednak mama wkroczyła do pokoju ze słowami:
- Tom, wstawaj! Już jest późno, a musimy jeszcze iść do dyrektorki! Szybko!
- Juuuż… -chłopak potarł znów twarz i obrócił się do niej plecami.
Simone zawsze wiedziała, co robić w takiej sytuacji, gdy śpiący syn perfidnie ją olewa. Wzięła leciutkiego chłopaka na ręce, a gdy zapytał dziecinnym głosikiem :
- Mamusiu, czy niesiesz mnie do swojego łóżeczka, żebym mógł się do ciebie przytulić, żeby mi było cieplutko?
- Niezupełnie… – odparła tylko z cwanym uśmieszkiem, po czym, dotarłszy do łazienki, położyła go w zimnej wannie i odkręciła lodowatą wodę. To zawsze działało…
- Ekhu! Już, już, rozumiem! Już jestem rozbudzony! Phu! Nooo! Mamo! Zakręć tę wodę, proszę! Eeej! Woda jest droga! Nie wolno jej marnować! Słyszysz, mamuś? Bul, bul…Zimno mi! To jest lodowate! Zamarzam! MAMO! – krzyczał Tom, wymachując rękami i nogami, żeby osłonić się od wody tryskającej niemiłosiernie z prysznica i krztusząc, gdy zalała mu nos lub usta. W końcu matka uznała, że tyle wystarczy, zakręciła wodę i zdjęła z niezadowolonego syna mokrą koszulkę od piżamy, po czym podała mu ręcznik. On, nie zwracając uwagi na szczękające zęby, rzucił nim o pralkę jak pięciolatek.
- Ty mały, nabucony dzieciaczku! – westchnęła Simone. Podniosła ręcznik i przyłożyła do mokrych pleców wydymającego śmiesznie dolną wargę Toma i zaczęła je pocierać, rozgrzewając ciało chudzielca. Na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia.
- Nawet moja własna matka nie może się oprzeć mojemu urokowi osobistemu… Trudno, takie życie… Jak los daje, to trzeba korzystać… – uśmiechnął się jeszcze szerzej. Na te słowa dostał po prostu ręcznikiem po głowie.
- Ała! Zabolało! Będę płakał, mama mnie nie kocha! – objął kolana ramionami, opuścił głowę i udawał, że płacze. Z początku tylko ryczał, potem tak zawył, że jego matka głośno się roześmiała.
- A teraz mama się ze mnie śmieje! Buuu! – chlipał. Po sekundzie poczuł ciepłe ramiona, które go objęły i głośny maminy pocałunek na policzku.
- Moja mała pierdoła… – zachichotała kobieta.
- No… wiem, że jestem słodki i nikt tego nie podważy. Bo mnie wszyscy kochają. Tylko… tylko nie wszyscy o tym wiedzą…- dodał po chwili udawanego namysłu.

***
- Mamuś, a co to za formalności trzeba jeszcze dopełniać? – spytał Bill w drodze do samochodu.
- Sama nie do końca wiem. – odparła, otwierając drzwi pojazdu.
- Dalej mi zimno – marudził Tom, zapinając pasy.
- Bill, mógłbyś go rozgrzać? – zapytała syna Simone.
- Na litość boską, Tom! Jest dopiero początek września! Można jeszcze chodzić w koszulce z krótkim rękawem! Przestań się pieścić ty rozpuszczony…
-Sam jesteś rozpuszczony, ty… – przerwał mu niezadowolony dreadziarz.
- No, no, bez wyzwisk, chłopcy! – warknęła ich matka.
Dobra, dobra, nie tak łatwo uspokoić tych chłopaków. I nie raz, nie dwa się o tym przekonała. Jednak tym razem jakimś cudem to, co powiedziała, wystarczyło. Chłopcy siedzieli cicho aż do końca jazdy.
Budynek szkoły prezentował się niezwykle okazale. Wydawało się, że jest podzielony jakby na dwa skrzydła. Pośrodku było małe wgłębienie – wejście do szkoły, a konkretniej – wielgachna brama. Bill otworzył mamie drzwi i przepuścił w nich Toma. Potem szli dłuugim korytarzem, potem po schodach i znowu korytarzem, aż, nieco zmęczeni dotarli do drewnianych drzwi. Na środku czerwieniła się tabliczka z napisem „dyrektor”.
- Dyrektor… to słowo źle mi się kojarzy. – Stwierdził kwaśno Tom, mimowolnie uśmiechając się w duchu, gdy przypomniał sobie te wszystkie numery, które jako dzieciak, a później także i duży chłopak wykręcał kumplom i za które tak często bywał wzywany z rodzicami do takiego gabinetu.
- A mnie nie… – mruknął półprzytomnie Bill, gdy przechodzili przez drzwi.
- Dzień dobry! – zawołała niepewnie Simone, zauważywszy, że sekretarka musiała chyba przed chwilą opuścić miejsce pracy, bo krzesło przy biurku było puste, zaś komputer włączony. Nie zdążyła jednak nawet zastanowić się, co się stało, gdy z drugich drzwi wypadła wielka góra fałd tłuszczu z szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Dzień dobry! Jestem sekretarką pani dyrektor, nazywam się Mary-Ann, miło mi powitać panią znowu, pani Simone! Czy chłopcy są z panią?
- Tak. To oni. – warknęła sucho matka chłopców, usuwając się beczce z drogi i wskazując na dwóch młodych ludzi za swoimi plecami.
- Ach!… Śliczne dzieci, śliczne dzieci! – zawrzasnęła Mary-Ann i rzuciła się ku nim jak kobra, zamykając każdego z nich w kleszczach swego serdecznego, aczkolwiek nieco zbyt silnego uścisku. Pierwszego dorwała Toma, który spontanicznie poklepał ją po plecach, potem tak samo „przywitała” się z Billem, lecz temu udało się tylko z wysiłkiem wykrztusić krótkie „miło mi poznać”.
Po chwili do pomieszczenia weszła szczupła kobieta w szarym kostiumie, z ciasnym, rudym koczkiem na karku i cienkimi okularami na nosie.
- Pani Dekil! Rozmawiałyśmy już o tym sposobie witania się z uczniami, zwłaszcza z nowymi, którzy mogą się czuć nieco… skrępowani pani wylewnością. Proszę wrócić do swoich obowiązków. – wygłosiła rzeczowo, jakby znała tę formułkę na pamięć. Mary-Ann Dekil tylko ciężko klapnęła na krzesło przed komputerem, jeszcze raz szeroko uśmiechnęła się do chłopców i zaczęła z niebywałą wprawą stukać w klawiaturę komputera.
- Proszę za mną, do mojego gabinetu. – Rozkazała dyrektor Kreigh. Tom oblał się mimowolnym rumieńcem. Zawsze każdy dyrektor mówił tym tonem, gdy miało się niekoniecznie czystą i klarowną kartotekę, a prościej – nieźle się narozrabiało i szło się jak na ścięcie z nieubłaganymi rodzicami u boku. Brr… Okropne uczucie…
Kobieta usiadła za swoim biurkiem i przerzucała przez chwilę papiery, które się na nim piętrzyły całą piramidą. Bill skorzystał z okazji i porozglądał się nieco po gabinecie. Cały był pomalowany na pastelowy róż z mnóstwem kolorowych kwiatów na parapecie. Nawet przytulnie, pomyślał.
Kolejne pół godziny zeszło na podpisywaniu dokumentów, tłumaczeniu systemu, w jakim działa szkoła itp. Jedyną ciekawą rzeczą, o której dowiedzieli się chłopcy było to, że szkoła nie tylko z wyglądu podzielona była na dwa skrzydła. Jedno z nich było żeńskie, drugie męskie. Toma aż zakłuło w brzuchu… Szkoła bez dziewczyn? Bez lasek i brzydul? Bez pindzi pudrujących wiecznie nosek i bez jego ulubionych cheerleaderek w krótkich minispódniczkach i z pomponami w barwach szkolnej drużyny?! O rany… A co było najśmieszniejsze – pod groźbą surowych konsekwencji nie wolno było wejść do skrzydła żeńskiego! Nawet na przerwie czy po lekcjach… Wyszedł z gabinetu z grobową miną… Jakby znał datę własnej śmierci i okazało się, że to już niedługo…
- No, to pa, chłopcy! Zaraz zaczną się lekcje. Idźcie pod salę 307 i czekajcie na nowych kolegów. Ja już lecę, miłego dnia! – zawołała jeszcze mama,dała każdemu po buziaku w policzek i odeszła szybkim krokiem.
- No, to pasztet. Szkoła bez lasek to nie szkoła. – warknął Tom.
- Jak dla kogo… – odburknął Bill, ale tak, żeby brat go nie usłyszał. Nie było po co go denerwować…
- Czyli pierwsza lekcja jest w sali 307. Co to za przedmiot? Masz może plan lekcji? – spytał brata Tom.
- Jasne… – mruknął Czarny i wyciągnął z kieszeni małą, złożoną kartkę. Rozłożył ją i poinformował bliźniaka, że mają godzinę wychowawczą.
- To chyba dobrze, poznamy wychowawcę.
- Wyciągnie nas na środek i każe się przedstawić i tak dalej… – jęczał Farbi.
- Występujesz po kilka godzin przed wielotysięczną publicznością i śpiewasz i jakoś się nie wstydzisz, a teraz pękasz, wiedząc, że przez moment popatrzy na ciebie 28 zwykłych chłopaków?
- Nie chodzi o to. Jak śpiewam, to wiem, ze robię to dobrze, a to wyciąganie na środek przed klasę jest po prostu żenujące.
- Też prawda. – przytaknął Tom, po czym dodał – no, jesteśmy. Sala 307.
Nagle nad ich głowami rozległ się wysoki dźwięk dzwonka. Po chwili na korytarzu zrobił się tłumek biegających chłopaków. Bliźniacy nic nie mówili. Co kogo obchodzi, że oni tu akurat siedzą? To była dla nich magiczna chwila. Po raz pierwszy od lat wtopili się w tłum. Jakimś cudem nikt ich nie rozpoznał. No tak, ale nie było tu miliona piszczących histerycznie dziewczyn, które narobiłyby takiego wrzasku, że pół miasta by wiedziało o tym że wokalista i gitarzysta sławetnego Tokio Hotel siedzą sobie spokojnie na zwyczajnym parapecie w zwyczajnej szkole jak zwyczajni chłopcy.
Przez korytarz przeszła ładna, dojrzała kobieta w zielonej spódnicy i zielonym sweterku, z zieloną wsuwką we włosach i w zielonych, skórzanych bucikach na obcasach. Otworzyła drzwi do klasy, a cała zgraja Tarzanów wsypała się z dzikim wrzaskiem do środka, zanim Bill i Tom zdążyli się zsunąć z parapetu. Kobieta podeszła do nich.
- Panowie Kaulitz? -zapytała.
- Tak, to my. – wysunął się Tom.
- Witam – podała im rękę -nazywam się panna Schreizgner. Uczę w tym skrzydle muzyki, a w żeńskim tańca. – Nieco zdziwiła się, gdy Tom i Bill, zgodnie ze swoim wychowaniem, musnęli ustami szarmancko wierzch jej zadbanej dłoni.
- Miło nam panią poznać. – Powiedzieli chórkiem.
- No nic, zapraszam do klasy. Poznacie nowych kolegów. – Zarumieniła się i wpuściła ich do wyłożonego starannie drewnem pomieszczenia.
- Chłopcy! – zaklaskała w dłonie, by uciszyć zgraję gadających sobie w najlepsze neandertalczyków – Oto nowi członkowie klasy ; Bill i Tom Kaulitz. Wspominałam wam wczoraj, że do nas przybędą i tak się właśnie stało. Nie będę ich dalej tu trzymała na środku, znajdźcie sobie jakieś miejsca i usiądźcie, zapoznacie się z kolegami na przerwie bądź po lekcjach.
Tom, jak zawsze pełen pewności siebie, klapnął obok innego, siedzącego akurat samotnie skate’a i przybił z nim „żółwika”, rzucając krótkim „siema, ziom”. Bill po cichutku wycofał się na koniec sali i usiadł w osobnej, pustej ławce w samym kącie.
Lekcja ciągnęła się niemiłosiernie aż do przerwy, po czym chłopcy wysypali się z klasy na korytarz. Wszyscy gadali z Tomem, ponieważ miał podobny styl do większości kolesi w klasie, reszta albo nie miała stylu, albo były to zwykłe kujony w wielkich brylach. Bill nie miał więc zbyt wiele do powiedzienia – po prostu siedział cicho. Koszmar z dawnych czasów wrócił – znów snuł się jak cień za bratem – gwiazdą klasy, rzucając tylko czasem mętne spojrzenia…




1 komentarz:

  1. Ślicznie piszesz *.*

    Nie no , rozwaliłaś mnie tą tłuścioszką .. :D

    OdpowiedzUsuń