czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział 11

Wiem że przez ostatni czas nie było nowej notki ale komputer był w naprawie więc nie miałam skąd pisać. Nie mam też zbytnio weny, bo wiecie wakacje- mało siedzę przed komputerem. Ale zaległości postaram się nadrobić. Mam nadzieje że ktoś czyta mojego bloga bo komentarze przestały się pojawiać ^.^ 
Dobra.To na tyle. Miłego czytania :*

- Bill! Wstawaj! Dziś sobota, kazałeś obudzić się o dziewiątej, więc się podnoś! – Mama wydzierała się do niego, stojąc w szlafroku (ale już w makijażu i z umytą głową) przy framudze drzwi.
- Co?! Jak?! Czemu?! Gdzie się pali?! Ja nie mam kluczyków do czołgu! Łaaaa, ogromny pająk! – Wydarł się Farbi, który, zaspany, wziął za ogromną tarantulę swoje własne, w tym momencie niemiłosiernie rozczochrane włosy. Jak oparzony wyskoczył z łóżka i zaczął je sobie strzepywać z twarzy. Potknął się, stracił równowagę i w ostatniej chwili złapał się półki z kosmetykami. Ciągle opędzając się od własnych kudłów wstał i spojrzał w lusterko wiszące nad ową półką. Przez pierwszą sekundę myślał, że to cała chmara pająków siedzi mu na głowie, jednak po opanowaniu ataku paniki oraz głębszych oględzinach stwierdził, że ta ciemna chmura się nie rusza, jest bardzo miękka i pachnie… szamponem dla dzieci. Odetchnął z ulgą, wziął w rękę szczotkę i zaczął maltretować ten stóg siana. Po doprowadzeniu szopy unoszącej się kudłami jakieś dwadzieścia centymetrów nad czubkiem jego łepetyny do stanu długich, lśniących kosmyków spływających do łopatek lekko się uśmiechnął. Poszedł do łazienki, umył starannie ciało i głowę, pognębił drobne wypryski na twarzy silnym tonikiem, nasmarował skórę oliwką dla niemowląt, wrócił do pokoju i już, już chciał sięgnąć po kredkę do oczu i mascarę, gdy nagle w głowie zaświtała mu myśl: zaraz, zaraz, dzisiejsza impreza jest na basenie! Jak mi wszystko zacznie spływać, to będę wyglądał jak ostatni debil! Zrezygnował z jakiegokolwiek makijażu, gdy nagle rozdzwonił się telefon. Refren „Bullevard Of Broken Dreams” Green Day oznajmiał, że dzwoni Svenja…
- No cześć! Szykujesz się już na balangę? – W uchu zabrzmiał mu głos luzary.
- Owszem. Dużo zaprosiłyście osób?
- Jak cholera!
- Cholera to pojęcie względne! – Zakpił.
- Ty mi tu nie wylatuj z takimi tekstami! Jak mówię, że cholera, to cholera! – zaśmiała się.
- Okay, okay. Masz mi coś do przekazania?
- Tak. Po pierwsze – masz się nie malować, po drugie – nie bierz ręcznika, takie rzeczy mamy na miejscu. Po trzecie – jest prawie październik, więc imprezka jest na krytym basenie, a to znaczy że będzie ciepło, a to znaczy że nie tylko możesz, ale musisz założyć seksowne gatki, bo jak nie, to zarobisz w łepek, dotarło?!
- Tak jest, pani generał! A jakie to według ciebie są seksowne gatki?
- No nie wiem… możesz założyć striny w stylu Borata!
- No to wolę, żebyś mnie na śmierć zarąbała! – Roześmiali się oboje.
- Okay, wobec tego wystarczą jakieś ładne bokserki.
- Hm… wiesz, jak byłem kiedyś z Tomem na wczasach na Malediwach, to mieliśmy obaj identyczne białe bokserki w hawajskie kwiaty. Tyle, że moje kwiatki były niebieskie, a jego czerwone.
- Może być! Spakuj je do plecaczka i oczekuj nas o piętnastej!
- Was?
- Przyjdziemy po ciebie całą paczką: ja, taka dziewczyna z naszego skrzydła, której raczej nie znasz, Czarna Mamba, Doris, Śnieżka i Ganja (przyp. aut. Ganja to rodowita, jamajska nazwa marihuany, którą podczas świąt za pomocą specjalnej fajki palą ludzie religii Rasta, na której stylu wzoruje się Eva).
- Będę czekał, pa!
- No siemka.

 Po odłożeniu słuchawki do głowy wpadł mu świetny pomysł. Postanowił zaskoczyć dziewczyny, które były przyzwyczajone do jego ostrego makijażu, długich, skórzanych płaszczy, pasków nabijanych ćwiekami, postawionych włosów i dziewczęcego wyglądu. Wziął do ręki zwykłe, gładkie, dosyć luźne dżinsy, zieloną koszulkę bez nadruku i prostą, czarną bluzę z kapturem. Wyjrzał przez okno. Na termometrze rtęć pokazywałą temperaturę 14.5 stopni Celsjusza. Całe szczęście, że impreza jest na krytym basenie,dziś jest wyjątkowo zimno, pomyślał. Wrócił do pomieszczenia i spojrzał na swoje dłonie. Akurat dzień wcześniej, po wstydzie, jakiego narobił sobie przed Steph poprzez wtargnięcie i zakłócenie jej próby, poszedł zdjąć tipsy z paznokci, które po tym zabiegu wyglądały mimo wszystko zaskakująco zdrowo. Starannie zaczesał i związał włosy w kitkę nisko nad karkiem, jednak nie uniknął wymsknięcia się kilku kosmyków. Po chwili tarmoszenia się z nimi uznał nagle, że te niesforne, opadające na policzki kępki włosów wyglądają wcale nie najgorzej! Psiknął jeszcze ociupinkę lakieru na całość fryzury. Tak na wszelki wypadek…
 Gdy zszedł na śniadanie zwykły, poranny gwar, zazwyczaj towarzyszący biesiadnikom przy stole, nagle ucichł. Wszyscy spojrzeli na niego jak 
na kosmitę. Czarny cichutko podszedł, rzucił suche „cześć wszystkim”, odsunął krzesło, usiadł, przysunął się, zrobił sobie kanapki, zjadł jedną, nie zwracając na nikogo uwagi i już zabierał się za drugą, gdy zauważył, że nadal wszyscy patrzą w jego stronę z otwartymi ustami. Tomowi tak nisko opadła szczęka, że rozróżnić można było wszystko, co mielił między zębami przed przybyciem Farbiego na śniadanie. Bill skrzywił się i warknął:
  – Zamknij japę, bo widzę, co jesz. – Po czym wsunął do buzi kęs swojego chleba z szynką.
  – Bill, synku… Dobrze się czujesz? – Spytała Simone.
  – A jak ci się zdaje? Jasne, że nie! Ale, co ty tam wiesz… – Odpyskował. Ostatnimi czasy nie szanował nikogo z rodziny. Nawet Tom się od niego odwrócił… Nikt już nie śmiał go o nic pytać i wszyscy w ciszy konsumowali to, co zaczęli jeść wcześniej. Zadowolony z tego faktu zjadł do końca swoją wałówkę, zabrał talerz ze stołu, umył go, postawił na suszarce, wytarł ręce i pobiegł do swojego pokoju. Spakował spodenki do pływania, o których mówił Svenji, w nieduży plecaczek, do tego wrzucił jeszcze balsam nawilżający do ciała. Uznał, że jest gotowy.

Wraz z wybiciem piętnastej na zegarach wszystkich domów w Loitshe dzwonek domu państwa Kaulitz rozbrzmiał wysokim dźwiękiem. Tom pobiegł otworzyć. Oczy wyszły mu z orbit, gdy zobaczył przed sobą pięć wyjątkowo ładnych dziewczyn. Jeszcze bardziej się zdziwił, gdy zauważył, że doskonale zna jedną z nich…
 - Ni… Nina?! – wydusił.
 - Owszem. Bill jest już gotowy? – Uśmiechnęła się.
 - Gotowy na co? – W tym momencie przez drzwi wypadł, potrącając dreadziarza, Czarny.
 - Cześć! Co tam? – zawrzasnął.
 - Si… Si… SIMBA?! – Dziewczyny nie mogły uwierzyć, że widzą go ubranego tak, a nie inaczej.
 - Nie, Nala! No pewnie, że ja!!! – Wycisnął głośny, dziecinny cmok na policzku każdej dziewczyny.
 - A to jest… – zaczęła Doris.
 - …Nina! -  Krzyknął Bill – Miło cię znowu widzieć!
 - Hej! – zachichotała.
 - T…to wy się znacie?! No proszę, same niespodzianki dzisiaj!
 - Dobra, idziemy! – Svenja swoim zwyczajem wskoczyła Billowi na barana i krzyknęła „WIO!”. Ten pobiegł kawałek przez trawnik, obrócił się kilka razy, stracił równowagę, przewrócili się, przekoziołkowali kilka metrów i wylądowali obok siebie, zwijając się ze śmiechu. Cała paczka też trzymała się za brzuchy. Tylko Tom, wciąż oniemiały, odwrócił się, zatrzasnął drzwi i tyle go widzieli. Na dźwięk trzaskania wszyscy ucichli na kilka sekund. Przez chwilę patrzyli po sobie i jednocześnie cała ekipa ryknęła śmiechem. Eva i Elena pomogły Farbiemu i Svenji pozbierać się z ziemi i poszli wszyscy razem tam, gdzie miała się odbyć impreza…

***
Na basenie wszystkim bardzo się podobało. Były dwa wielkie, wodne zbiorniki, jeden głęboki na dwa i pół metra, drugi sięgający powierzchnią wody do 1.5 metra, oraz wielkie jaccuzi. Poza tym było miejsce do siedzenia na kocach. Z jednego z nich dobiegały zabawne odgłosy wygłupów…
 - Nina, prze… przestań! Ha, ha! No juuuż! Do… Dosyć! – Długie palce Niny bezczelnie łaskotały Czarnego po gołym brzuchu. Nie pomagały prośby ani groźby, więc chłopak przewrócił ją na plecy i już chciał odwdzięczyć się tym samym, gdy zauważył, że jego wysiłki spełzną na niczym – Nina po prostu nie miała łaskotek!
 - Ej, to nie fair! Dlaczego ty się nie śmiejesz?! Łee… – Nagle chłopak uświadomił sobie, że zna już tę scenę. Śmiech, łaskotki, potem odwrócenie ról i wielki zawód z powodu braku śmiechu ze strony przeciwnika. To się zdarzyło bardzo dawno temu. Miał w dzieciństwie przyjaciółkę: drobną, ostrzyżoną na jeża blondynkę w ogromnych, staroświeckich okularach zasłaniających jej pół twarzy oraz z wielkim aparatem na zębach. Byli nierozłączni – zawsze razem huśtali się i bawili w piasku, póżniej odrabiali razem lekcje i wychodzili. Nigdy nie zdejmowała aparatu ani okularów. A potem ona musiała się wyprowadzić, a dwa lata póżniej on założył zespół. Maile, rozmowy i listy stały się coraz rzadsze, aż w końcu ich kontakt się urwał. A teraz uświadomił sobie, że ona miała na imię… Nina! Ona teraz spoważniała, jakby również do jej głowy wkradły się wspomnienia z dzieciństwa. Nagle wybałuszyli na siebie oczy i wrzasnęli:
 - To ty?! – po czym szybko się podnieśli i spojrzeli na siebie nawzajem.
 - O matko… – W życiu bym nie powiedziała, że to ty! – krzyknęła.
 - Bez przesady, spójrz na siebie! Twoje włosy, oczy, zęby, twoje… – Ugryzł się w język, bo już, już chciał powiedzieć „Twoje piersi, ciało, pupa! Byłaś płaska jak deska, a teraz wyglądasz jak z teledysku Akona!”. Jednak ona domyśliła się (jak zwykle zresztą) co mu po głowie chodziło i tylko się uśmiechnęła.
 - Ludzie się zmieniają. – Nagle jej wzrok złagodniał. Objęła jego twarz dłońmi. Odsunęła delikatnie kosmyki, by dokładnie zlustrować mapę jego oblicza. Pogłaskała jego policzek, a w oczach zaświeciły malutkie łzy… – Tęskniłam… – wyszeptała.

 - Ja też… Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. – Te słowa spowodowały, że ciepłe, delikatne krople popłynęły jej po twarzy. Zarzucili sobie nawzajem ręce na szyję. Z poczatku bardzo delikatnie i nieśmiało, jednak w pewnym momencie bardzo mocno się do siebie przycisnęli… Bill, słysząc jej chlipanie miał wrażenie, że zaraz sam się rozpłacze. Tak bardzo było mu źle, gdy tych parę lat temu patrzył, jak siedzi w samochodzie przyklejona buzią do szyby i macha mu. Nagle… Poczuł delikatny dreszcz… Potem mocniejszy… A jego serce zaczęło nienaturalnie walić… Mroczki przed oczami… Tak samo, jak trzy tygodnie temu, gdy po raz pierwszy dotykał Steph. Przez głowę przeleciało mu tylko: „Boże, co się ze mną dzieje?!”

1 komentarz:

  1. Sprośna strona Billa , hehe :D
    Ta. Akcja z Tomem, boż... ;d
    Lecę dalej ;* !

    OdpowiedzUsuń