„Pojutrze impreza. Nie wiem, czego się mam spodziewać. Dziewczyny nie zdradziły mi żadnych szczegółów, poza tym, że odbędzie się ona nad basenem. Będę musiał wystąpić w bokserkach! Jak ja nienawidzę się obnażać, a do tego będzie tam przecież mnóstwo dziewczyn! Wiem, że ciągle będę zawstydzony, ale z drugiej strony Tom jest moim bratem bliźniakiem, więc to oczywiste, że jestem ciekaw, jak Eva, Svenja, Doris, Elena i (przede wszystkim!) Stephanie wyglądają w bikini…”
Zamknął, głośno przy tym trzaskając okładką, czarny zeszyt i wcisnął go w dziurę w materacu. Była 23:00, minęły trzy tygodnie od pierwszego bliskiego spotkania ze Steph, a on wciąż nie mógł zrozumieć owych dziwacznych uczuć, jakie w nim wywołały ciało i głos Śnieżki. W szkole, gdy mówiła mu „cześć” i przytulała go, nic się z reguły nie działo, czasem był tylko lekko spięty, bo – co tu ukrywać – najwyraźniej zakochał się w Stephanie. Choć nikomu się nie przyznawał do tego, to uwielbiał patrzeć, jak z gracją idzie po korytarzu a jej biodra delikatnie się kołyszą, jak wiatr rozwiewa jej białe włosy, gdy siedzi obok niego na długiej przerwie, zapatrzona w siną dal. Znał na pamięć mapę jej ust, bo bez przerwy przyglądał się im, zastanawiając przy okazji jak to jest, gdy się je pocałuje. Zasnął, snując domysły, jaki mają smak: słodkie jak cukierek czy ostre jak papryczka chili? Nieśmiałe czy namiętne? Z reguły, gdy napatrzył się na usta, wzrok zjeżdżał mu na jej szyję i górną część dekoltu. Miał jednak do niej tyle szacunku, by nie patrzeć niżej, na biust.
***
Gdy skończyły się lekcje, po kryjomu poszedł za Białą na próbę jej grupy tanecznej. Odbywała się ona dzielnicę dalej na boisku szkoły artystycznej. On ukrył się za drzewem i po cichutku podglądał poczynania dziewczyny. Mało co nie przewrócił się kilka razy gdy brała rozpęd, odbijała się nogami od ziemi, koziołkowała w powietrzu i lądowała na szpagacie. Raz mucha wpadła mu do buzi kiedy rozdziawił usta widząc, jak zamiata biodrami w rytmie R&B. Zakrztusił się i wypluł ją, pochylając się przy tym. Niestety, za mocno. Dzień był zimny, więc miał na sobie płaszcz, którego poły ciężko było ukryć. Do tego drzewko za którym się przyczaił miało cienki konar, a Stephanie robiła właśnie obrót i zobaczyła go. Momentalnie przestała tańczyć. Inne dziewczyny spojrzały na nią pytająco i podążyły oczami za jej zdezorientowanym wzrokiem. Gdy Bill przestał kasłać i podniósł oczy, przerażony tym, że muzyka nagle przestała dudnić jedna z nich, błękitnooka, drobna blondyneczka w różowym stroju pisnęła, rozpoznawszy jego mocny makijaż i płaszcz rodem z teledysku „Spring Nicht”.
– To jest Bill Kaulitz! Ten sławny wokalista!
Inne dziewczyny przytaknęły jej i już po sekundzie ku spłoszonemu chłopakowi biegł piszczący tabun. On wziął szybki wdech i przywołał uśmiech numer 5. Gdy kółeczko wokół niego zamknęło się jak kleszcze a każda dziewczyna wyciągała ku niemu rękę, starając się za wszelką cenę go dotknąć zauważył, że na boisku stoi samotnie, ze zniesmaczoną miną, Śnieżka. Dzwoniła gdzieś.
Kilka minut później piski nieco ucichły, a Farbi rozdał kilka(naście) autografów, cierpliwie całując w policzek każdą dziewczynę, której podpisywał się na bluzce, plecach lub ręce. Nagle podjechał duży czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Wysiadł z niego Tom i głośno zagwizdał na palcach. Momentalnie dziewczyny puściły się pędem po autograf od starszego Kaulitza. Młodszy tylko na to czekał. Wyprzedził dziewczęta, prześlizgnął się pod ramieniem brata i wpadł do wozu. Usłyszał, jak dreadziarz zamyka energicznie drzwi auta a opony z piskiem sprawiają, że van z dużą prędkością oddala się od miejsca wypełnionego kusymi szortami i piskami. Dopiero teraz Czarny zdał sobie sprawę, że leży na czyichś kolanach! Uniósł się i spojrzał w oczy jakiejś cycatej piękności rodem z filmów erotycznych; typowa laska Toma. Uśmiechała się do niego przyjaźnie pełnymi wargami pociągniętymi intensywnie różowym błyszczykiem. Skądś znał ten uśmiech… Chłopak również wygiął nieśmiało wargi w łuk przypominający uśmiech i tak szybko podniósł się z jej kolan, że grzmotnął głową o dach. Opadł na siedzenie z cichym jękiem, rozcierając obolałą czaszkę.
– No i po co tak szybko się podnosiłeś? Nie bój się, ja nie gryzę! – Zachichotała nieznajoma. Ten chichot również wydał mu się w jakiś sposób znajomy…
– Nie… Połykasz w całości… – Wyszczerzył się bezczelnie w żarcie rozczochraniec.
– Co ty robiłeś na próbie tych dziewczyn? – Zmienił temat Tom, na co Bill zaczerwienił się.
– Nic… – nagle przypomniało mu się, że zanim przyjechał van, Steph rozmawiała z kimś przez telefon. Czyżby zadzwoniła po Toma? Czyli dread i ona już się znają? W takim razie nie mam u niej szans… pomyślał Simba, przygnębiony. Ale wolał się upewnić…
– Tom… – zaczął – skąd wiedziałeś, gdzie jestem?
– Nie wiedziałem. Jechaliśmy właśnie na dzień filmów który urządzają Andreas i Oliver i zauważyłem cię w tym tłumie. Z twojej miny wywnioskowałem, że niespecjalnie byłeś uradowany z powodu tego zbiegowiska, więc zwyczajnie cię uratowałem. – Ta odpowiedź wzbudziła w Czarnym dwa skrajne uczucia: ulgę, że jednak ma jeszcze szansę na bezkarne marzenie o Stephanie i wściekłość z powodu, że Tom kumpluje się z dwoma największymi draniami, którzy terroryzowali Szczotowłosego.
– Kolegujesz się z Andreasem i Oliverem? – wycedził przez zęby.
– Oni są spoko. – Te trzy słowa, które padły z ust Toma wystarczyły, aby do tej pory szeroko otwarte dla niego drzwi w sercu Billa zatrzasnęły się z hukiem. Bill miał wrażenie, że niemal słyszy ten rozdzierający uszy trzask. Zabolało. Nie uszy, serce. Dawniej Tom nasłałby mafię na typków, którzy dokuczali Billowi. Teraz się z nimi przyjaźni…
– Są dziecinni i trochę wredni, ale da się z nimi wytrzymać. – Powiedziała dziewczyna.
– Ale, ale, gdzie moje maniery! Mam na imię Bill. – wyciągnął rękę.
– Nina. – Ponownie zaszczyciła go promiennym uśmiechem. On na pewno kojarzył ten sposób delikatnego wyginania warg, dającego poczucie rozluźnionej atmosfery… Tylko skąd go znał, no skąd?!
– Tom. – Dread wystrzelił ręką w stronę brata. Kiedyś Rozczochrańca rozbawiłby taki niewinny żarcik, teraz jednak całymi siłami zmusił się do uśmiechu. Poza tym to przedstawienie się jego brata nie było stuprocentowo spontaniczne, w każdym razie na pewno nie dla Billa. Jego brat gdzieś się zgubił… To nie był ten sam Tom, którego znał. To był jakiś jego sobowtór, którego z prawdziwym Nim łaczył tylko wygląd… A z drugiej strony… Może chciał zapewnić Billa, że jednak jest tą samą osobą…
– Frajer, miło mi. – Uścisnął jego rękę, przypominając sposób, w jaki nazywali go ci idioci, Andreas i Oliver, jednak Tom nie zajarzył aluzji. A może…?
– To jest Bill Kaulitz! Ten sławny wokalista!
Inne dziewczyny przytaknęły jej i już po sekundzie ku spłoszonemu chłopakowi biegł piszczący tabun. On wziął szybki wdech i przywołał uśmiech numer 5. Gdy kółeczko wokół niego zamknęło się jak kleszcze a każda dziewczyna wyciągała ku niemu rękę, starając się za wszelką cenę go dotknąć zauważył, że na boisku stoi samotnie, ze zniesmaczoną miną, Śnieżka. Dzwoniła gdzieś.
Kilka minut później piski nieco ucichły, a Farbi rozdał kilka(naście) autografów, cierpliwie całując w policzek każdą dziewczynę, której podpisywał się na bluzce, plecach lub ręce. Nagle podjechał duży czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Wysiadł z niego Tom i głośno zagwizdał na palcach. Momentalnie dziewczyny puściły się pędem po autograf od starszego Kaulitza. Młodszy tylko na to czekał. Wyprzedził dziewczęta, prześlizgnął się pod ramieniem brata i wpadł do wozu. Usłyszał, jak dreadziarz zamyka energicznie drzwi auta a opony z piskiem sprawiają, że van z dużą prędkością oddala się od miejsca wypełnionego kusymi szortami i piskami. Dopiero teraz Czarny zdał sobie sprawę, że leży na czyichś kolanach! Uniósł się i spojrzał w oczy jakiejś cycatej piękności rodem z filmów erotycznych; typowa laska Toma. Uśmiechała się do niego przyjaźnie pełnymi wargami pociągniętymi intensywnie różowym błyszczykiem. Skądś znał ten uśmiech… Chłopak również wygiął nieśmiało wargi w łuk przypominający uśmiech i tak szybko podniósł się z jej kolan, że grzmotnął głową o dach. Opadł na siedzenie z cichym jękiem, rozcierając obolałą czaszkę.
– No i po co tak szybko się podnosiłeś? Nie bój się, ja nie gryzę! – Zachichotała nieznajoma. Ten chichot również wydał mu się w jakiś sposób znajomy…
– Nie… Połykasz w całości… – Wyszczerzył się bezczelnie w żarcie rozczochraniec.
– Co ty robiłeś na próbie tych dziewczyn? – Zmienił temat Tom, na co Bill zaczerwienił się.
– Nic… – nagle przypomniało mu się, że zanim przyjechał van, Steph rozmawiała z kimś przez telefon. Czyżby zadzwoniła po Toma? Czyli dread i ona już się znają? W takim razie nie mam u niej szans… pomyślał Simba, przygnębiony. Ale wolał się upewnić…
– Tom… – zaczął – skąd wiedziałeś, gdzie jestem?
– Nie wiedziałem. Jechaliśmy właśnie na dzień filmów który urządzają Andreas i Oliver i zauważyłem cię w tym tłumie. Z twojej miny wywnioskowałem, że niespecjalnie byłeś uradowany z powodu tego zbiegowiska, więc zwyczajnie cię uratowałem. – Ta odpowiedź wzbudziła w Czarnym dwa skrajne uczucia: ulgę, że jednak ma jeszcze szansę na bezkarne marzenie o Stephanie i wściekłość z powodu, że Tom kumpluje się z dwoma największymi draniami, którzy terroryzowali Szczotowłosego.
– Kolegujesz się z Andreasem i Oliverem? – wycedził przez zęby.
– Oni są spoko. – Te trzy słowa, które padły z ust Toma wystarczyły, aby do tej pory szeroko otwarte dla niego drzwi w sercu Billa zatrzasnęły się z hukiem. Bill miał wrażenie, że niemal słyszy ten rozdzierający uszy trzask. Zabolało. Nie uszy, serce. Dawniej Tom nasłałby mafię na typków, którzy dokuczali Billowi. Teraz się z nimi przyjaźni…
– Są dziecinni i trochę wredni, ale da się z nimi wytrzymać. – Powiedziała dziewczyna.
– Ale, ale, gdzie moje maniery! Mam na imię Bill. – wyciągnął rękę.
– Nina. – Ponownie zaszczyciła go promiennym uśmiechem. On na pewno kojarzył ten sposób delikatnego wyginania warg, dającego poczucie rozluźnionej atmosfery… Tylko skąd go znał, no skąd?!
– Tom. – Dread wystrzelił ręką w stronę brata. Kiedyś Rozczochrańca rozbawiłby taki niewinny żarcik, teraz jednak całymi siłami zmusił się do uśmiechu. Poza tym to przedstawienie się jego brata nie było stuprocentowo spontaniczne, w każdym razie na pewno nie dla Billa. Jego brat gdzieś się zgubił… To nie był ten sam Tom, którego znał. To był jakiś jego sobowtór, którego z prawdziwym Nim łaczył tylko wygląd… A z drugiej strony… Może chciał zapewnić Billa, że jednak jest tą samą osobą…
– Frajer, miło mi. – Uścisnął jego rękę, przypominając sposób, w jaki nazywali go ci idioci, Andreas i Oliver, jednak Tom nie zajarzył aluzji. A może…?
Cycata kobieta.. okej.. XD
OdpowiedzUsuńRozdział super ale okej XD