poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 25

 Jakbyście pytali dlaczego aż 2 rozdziały dziś to podziękujcie Rajkowej ;*
________________________________________

  Jeśli spaceruje gdzieś dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta, to często słychać stukanie obcasów. Mogą być wysokie lub po prostu twarde. Zawsze jednak wtedy myśli się, że stukają buty kobiety. Dwoje młodych ludzi idących deptakiem stanowiło wyjątek. Buty stukały na wilgotnych betonowych płytach chodnika. Buty może nie do końca męskie, ale należące do mężczyzny. Drugie nie stukały. No i co z tego? Właściwie nic. Ale gdyby tak podejść bliżej, można byłoby się przekonać, że  to nie był jedyny dźwięk otaczający tych dwoje. Buty stukały. Skrzypiał skórzany rękaw płaszcza ocierający się o inny rękaw, wełniany. Rozbrzmiewały dwa głosy. Raz poważnie, raz wesoło, raz miękko, raz szorstko. Biły dwa serca. W różnym tempie. Raz szybciej, raz wolniej, zależało od tematu, jednak nigdy synchronicznie. To by było dziwne.
                 - Czyli kiedy zaczęły się te wasze kłótnie z Tomem?  - Spytała ostrożnie dziewczyna. Chłopak musiał się dłużej zastanowić. Kiedy właściwie tak na dobre się od siebie oddalili?
                 - Właściwie to sam nie wiem. Chyba od kiedy zaczął mnie olewać – odczekała cierpliwie chwilę, ale nie wyglądało na to żeby kwapił się do podawania przykładów. Za to zamyślił się i obrzucał ponurym spojrzeniem mokre liście pod swoimi butami.
 - A kiedy to się zaczęło? – Nie dawała za wygraną.
 - Po pewnym… Hm, jakby to ująć… Wypadku? Zdarzeniu? Chodzi o to, że po tym, jak otrzymaliśmy informację o powrocie do szkoły byliśmy wściekli. Tom po prostu nie lubi szkoły, ale ja miałem inne powody. Nikt mnie nigdy nie lubił z nauczycielami włącznie. U Toma to było pół na pół. W oczach prawie wszystkich dziewczyn miał etykietkę „ciacho” albo „seksbomba”. Reszta z nich szufladkowała go jako „kretyna”, „macho” lub „dupka”- skrzywił się na chwilę – Ale był właściwie znany i całkiem lubiany, snułem się więc za nim po korytarzu i na imprezy.
 - Pewnie ich nie lubiłeś…
 - Imprez? I tu się mylisz. Uwielbiałem je, zawsze lał się tam alkohol. Upijałem się do nieprzytomności i zapominałem o tym, że jestem takim odmieńcem. Miałem piękne dwie doby cudownej nieświadomości…
 - Dwie doby? – zdziwiła się.
 - Kiedy przychodziliśmy na imprezy mój stan ducha można było określić jako Wielki Kanion, takie doły łapałem. Kiedy byłem już wstawiony, balowałem albo narzekałem na swój los. Kiedy byłem pijany, zapominałem dlaczego zrzędzę i zaczynałem  dobrze się bawić. Oczywiście, jak to zwykle bywa, „dobrze” w mniemaniu człowieka pijanego raczej nie oznacza „rozsądnie” albo „taktownie”.
 - Czyli co robiłeś?
 - Ściągałem gacie na ulicy i wystawiałem tyłek kierowcom krzycząc różne rzeczy.
 - Na przykład? – Wytrzeszczyła oczy. Przechodzili akurat pod latarnią i mógł zobaczyć zielone tęczówki w pełnej krasie. Uśmiechnął się lekko. Do tęczówek i do własnej głupoty, gdy był jeszcze gówniarzem.
 - Na przykład, że to ja jestem Panną Ssawką.
 - Tą tirówką?! – Stephanie aż nazbyt dobrze pamiętała, jak dwa dni wcześniej mijała wieczorem wspomnianą kobietę. Chodziły słuchy, że urodziła dziecko i teraz zarabia tylko na nie. Potwierdzał to fakt, że nie można jej już było spotkać zalanej czy naćpanej w klubach. Widywała ją tylko na ulicy. Tak czy inaczej Bill w roli Panny Ssawki był obrazkiem, którego dziewczyna nie byłą w stanie sobie wyobrazić. Nawet się nie starała.
 - Tak. Do tej pory dziękuję Bogu, że mój ojciec nigdy nie przejeżdżał wtedy swoją ciężarówką. A jeśli przejeżdżał, to nie pamiętam. Albo mi nigdy nie powiedział – zamilkł na moment i parsknął lekko – czasami wybiegałem w samych majtkach i krzyczałem, że UFO wylądowało i kosmici robili… – odchrząknął i zaczerwienił się – robili różne ciekawe rzeczy z moim… – zrobił wymowną pauzę i spuścił oczy. Było mu głupio. Dopiero teraz docierało do niego, jakim był idiotą.
 - Nie kończ. Zrozumiałam – zachichotała. Po chwili chichot przeszedł w śmiech.
 - Co?
 - Wyobraziłam cię sobie w samych majtkach – wykrztusiła, zasłaniając usta.
 - Doprawdy? – Oburzył się. – Przecież widziałaś mnie już w samych majtkach i wcale nie było ci do śmiechu.
 - Jak to?! Kiedy?! – Natychmiast spoważniała. Czyżby jednak nie spał tego pamiętnego wieczoru, gdy razem z Niną myły go po powrocie ze szpitala? O jasny gwint…
 - Na basenie. Hawajskie bokserki to też majtki. – wyszczerzył się bezczelnie.I jeszcze w moich snach. Ale wtedy ty też byłaś w samych majtkach. Jeżeli to, co miałaś na sobie można nazwać majtkami.
 - Mów dalej o tych imprezach. Czemu tak się nagle zaczerwieniłeś? – Bill szybko porzucił wspomnienia marzeń sennych i nie skomentował kraśniejących mu policzków.
 - Na czym to stanąłem?
 - Na ściąganiu majtek na ulicy.
 - A tak. No więc to się działo kiedy byłem pijany. Ale kiedy się całkowicie zalałem, po prostu osuwałem się na krzesło albo pod stół i zapadałem w błogiej nieświadomości. Gdy wstawałem rano w głowie pulsował mi zawsze ostry ból. A potem po prostu dochodziłem do siebie. Sumowało się to z reguły w dwie pełne doby, zanim usiadłem wieczorem na łóżku i przypomniałem sobie, dlaczego piłem.
 - Takie imprezy odbywały się często?
 - Nie. Ale w sumie to całkiem dobrze. Inaczej byłbym już alkoholikiem. – Skrzywił się. Wizja bożyszcza i księcia wielu nastolatek zaklętego w cuchnącą żabę z butelką w ręce napawała go obrzydzeniem i paniką. Zdecydowanie odrażające.
 - A poza imprezami zapominałeś o złych kontaktach z ludźmi?
 - Raczej rzadko. Kiedy zaczęliśmy grać, zespół stał się dla mnie całym życiem. Zaczynałem wykorzystywać swoje okropne samopoczucie, coraz częściej przelewałem na papier każdą kłótnię, niepowodzenie i zmęczenie. Potem zbierałem te wszystkie bazgroły, karteluszki i inne świstki i czytałem je. Segregowałem tematycznie, potem wybierałem najciekawsze kawałki i przerabiałem tak, by złożyć to w spójną całość. W ten sposób powstały niemal wszystkie piosenki. Zabierało mi to dużo czasu. Żadnej nie napisałem jednym tchem tak, żeby nic później nie trzeba było poprawiać.
 - Perfekcjonizm?
 - Nie wiem. Po prostu kiedy zdaje mi się, że coś może być lepiej wykonane, staram się to udoskonalić. Najważniejsze, że dzięki temu nie miałem czasu na użalanie się nad sobą, a nawet jeśli, to potrafiłem to wykorzystać.
 - Mam tak samo z tańcem. Kiedy nie wychodzi mi najdrobniejszy szczegół ćwiczę tak długo, aż będzie idealnie. A jeśli wykonam coś perfekcyjnie i stwierdzę, że jednak w wyrazie całego kroku jest jakiś mankament i to już nie zależy ode mnie, to zmieniam krok i znowu ćwiczę. Także zabiera mi to mnóstwo czasu, ale i pochłania energię, przez co po przygotowaniu się do szkoły i zjedzeniu kolacji nie mam siły na nic innego, jak pójście spać. Dzięki temu nie myślę o problemach.
 - Taniec to całe twoje życie, prawda? – Zapytał, uśmiechając się półgębkiem. Pytanie było jednak absolutnie retoryczne. Widział w jej oczach tę samą pasję, którą można było zauważyć w jego własnych, gdy mówił o muzyce.
 - Nie, nie całe. Jest dla mnie bardzo ważny, działa jak lek na wszystkie stresy lub katalizator, dzięki któremu w zaciszu sali treningowej wyładowuję nerwy, radość lub płacz.
 - Płacz? – Trochę absurdalna wydawała mu się wizja wiecznie spokojnej, uśmiechniętej Steph zalanej łzami i targanej spazmami – To raczej typowe dla mnie albo Niny, która zawsze daje upust emocjom. Trochę jak Tom, nie przejmuje się gdzie i przy kim jest. Jak wściekły, to się drze i rzuca, jak szczęśliwy, to się śmieje, podskakuje i wygłupia. Jak smutny to… – nagle ramiona opadły mu w geście bezradności.
 - Płacze? – próbowała podpowiedzieć.
 - Pije. Okalecza się – spuścił wzrok. Brązowawe plamy… – Ćpa – szerokie tęczówki, w których czai się miłość i rozpacz… Poczuł, że do oczu napływają mu łzy. – A potem śpi… - Blada twarz… Pergaminowe, nieruchome wargi… Miarowe, sztuczne rozpychanie płuc tlenem z maski… Gałki oczne poruszające się spontanicznie pod powiekami… – Cholera…
 - Bill? – Stephanie wpadła w lekką panikę. W życiu nie widziała mężczyzny w takim stanie. Nagle zrozumiała, że pod peleryną normalności i zrównoważonego rozsądku kryje się bezradność i złość. Przecież jest bezsilny, nic nie może zrobić, żeby pomóc bratu. Krew już oddał, organizm, choć bardzo powoli, ale się regeneruje… Choć Tom buja się na krawędzi, a Bill jest tego świadomy do bólu. Jak mu pomóc? No jak?
***
- Tom, w porządku? – Mama i Gordon wsunęli się powoli do gabinetu, w którym pielęgniarka opatrywała piekące, rozpalone udo chłopca. Nie syczał, nie wiercił się, nie płakał, jak większość dzieci w jego wieku. Po prostu czekał, aż ta durna maść się wchłonie, będzie można obandażować ranę i iść stąd w cholerę, a potem do domu, do łóżka. Miał zaciśniętą szczękę, ale bardziej z irytacji, niż z bólu. Na fotelu obok druga pielęgniarka nastawiała nogę Billa. Znowu zemdlał, więc nie trzeba było go znieczulać. Mama usiadła przy nim i pogłaskała jasne, rozczochrane włoski. Tom zacisnął ręce na oparciu krzesła i wciągnął powietrze przez zęby. Kolejna fala piekącego bólu. Pielęgniarka nakładała drugą warstwę maści. Szlag. Gordon położył mu rękę na ramieniu. O, nie, wszystko, tylko nie czułe gesty! Strząsnął męską dłoń i dalej zaciskał palce. Na czoło wystąpiła mu skrząca warstewka potu. Piekło. Piekło jak jasna cholera. Chciało mu się przeklinać na cały głos, wydzierać się na wszystkich, miotać, bić, gryźć, rwać!… Ale siedział twardo na zadku. Musi wytrwać. Wtem pulchna siostra zaczęła poklepywać Billa po twarzy łopatowatą dłonią.
 - Obudź się, maleńki…! Już po wszystkim…! Otwórz oczy! – Akurat. Choćby klepała go po policzkach do Sądu Ostatecznego nie obudziłaby go z omdlenia. Ze snu, możliwe, ale na pewno nie z omdlenia.
 - Pani pozwoli, że ja to zrobię. – Zsunął się z krzesła i pokuśtykał do fotela brata. Gdy wstał, luźne bokserki nieco zsunęły się na ranę. Pieczenie zamieniło się w palenie. „Kurwa!” – wrzasnął w myślach. Na jawie jednak tylko ponownie syknął. Stanął przy bracie zdenerwowany i może z nerwów, a może z bólu, zamiast tylko podnieść głos, wrzasnął na całe gardło:
 - Bill! Podnoś zadek! Siódma rano, spóźnisz się! – Zawołanie tego typu, kończące się na „spóźnisz się” zawsze działało na trasie. Teraz prawdopodobnie by nie zadziałało, gdyby nie głośny, zirytowany tembr głosu. Grunt, że chłopiec jednak otworzył oczy i spojrzał na brata nieprzytomnie.
 - Do szkoły? – szepnął pozbawionym emocji głosikiem.
 - Nie, malutki – uśmiechnął się Tom – do domu.

***
Spojrzała na roztrzęsioną twarz. Walczył ze sobą, wciskał łzy z powrotem do oczu. Kilka z nich jednak wymsknęło się spod powiek i popłynęło po lalkowatej twarzy, nadszarpując znacząco perfekcję makijażu. Jakiś ironiczny głosik w głowie Śnieżynki podpowiedział jej „na początek pomóż mu chusteczką”. A tak, chusteczki! Gdzieś je miała… Głupia, przepastna kieszeń… Klucze, komórka, spinka do włosów… Gumy do żucia… Bilet… papierki… Jest!
 - Proszę! – Ręka z kawałkiem białego papieru higienicznego wystrzeliła w stronę chłopaka.
Nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko sztucznie i wytarł oczy i policzki. Niedbale, szybko, żeby jak najprędzej ukryć dowody słabości. Zaowocowało to jednak tym, że cały tusz na powiekach zamienił się w czarną, rozmytą plamę, komponującą się z niezdrowo pobladłą twarzą w sposób istnie upiorny. Skrzywiła się lekko.
 - Rozmazałem się, prawda?
 - I to dokumentnie. Pozwól, że ci pomogę  - nie czekając na przyzwolenie wyszarpnęła mu delikatnie chusteczkę z ręki i zaczęła ocierać plamy. Nie pomagało to zbyt wiele, zmarszczyła brwi.
 - Mam wrażenie, mój drogi, że nas oszukujesz – palnęła, patrząc mu odważnie w oczy.
 - Ja? – Zdziwienie na jego twarzy było oczywiste, mimo to znów odniosła wrażenie, że jest wypracowane, plastikowe.
 - Och, przecież nikogo poza nami nie ma na tej ulicy! – zirytowała się.
 - Ale niby w czym? – parsknął oburzony.
 - Bill… – jej ton złagodniał, chociaż twarz nie nadążyła za zmianą głosu. W efekcie przypominała matkę tłumaczącą dziecku, że nie można wyciskać na raz całej pasty do zębów z tubki i to w dodatku prosto na dywan. – Wiesz, że możesz na nas liczyć, prawda? Że nie musisz udawać, że jest dobrze. Tyle razy wypłakiwałyśmy ci się na ramieniu, narzekałyśmy na cały świat. Wściekła Elena rzucała się przy tobie bez skrępowania, wiedziała, że zrozumiesz. Nina, gdy jest szczęśliwa, zawsze najpierw dzwoni do ciebie albo biegnie się z tobą zobaczyć, żeby podzielić się radością. A ty co?
 - Nie wiem, co. – Burknął. Był trochę zły. Rozpłakał się przy dziewczynie, rozmazał, a teraz ona prawi kazanie, którego celu ani powodu mu nie podała, a on nie może się odsunąć, bo wyciera mu plamy spod oczu.
 - No właśnie nic. Nie zdawałyśmy sobie chyba sprawy tak naprawdę, co ty przechodzisz. Nie dałeś nam jednak szansy, bo ciągle udajesz. Teraz to widzę, dopiero kiedy nerwy ci puszczają, pozwalasz sobie na rozpłakanie się przy mnie, a i tak powstrzymujesz łzy. Jesteś nieszczery!
 - Ty też nigdy przy mnie nie płakałaś! – Wrzasnął. Przejrzała go! Uświadomiła mu, co tak naprawdę cały czas kombinował! Chciało mu się kląć. Trzymał to w tajemnicy nawet przed samym sobą, a ona tak po prostu mu to rzuciła w twarz! Szlag!
 - Bo nie miałam powodu. Nie krzycz, nie denerwuj się, to przecież nic złego… – Pogłaskała go po policzku palcami wolnymi od chusteczki. Z jej nadgarstków uciekła przez rękawy woń słodkiego kokosa. Poczuwszy ją, stwierdził, że jeśli teraz nie weźmie się w garść, to zaraz rzuci się na nią i wyleje słony potok. Nie chciał tego. Uważał się za wystarczająco delikatnego, niech chociaż da jej dowód że psychicznie jest twardy! Przecież jest facetem! Ale z drugiej strony… Ta ciepła mimo wichru rączka na policzku, ten zapach, te wielkie, łagodne oczy. Zielone w słońcu i szarawe teraz. W sumie po co jej coś udowadniać…?  I tak w końcu się zorientuje… Poczuł chęć, by dotknąć tej dłoni. Zdał sobie sprawę, że mimo złości cały czas powolutku wyciągał palce w jej kierunku. Nie zdążył jednak, bo zabrała rękę.
 - Nie chcę przy was płakać, macie dość własnych problemów. – Mruknął, odwracając wzrok.
 - Co proszę?! – Teraz to ona się rozzłościła. – Twój brat leży w szpitalu w sztucznie wywołanej przez lekarzy śpiączce i praktycznie walczy o powrót do życia. Własnego ojca traktujesz jak wroga, nie bez powodu zresztą. Opiekujesz się mamą, roztrzęsioną nie bardziej niż ty. O wszystko się obwiniasz. A my? Elena ma problemy z weną, ale jej rodzina jest w komplecie, a nawet powiększyła się jakiś czas temu o kota! Eva nie rozumie dwóch ostatnich tematów z matematyki a Svenja marzy o poderwaniu praktykanta. Każda z nich ma jednak w domu normalnie!
 - A ty? – Szepnął po chwili.
 - Moim kłopotem jesteś ty! – Fuknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Zobaczyła tylko, jak oczy mu się rozszerzają, a żuchwa odznacza na skroni od silnego zaciśnięcia zębów…

***

Kiedy Tom w końcu położył się do łóżka, jego uldze i radości nie było końca. Bill spał już od dłuższej chwili, mógł więc sobie spokojnie poleżeć i pomyśleć. Przymknął oczy. Od czego by tu zacząć… Szkoła. Niedługo trzeba będzie wybrać się do szkoły. Kurczę, wtedy rodzice na pewno odkryją, że potrafi pisać jak dorosły… Że, gdy dzieci próbują dodawać i odejmować w obrębie 100, on bez mrugnięcia okiem liczy pole powierzchni i objętość kuli. No nic, jakoś sobie z tym poradzi. Gorzej z Billem. Zawsze byli mniej więcej na jednym poziomie, jeśli chodzi o szkołę. Nie wiadomo, jak przyjmie to, że brat jest lepszy. Dużo lepszy. Będzie zazdrosny, albo skorzysta z pomocy. Chociaż, jak go znał, to pewnie wymyśli  jeszcze coś innego. Przez całe życie będzie go zaskakiwał… Westchnął. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, pomyślał o Billu… Z tamtego życia. Umalowanym, porcelanowym. Dziewczęcym i oddanym mu jak wierny pies. Chociaż trzeba przyznać, że Tom względem brata również był jak ukochany labrador, wiecznie idący przy nodze i zerkający z miłością na swojego pana. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Zapadł w sen…

Czuł, że śni, a jednocześnie miał niejasne wrażenie, że dopiero teraz naprawdę się obudził. Chciał poruszyć ręką albo chociaż otworzyć oczy, ale nie udało mu się. Leżał jak kłoda, bezbronny i bezwolny. Zaczynał wpadać w panikę, był ciężki, obolały, powietrze, którym oddychał wdzierało się w płuca jak papier ścierny i nie chciało wpaść do nich w takiej ilości, żeby zaspokoić w pełni głód tlenu. Usłyszał z pewnej odległości delikatny łoskot zamykanych drzwi. Ciche kroki, które zbliżyły się do jego posłania. Ktoś opadł z cichym stękiem obok jego ręki. Wszędzie poznałby ten odgłos. Tylko jedna, chuda, nienormalnie ubierająca się osoba wydawała takie dźwięki przy siadaniu, gdy było jej bardzo źle. Chciał zawołać brata, ale cóż z tego, jeśli nie mógł nawet przesunąć gałek ocznych? Fakt, odrobinę drżały, ale to nie zależało od niego. Poczuł nagle, że postać wyciągnęła się przy nim na kołdrze. Delikatna dłoń zaczęła bawić się dredami, przekładać je, poprawiać… Pogłaskała go chwilę po głowie. Potem spoczęła w jego dłoni, a druga ręka objęła ostrożnie ramiona. A potem usłyszał słowa:
 - Nic, Tom, prawda? Zupełnie nic się nie zmieniło… Ani od wczoraj, ani od tygodnia… – Tak, to na pewno był Bill. Wstał z łóżka, poprawił mu poduszki i odszedł kawałek. Zaskrzypiała skóra zdejmowanego z wieszaka płaszcza. Szum ocierających się o siebie tkanin, gdy Czarny zarzucał go na siebie.
 - Walcz, braciszku. Walcz o przytomność. Dla nas obu. – Kolejne pogłaskanie po głowie. A potem wyszedł…

Tom zbudził się w swoim łóżku. Rzucił okiem na zegarek, zgrzany i półprzytomny. Wpół do drugiej w nocy. Zerwał się z posłania i podbiegł do Billa. Popatrzył na niego, jak śpi. Ostrożnie wyciągnął rękę i przeczesał palcami jego włosy. Przytulił się. Czuł takie okropne poczucie winy, że on przeżywa dzieciństwo jeszcze raz, a jego brat cierpi gdzieś tam, nie wiadomo gdzie… Jego ciałem wstrząsnął lekki szloch. Poleciała łza. Mokra kropelka spadła na policzek śpiącego chłopca, budząc go. Otworzył zdziwione oczy ale zobaczywszy przy sobie braciszka a nie potwora z koszmarów uśmiechnął się delikatnie.
 - Chcesz dzisiaj ze mną spać? – zapytał. Tom pokiwał głową, pobiegł do swojego łóżka i zabrał stamtąd kołdrę i poduszkę. Rzucił je na posłanie brata i położył się obok. O, tak… Wsparcie. Równowaga. Dużo lepiej…
***

- Jak to… twoim problemem? – Gorycz w jego głosie obrała punkt krytyczny. Problemem! Jak on, który wielbi każdy jej uśmiech i gotów jest paść przed nią plackiem z modlitwą dziękczynną na ustach tylko za to, że raczy przytulić go na powitanie czy usiąść w szkole obok niego… Jak może być problemem? Naiwny idiota, a myślał, że ona też go polubiła!
 - Znaczy… – Przygryzła wargę. „Kurczę, ale chlapnęłam… Obrazi się jak nic… Myśl, mała, myśl!” Spojrzała mu w oczy. W jednej chwili ich ciepła żywica  zamieniła się w twardy, zimny bursztyn. Pociemniały i nabrały lodowatego wyrazu. „Uraziłam go”.  - Nie to chciałam powiedzieć… – zaczęła
 - Ale z jakiegoś powodu powiedziałaś. Bardzo lekko ci się to z tych twoich ślicznych usteczek wyślizgnęło, tak na marginesie – przerwał jej jadowicie. A co tam. Przecież ona rzeczywiście ma śliczne, różane usta. Gdy się wstydzi albo śmieje robią się malinowe. Przez resztę czasu przypominają barwą muszelki. Zgrabne, wykrojone i różowiutkie. I oczywiście zupełnie nieosiągalne, jakby leżały na samym dnie rafy koralowej, daleko, daleko od brzegu. Skoro ona mogła wbić mu nóż, to też może ją zranić. Nieważne, że sam sypnie tym sobie soli na rany.
 - Ale niechcący… Po prostu… Nie chodzi o to,  że jesteś jakimś zagrożeniem, czy czymś… Niechcianym w moim życiu. – „Tak, tak, dobrze kombinujesz mała! Jeszcze chwila i dasz mu do zrozumienia to, co dziś ci uświadomił ten głupi szalik… A właśnie, jak on pięknie pachnie… A tak właściwie, to ile ten chłopak wylewa na siebie perfum, że tak bardzo przeszedł jego zapachem?”Zapatrzona we własne myśli nie zauważyła, że język zaczyna pleść to, co jej się lęgło w głowie…
 - Chciałam powiedzieć, że… lubię, kiedy jesteś obok… tak ładnie pachniesz… i w sumie to nawet chciałabym… – cholera! Zatkała sobie usta dłonią. Zapach! Wymsknęło jej się o zapachu! No to koniec…
 - Co byś chciała? Zauważyłaś może, że gadasz językiem telenowel?- chyab jednak nie zauważył tej wpadki… Wciąż był zły… –  Naoglądałaś się seriali i teraz próbujesz wcielić któryś ze scenariuszy w życie? To powiem ci tylko, że masz na imię Stephanie, a ja Bill. Nie Brook i Ridge. To tak gwoli ścisłości. A poza tym… – Nabuzowany dopiero w tej chwili dokładnie zanalizował jej wcześniejszą wypowiedź. Dopiero teraz dotarło do niego znaczenie każdego słowa. „Ładnie pachniesz… Tak ładnie pachniesz… Szalik! Bill, idioto, czy ona pożyczyłaby ci go, narażając własne gardło? Chciałoby jej się tak poświęcać dla pozorów?!” ale było za późno. Nakręcony, wystrzelił jeszcze kilkoma słowami, zanim zdążył się zahamować…
 - A poza tym, nie będziemy też rozmawiali po hiszpańsku, ani kochali się na sianie ze stajni pod gołym niebem na terenie jakiejś hacjendy! Ja jestem Niemcem, i ty jesteś Niemką! Ja jestem cholerną spedaloną gwiazdeczką w oczach większości ludzi, a ty w ich oczach byłabyś wtedy moją cholerną kochanką! Ale tak nigdy nie będzie! Nigdy! Chociaż za twoje oczy dałbym wyłupić swoje, za twoje dłonie dałbym obciąć sobie całe ręce… – Zaczynał się uspokajać… Ona lubiła jego zapach. Ocierała mu rozmazany tusz… Elena mówiła, że patrzyła na niego zazdrośnie na imprezie na basenie… coś mu ścisnęło gardło – …a za jeden głupi dotyk twoich ust na własnej skórze, dałbym się zwyczajnie zabić…

Patrzyła. Nic nie mówiła, po prostu wlepiła w niego oczy i patrzyła. Usta jej się rozchyliły, a serce biło tak mocno, że czuła uderzenia w koniuszkach palców i słyszała je w całej głowie. Widziała go teraz zupełnie inaczej. Zerwał z siebie całą powłokę, całą skorupę, jaka go pokrywała. Stanął przed nią, spragniony wsparcia i ciepła od kogoś dużo bliższego niż zwykła przyjaciółka. Bezradny, bezbronny i zmęczony. Robiło się coraz później i coraz ciemniej. Wiatr zaczynał wyć, wrzucał za kołnierz lodowate drobinki wody. Stali w świetle latarni, zmarznięci i zdezorientowani.
 - Zabić…? – oczy zrobiły jej się błyszczące i ogromne.
 - Zabić – żuchwa zdawała się chcieć wyskoczyć ze skroni.
 - Za jeden dotyk? – niedowierzała.
 - Tak.
 - Tylko jeden?
 - Tylko jeden. – Chwilę się wahała, ale postanowiła spróbować zadać to pytanie, które cisnęło jej się na usta już tyle razy…
 - Chciałbyś go dostać…?
Stali pod jej domem. Odprowadził ją, tak jak prosiła. Mama na nią czeka. Co on tu jeszcze robi? Miał ochotę uciekać, a jednocześnie na tym lodowatym wietrze rozpiąć jej płaszcz, a potem, zrzuciwszy swój, przylgnąć do jej rozgrzanego sweterka, chłonąc ciepło. Potem zerwać jej z szyi szalik przez który mieli tyle wątpliwości i obsypać szyję drobnymi pocałunkami, przekazać jej swoje pragnienie, żeby potem mogli je razem, nawzajem zaspokoić. Pragnienie ciepła, spokoju i równowagi. Zamiast tego stał przed nią, po raz pierwszy w życiu nie wiedząc, co powiedzieć.
 - Chciałbyś…? – Bardzo, bardzo by chciał! Zatrzymałby go sobie w szkatułce pamięci, ułożony na czerwonej satynie i zamknięty na złoty klucz. A zawsze, gdy zrobi mu się źle, będzie otwierał szkatułkę i uśmiechał się szeroko. Tylko… czy jest godzien takiego daru? Ale jeśli sama zapytała…

 Skinął głową. Zobaczywszy aprobatę w jego oczach, uśmiechnęła się delikatnie. W przypływie odwagi przysunęła się o jeden kroczek i nieśmiało oparła dłonie na jego piersiach. Uśmiechnęła się nieśmiało, zadzierając głowę. Dopiero teraz widziała, jaki jest wysoki. Patrzył na nią z góry, ciepło, delikatnie rozbawiony jej drobną budową. A przecież wcale nie była niska! Uniosła się delikatnie na palcach i wyciągnęła szyję zamotaną w wełniany szaliczek. Poczuła, jak objął ją w talii jedną ręką, a drugą, zimną jak lód, pogłaskał wystający kant szczęki, od ucha aż po brodę. Wiatr targnął kosmykami jego włosów. Odgarnął je niecierpliwym, gwałtownym ruchem. A potem się pochylił…

Przymknęła oczy, wyczulając dotyk. Poczuła jednak jak jego wargi zsuwają się z kącika ust na policzek i tam składają lekki, miękki, wilgotny pocałunek, mimo niskiej temperatury bardzo ciepły. Miała wrażenie, że od tego miejsca rozchodzi się najprzyjemniejsze gorąco, jakie w życiu czuła. Już nie był jej ani trochę zimno. Nagle zapragnęła, żeby objął ją jak najmocniej potrafi i nie zważał na niską temperaturę, tylko…
 - Chciałbym go dostać… – usłyszała szept. Niemal widziała, jak się uśmiechnął. – Ale na razie nie potrafię go wziąć… – odsunął się delikatnie, uśmiechnięty. Niechętnie wypuścił ją z objęć, zatrzymując na moment ręce na jej biodrach. Chciał zapamiętać ich kształt…
 - Idź już, mam na ciebie czeka… – rzucił.
 - A, tak, mama. – Czuła się zdezorientowana. Patrzyła na niego jeszcze chwilę, a potem się zarumieniła. Bill z uśmiechem pogłaskał te rumieńce, a potem, chcąc rozładować atmosferę, opuszkiem nacisnął leciutko koniuszek jej nosa. Udała, że chce go ugryźć, uciekł z dłonią z cichym piskiem. Uśmiechnęli się do siebie szeroko.
 - Do jutra.
 - Do jutra, maleńka.

Kiedy zamykali za sobą drzwi wejściowe, na twarzach każdego z nich wykwitał identyczny, najszczęśliwszy uśmiech pod słońcem. Coś zaczęło się zarysowywać w ich sercach i duszach. Coś, co stanowi podstawę wielu relacji międzyludzkich… Także związków. Pewność.