Bill obudził się z dziwnym poczuciem, że coś jest nie tak. Szumiało mu w głowie i zapomniał, co się działo do tej pory. Zajrzał pod kołdrę…
– Jestem nagi! Dlaczego, przecież zawsze zasypiam w bokserkach, bez koszulki, ale jednak mimo wszystko w bokserkach! – Podrapał się po głowie. Nie mogąc nic wymyśleć wzruszył ramionami, zajrzał do szuflady z bielizną i wyjął czystą parę majtek, skarpetki, potem pogrzebał w szafie i wziął rozdarte dżinsy i prosty T-shirt, poszedł z tym wszystkim do łazienki, wziął prysznic… Jak każdego dnia. Rutyna.
– Ciekawe, czy Tom już wstał… – Powiedział, rozczesując przed lustrem splątane włosy. Stojąc tak sobie na wilgotnych, ciepłych kafelkach zobaczył, że z kosza na bieliznę wystaje jego wczorajsza koszulka. Wyjął ją. Pachniała tak jakoś… Tak niezidentyfikowanie, ale naprawdę ślicznie. Skądś znał ten zapach, który wywoływał u niego przyjemne dreszcze… Pierwszy raz poczuł go na…
– Stephanie… Nosiła moją koszulkę? Nie, zaraz, na dekolcie jest jeszcze aromat mojej wody toaletowej. Nie dałbym jej przecież używanej koszulki a to oznacza, że… Przytulała się do mnie? – Uśmiechnął się szeroko… – To bym chyba przecież zapamiętał, ale co do cholery działo się wczoraj?!
Wbiegł po schodach na górę, do pokoju Toma. Otworzył drzwi z zamiarem obudzenia brata…
Zobaczył czerwonobrązowe smugi na ścianach, łóżku, pościeli… Błysk oślepił jego świadomość… Pokrwawione ręce, obejmujące go w pasie… Obok łóżka walały się puste butelki po wódce i puszki po piwie, na biurku leżała w trzech czwartych opróżniona torebka kokainy… Kolejny błysk… Naćpane i pijane oczy, demoniczny uśmiech, zamknięte powieki… Przypomniał sobie. Uderzyło to w niego z taką siłą, że poczuł ciężar w płucach. Miał wrażenie, że zemdleje. Tom, narkotyki, alkohol, krew, szpital, śpiączka, rozpacz, pobieranie krwi, omdlenie, sen na kolanach Steph… Wszystko…
Zszedł na dół przybity i trochę zmęczony psychicznie. Mama stała w kuchni i smażyła jajka na patelence. Spojrzała na niego i wyciągnęła rękę. Podszedł i przytulił się do niej. Nic nie mówili… W ciszy zjedli śniadanie, przyklejeni do siebie obejrzeli w telewizji poranne wiadomości, mama opowiedziała mu pokrótce o tym, jak spał na Steph podczas jazdy samochodem i jak dziewczyny zostały u nich prawie do świtu, by posprzątać troszkę i pomóc im się położyć…
– Jedźmy do szpitala, mamo…
– Kochanie, lekarz mówił, gdy spałeś, że przez najbliższe dwa dni nie wolno nikomu wejść do sali Toma. Z tego wynika, że siedzielibyśmy tylko bezczynnie na korytarzu, a w domu przynajmniej jest cieplej, wygodniej, a ty i tak musisz sporo odpocząć. Pobrali ci aż za dużo krwi i doktor stwierdził, że powinieneś przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny być przykuty do łóżka.
– A co będzie, jeżeli on będzie mnie potrzebował? Co będzie, jeżeli nagle poczuje się gorzej i będzie potrzebował mojej pomocy, mojej obecności?
– Nic mu nie będzie, kochanie, oczyszczą mu organizm, podadzą pobraną od ciebie krew i zacznie sie wybudzać, a potem będzie już tylko i wyłącznie lepiej, wiesz? Poza tym ty jesteś dalej bardzo blady i słaby, nie powinieneś się ruszać z domu.
– Obiecujesz, że będzie dobrze?
- Obiecuję… Obiecuję, kochanie… – Przytuliła go i pocałowała w czoło. Usłyszeli dzwonek do drzwi… Z pytającym wzrokiem Simone poszła otworzyć a Bill odrzucił głowę w tył i położył ją na oparciu kanapy. Zamknąwszy oczy usłyszał znajomy głos… Jörg…
- Jak to, zapomniałaś, że ja dzisiaj przyjeżdżam? Zapomniałaś o mnie? Co za rodzina… A co ty taka zmarnowana? Te dwa smarkacze już dały ci się we znaki?
- Przestań… – Odpowiedziało jej prychnięcie. Szybkie, męskie kroki rozbrzmiały w salonie.
- A ty co, nie w szkole? Teraz się jeszcze uczyć przestaliście? No ładnie… – Czarny z ociąganiem podniósł głowę i spojrzał na niego spokojnie i zimno. Jego kredowoblada buzia prawie przestraszyła ojczyma…
- Co z tobą? Czemuś taki biały jak łopata po wapnie?
- To nie jest śmieszne.
- Chory jesteś?
- Można powiedzieć…
- A co się dokładnie stało?
- Tom jest w szpitalu. Stracił wiele krwi i musieli ją pobrać ode mnie, żeby go uratować. Wzięli jej za dużo i wczoraj usnąłem jak zarżnięty. To się stało. – Burknął. Nigdy nie był niegrzeczny w stosunku do Jörga, ale teraz jego zmęczenie i rozdrażnienie wzięły górę. Patrzył na niego przez krótką chwilę, po czym znowu odrzucił głowę w tył i zamknął piekące oczy.
- Bill, ja… – Usiadł obok niego. Czarny nie pozwolił mu dokończyć.
– Daruj sobie. – Warknął, podniósł się i chwiejnym, ale szybkim krokiem poszedł do swojego pokoju. Nienawidził, gdy ktoś robi się miły dopiero w momencie, gdy jego sumienie daje mu się ostro we znaki…
– Jestem nagi! Dlaczego, przecież zawsze zasypiam w bokserkach, bez koszulki, ale jednak mimo wszystko w bokserkach! – Podrapał się po głowie. Nie mogąc nic wymyśleć wzruszył ramionami, zajrzał do szuflady z bielizną i wyjął czystą parę majtek, skarpetki, potem pogrzebał w szafie i wziął rozdarte dżinsy i prosty T-shirt, poszedł z tym wszystkim do łazienki, wziął prysznic… Jak każdego dnia. Rutyna.
– Ciekawe, czy Tom już wstał… – Powiedział, rozczesując przed lustrem splątane włosy. Stojąc tak sobie na wilgotnych, ciepłych kafelkach zobaczył, że z kosza na bieliznę wystaje jego wczorajsza koszulka. Wyjął ją. Pachniała tak jakoś… Tak niezidentyfikowanie, ale naprawdę ślicznie. Skądś znał ten zapach, który wywoływał u niego przyjemne dreszcze… Pierwszy raz poczuł go na…
– Stephanie… Nosiła moją koszulkę? Nie, zaraz, na dekolcie jest jeszcze aromat mojej wody toaletowej. Nie dałbym jej przecież używanej koszulki a to oznacza, że… Przytulała się do mnie? – Uśmiechnął się szeroko… – To bym chyba przecież zapamiętał, ale co do cholery działo się wczoraj?!
Wbiegł po schodach na górę, do pokoju Toma. Otworzył drzwi z zamiarem obudzenia brata…
Zobaczył czerwonobrązowe smugi na ścianach, łóżku, pościeli… Błysk oślepił jego świadomość… Pokrwawione ręce, obejmujące go w pasie… Obok łóżka walały się puste butelki po wódce i puszki po piwie, na biurku leżała w trzech czwartych opróżniona torebka kokainy… Kolejny błysk… Naćpane i pijane oczy, demoniczny uśmiech, zamknięte powieki… Przypomniał sobie. Uderzyło to w niego z taką siłą, że poczuł ciężar w płucach. Miał wrażenie, że zemdleje. Tom, narkotyki, alkohol, krew, szpital, śpiączka, rozpacz, pobieranie krwi, omdlenie, sen na kolanach Steph… Wszystko…
Zszedł na dół przybity i trochę zmęczony psychicznie. Mama stała w kuchni i smażyła jajka na patelence. Spojrzała na niego i wyciągnęła rękę. Podszedł i przytulił się do niej. Nic nie mówili… W ciszy zjedli śniadanie, przyklejeni do siebie obejrzeli w telewizji poranne wiadomości, mama opowiedziała mu pokrótce o tym, jak spał na Steph podczas jazdy samochodem i jak dziewczyny zostały u nich prawie do świtu, by posprzątać troszkę i pomóc im się położyć…
– Jedźmy do szpitala, mamo…
– Kochanie, lekarz mówił, gdy spałeś, że przez najbliższe dwa dni nie wolno nikomu wejść do sali Toma. Z tego wynika, że siedzielibyśmy tylko bezczynnie na korytarzu, a w domu przynajmniej jest cieplej, wygodniej, a ty i tak musisz sporo odpocząć. Pobrali ci aż za dużo krwi i doktor stwierdził, że powinieneś przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny być przykuty do łóżka.
– A co będzie, jeżeli on będzie mnie potrzebował? Co będzie, jeżeli nagle poczuje się gorzej i będzie potrzebował mojej pomocy, mojej obecności?
– Nic mu nie będzie, kochanie, oczyszczą mu organizm, podadzą pobraną od ciebie krew i zacznie sie wybudzać, a potem będzie już tylko i wyłącznie lepiej, wiesz? Poza tym ty jesteś dalej bardzo blady i słaby, nie powinieneś się ruszać z domu.
– Obiecujesz, że będzie dobrze?
- Obiecuję… Obiecuję, kochanie… – Przytuliła go i pocałowała w czoło. Usłyszeli dzwonek do drzwi… Z pytającym wzrokiem Simone poszła otworzyć a Bill odrzucił głowę w tył i położył ją na oparciu kanapy. Zamknąwszy oczy usłyszał znajomy głos… Jörg…
- Jak to, zapomniałaś, że ja dzisiaj przyjeżdżam? Zapomniałaś o mnie? Co za rodzina… A co ty taka zmarnowana? Te dwa smarkacze już dały ci się we znaki?
- Przestań… – Odpowiedziało jej prychnięcie. Szybkie, męskie kroki rozbrzmiały w salonie.
- A ty co, nie w szkole? Teraz się jeszcze uczyć przestaliście? No ładnie… – Czarny z ociąganiem podniósł głowę i spojrzał na niego spokojnie i zimno. Jego kredowoblada buzia prawie przestraszyła ojczyma…
- Co z tobą? Czemuś taki biały jak łopata po wapnie?
- To nie jest śmieszne.
- Chory jesteś?
- Można powiedzieć…
- A co się dokładnie stało?
- Tom jest w szpitalu. Stracił wiele krwi i musieli ją pobrać ode mnie, żeby go uratować. Wzięli jej za dużo i wczoraj usnąłem jak zarżnięty. To się stało. – Burknął. Nigdy nie był niegrzeczny w stosunku do Jörga, ale teraz jego zmęczenie i rozdrażnienie wzięły górę. Patrzył na niego przez krótką chwilę, po czym znowu odrzucił głowę w tył i zamknął piekące oczy.
- Bill, ja… – Usiadł obok niego. Czarny nie pozwolił mu dokończyć.
– Daruj sobie. – Warknął, podniósł się i chwiejnym, ale szybkim krokiem poszedł do swojego pokoju. Nienawidził, gdy ktoś robi się miły dopiero w momencie, gdy jego sumienie daje mu się ostro we znaki…
***
Steph zjadła na śniadanie jogurt. Tylko jogurt. Próba zrobienia jajecznicy skończyła się na skorupkach pływających w kefirze na patelni. Kanapka okazała się być jej własną dłonią upaćkaną masłem i białym serem. Poddała się, otworzyła (pryskając różową mazią po całej kuchni) truskawkowy jogurt i zjadła go, pomagając sobie… widelcem. To wszystko było skutkiem zamyślenia i szoku, którego doznała po rozmowie z Niną, a który wprowadził jej umysł w stan absolutnego odrętwienia.
– Jasny gwint…! – Warknęła, gdy zorientowała się, że pusty plastikowy kubeczek zamiast w koszu na śmieci wylądował w zmywarce. Wyjęła go i wstawiła w inne miejsce. Już chciała wyjść z kuchni, gdy dotarło do niej, że szafka z garnkami to też nie jest śmietnik…
– Kochanie, wszystko w porządku? – Spytała mama, przyglądająca jej się od dłuższej chwili. Steph spojrzała na nią. Kobieta miała kasztanowe włosy. Tata Steph był brunetem. Żadne z nich nie miało białych odrostów, mama nawet nie siwiała. A oczy? U obojga brązowe. W starszych pokoleniach były tylko brązowe i czarne oczy, zarówno ze strony mamy, jak i taty…
– Tak… Wszystko. – Odparła, wymijając ja w drzwiach. Nie chciała zadawać nasuwającego się ciągle pytania. Jednak paliło ono ją i jej świadomość. Zada je kiedy indziej. Trzeba się przygotować. Trzeba przygotować matkę. Na to, że ona wie… To jej może złamać serce, trzeba poczekać. Chociaż w sumie… Odwróciła się i spojrzała na rodzicielkę.
– Mamo…
***
– Tom… – Dread usłyszał cichy szept, nieco dziecięcy, ale jakoś tak… znajomy. Poczuł dotyk na swoim ramieniu. Tak głaskał tylko Bill, gdy starał się obudzić kogoś bardzo delikatnego… Otworzył oczy… Widok, jaki ukazał się jego oczom niemal go przeraził. Oto stał nad nim, oświetlony miękkim światłem słonecznym uśmiechnięty od ucha do ucha dziesięcioletni chłopaczek o dość krótkich, lekko postawionych blond włosach. Miał na sobie zieloną koszulkę i sprane dżinsowe rybaczki. Skate znał go, ale nie mógł sobie przypomnieć, skąd… Szumiało mu w głowie. Podniósł ją i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zobaczył białe ściany swojego pokoju, stare meble które już dawno trafiły do piwnicy… Czyżby mama zechciała urządzić jego pokój spowrotem tak samo, jak przed kilku długich laty? Usiadł na łóżku. Zauważył, że ono również jest stare, ale jego nogi nie wystają poza materac, wręcz przeciwnie, jest jeszcze sporo miejsca…
– Wiesz, Tom… Ja tak sobie pomyślałem… – Zaczął chłopiec, lekko zmieszany, przestępując z nogi na nogę.
– No mów. – Z przerażeniem zorientował się, że jego głos jest piskliwy i dziecinny, a nie głęboki i męski, tak jak zwykle. Zaraz… On skądś znał tę scenę… Spojrzał ze skrajnym zdziwieniem na chłopczyka. Miał czekoladowo-orzechowe oczy i kształtne usta. Czy to naprawdę może być…?
– Bo wiesz, ja słyszałem, że wielu ludzi zakłada amatorskie zespoły… ja wiem, że my nie za bardzo umiemy grać, ale ja już chodzę trochę na te lekcje śpiewu, a Jörg uczy cię na gitarze i ja widzę, że idzie ci całkiem nieźle… Więc może spróbujemy założyć duet? Potem się znajdzie perkusistę… Może basistę… – Tak! Na pewno! Ten ton, ten sposób mówienia, to ciągłe powtarzanie „ja” w wypowiedzi! To Bill! Tylko jakieś osiem lat młodszy…
– Jasne! Bardzo fajny pomysł. A masz jakieś teksty? Przecież jak do tej pory napisałeś tylko piosenkę dla myszek… – uśmiechnął się.
– Wiesz, ja nikomu nie mówiłem, ale ja mam zeszyt, w którym notuję teksty, które ja wymyśliłem…
– No to fajnie. A teraz ubierzmy się… – Rzucił luźno Tom. Wysunął się spod kołdry i spojrzał na patyczki, które miały w jego przekonaniu stanowić nogi. Żebra i biodra wystające jak kopie wyciągnięte w rękach rycerzy średniowiecznych podczas pojedynku wyglądały jak w marzeniach anorektyczki. Podbiegł do lustra. Jaśniutkie, lekko sfalowane włosy spływały mu prawie do ramion. Wziął ze swojej szuflady T-shirt. Włożył go i skrzywił się. Materiał co prawda nie opinał ciasno, ale nie był też ogromną koszulką, które przywykł zakładać. Wyszczotkował z grubsza gęste włosy i zbiegł po schodach do kuchni, gdzie stała o wiele młodsza mama. Nie miała porcelanowych licówek, odrobiny kolagenu w ustach ani botoksu pod skórą, które zrobiła sobie, gdy chłopcy zarobili mnóstwo pieniędzy i postanowili upiększyć trochę swoją rodzicielkę, ale i tak wyglądała ślicznie i świeżo, czyli tak, jak tęsknił, żeby wyglądała. Zjadł śniadanie.
– Mamusiu, który dzisiaj? – Spytał.
– Piąty lipca dwutysięcznego roku. – Puściła mu oczko.
– Wobec tego pójdę potem pograć w piłkę z Andreasem. – Tom uśmiechnął się na myśl o kilkugodzinnych meczach futbolowych z najlepszym przyjacielem rozgrywanych każdego ciepłego dnia wakacji, podczas gdy Bill wypróbowywał nowe techniki makijażu. Tylko Tom wtedy wiedział, że Bill lubi się od czasu do czasu umalować kredką do oczu.
- Ja i Tom założymy zespół. – Uśmiechnął się Bill.
– O, naprawdę? I co będziecie grać? – Simone spojrzała na Jörga starając się ukryć pobłażliwość swoich słów. Brzmiały, jakby chciała powiedzieć „Ech, te dziecięce marzenia…”. Tom uśmiechnął się pod nosem. Nawet nie wiedziała, jak bardzo się myli.
– Ja bym chciał rocka, ale Tom pewnie woli Hip-Hop.
– Myślę, że rock to dobry pomysł. – Odparł tajemniczo.
– Naprawdę? – Blondynkowi oczy się zaświeciły.
- Tak. Chciałbym coś robić w tym zespole. Widziałeś kiedyś wykonawcę hiphopowego wykorzystującego gitarę? -zaśmiał się.
Steph zjadła na śniadanie jogurt. Tylko jogurt. Próba zrobienia jajecznicy skończyła się na skorupkach pływających w kefirze na patelni. Kanapka okazała się być jej własną dłonią upaćkaną masłem i białym serem. Poddała się, otworzyła (pryskając różową mazią po całej kuchni) truskawkowy jogurt i zjadła go, pomagając sobie… widelcem. To wszystko było skutkiem zamyślenia i szoku, którego doznała po rozmowie z Niną, a który wprowadził jej umysł w stan absolutnego odrętwienia.
– Jasny gwint…! – Warknęła, gdy zorientowała się, że pusty plastikowy kubeczek zamiast w koszu na śmieci wylądował w zmywarce. Wyjęła go i wstawiła w inne miejsce. Już chciała wyjść z kuchni, gdy dotarło do niej, że szafka z garnkami to też nie jest śmietnik…
– Kochanie, wszystko w porządku? – Spytała mama, przyglądająca jej się od dłuższej chwili. Steph spojrzała na nią. Kobieta miała kasztanowe włosy. Tata Steph był brunetem. Żadne z nich nie miało białych odrostów, mama nawet nie siwiała. A oczy? U obojga brązowe. W starszych pokoleniach były tylko brązowe i czarne oczy, zarówno ze strony mamy, jak i taty…
– Tak… Wszystko. – Odparła, wymijając ja w drzwiach. Nie chciała zadawać nasuwającego się ciągle pytania. Jednak paliło ono ją i jej świadomość. Zada je kiedy indziej. Trzeba się przygotować. Trzeba przygotować matkę. Na to, że ona wie… To jej może złamać serce, trzeba poczekać. Chociaż w sumie… Odwróciła się i spojrzała na rodzicielkę.
– Mamo…
***
– Tom… – Dread usłyszał cichy szept, nieco dziecięcy, ale jakoś tak… znajomy. Poczuł dotyk na swoim ramieniu. Tak głaskał tylko Bill, gdy starał się obudzić kogoś bardzo delikatnego… Otworzył oczy… Widok, jaki ukazał się jego oczom niemal go przeraził. Oto stał nad nim, oświetlony miękkim światłem słonecznym uśmiechnięty od ucha do ucha dziesięcioletni chłopaczek o dość krótkich, lekko postawionych blond włosach. Miał na sobie zieloną koszulkę i sprane dżinsowe rybaczki. Skate znał go, ale nie mógł sobie przypomnieć, skąd… Szumiało mu w głowie. Podniósł ją i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zobaczył białe ściany swojego pokoju, stare meble które już dawno trafiły do piwnicy… Czyżby mama zechciała urządzić jego pokój spowrotem tak samo, jak przed kilku długich laty? Usiadł na łóżku. Zauważył, że ono również jest stare, ale jego nogi nie wystają poza materac, wręcz przeciwnie, jest jeszcze sporo miejsca…
– Wiesz, Tom… Ja tak sobie pomyślałem… – Zaczął chłopiec, lekko zmieszany, przestępując z nogi na nogę.
– No mów. – Z przerażeniem zorientował się, że jego głos jest piskliwy i dziecinny, a nie głęboki i męski, tak jak zwykle. Zaraz… On skądś znał tę scenę… Spojrzał ze skrajnym zdziwieniem na chłopczyka. Miał czekoladowo-orzechowe oczy i kształtne usta. Czy to naprawdę może być…?
– Bo wiesz, ja słyszałem, że wielu ludzi zakłada amatorskie zespoły… ja wiem, że my nie za bardzo umiemy grać, ale ja już chodzę trochę na te lekcje śpiewu, a Jörg uczy cię na gitarze i ja widzę, że idzie ci całkiem nieźle… Więc może spróbujemy założyć duet? Potem się znajdzie perkusistę… Może basistę… – Tak! Na pewno! Ten ton, ten sposób mówienia, to ciągłe powtarzanie „ja” w wypowiedzi! To Bill! Tylko jakieś osiem lat młodszy…
– Jasne! Bardzo fajny pomysł. A masz jakieś teksty? Przecież jak do tej pory napisałeś tylko piosenkę dla myszek… – uśmiechnął się.
– Wiesz, ja nikomu nie mówiłem, ale ja mam zeszyt, w którym notuję teksty, które ja wymyśliłem…
– No to fajnie. A teraz ubierzmy się… – Rzucił luźno Tom. Wysunął się spod kołdry i spojrzał na patyczki, które miały w jego przekonaniu stanowić nogi. Żebra i biodra wystające jak kopie wyciągnięte w rękach rycerzy średniowiecznych podczas pojedynku wyglądały jak w marzeniach anorektyczki. Podbiegł do lustra. Jaśniutkie, lekko sfalowane włosy spływały mu prawie do ramion. Wziął ze swojej szuflady T-shirt. Włożył go i skrzywił się. Materiał co prawda nie opinał ciasno, ale nie był też ogromną koszulką, które przywykł zakładać. Wyszczotkował z grubsza gęste włosy i zbiegł po schodach do kuchni, gdzie stała o wiele młodsza mama. Nie miała porcelanowych licówek, odrobiny kolagenu w ustach ani botoksu pod skórą, które zrobiła sobie, gdy chłopcy zarobili mnóstwo pieniędzy i postanowili upiększyć trochę swoją rodzicielkę, ale i tak wyglądała ślicznie i świeżo, czyli tak, jak tęsknił, żeby wyglądała. Zjadł śniadanie.
– Mamusiu, który dzisiaj? – Spytał.
– Piąty lipca dwutysięcznego roku. – Puściła mu oczko.
– Wobec tego pójdę potem pograć w piłkę z Andreasem. – Tom uśmiechnął się na myśl o kilkugodzinnych meczach futbolowych z najlepszym przyjacielem rozgrywanych każdego ciepłego dnia wakacji, podczas gdy Bill wypróbowywał nowe techniki makijażu. Tylko Tom wtedy wiedział, że Bill lubi się od czasu do czasu umalować kredką do oczu.
- Ja i Tom założymy zespół. – Uśmiechnął się Bill.
– O, naprawdę? I co będziecie grać? – Simone spojrzała na Jörga starając się ukryć pobłażliwość swoich słów. Brzmiały, jakby chciała powiedzieć „Ech, te dziecięce marzenia…”. Tom uśmiechnął się pod nosem. Nawet nie wiedziała, jak bardzo się myli.
– Ja bym chciał rocka, ale Tom pewnie woli Hip-Hop.
– Myślę, że rock to dobry pomysł. – Odparł tajemniczo.
– Naprawdę? – Blondynkowi oczy się zaświeciły.
- Tak. Chciałbym coś robić w tym zespole. Widziałeś kiedyś wykonawcę hiphopowego wykorzystującego gitarę? -zaśmiał się.
***
- Mamo… – Stephanie spociły się dłonie. Siedziała naprzeciwko matki w kuchni i po raz trzeci próbowała wykrztusić z siebie pytanie. Pytanie, które tak bardzo ją dręczyło, ze po prostu musiała znać odpowiedź…
- Kochanie, co to takiego, że nie możesz się przemóc? – Zapytała życzliwie. Nagle przestała się ruszać i wbiła wzrok w córkę…
- Kochanie… Czy ty…? – Jej oczy zrobiły się jak pięciozłotówki.
- Czy ja co?
- Czy ty… jesteś… no wiesz? – Spłoszyła się.
- Nie wiem. – Steph uniosła brew.
- W ciąży? – Wyszeptała.
- Nie, mamo, skąd ci to przyszło do głowy?! Jestem dziewicą!
- Uff, przestraszyłam się. No to co chciałaś mi powiedzieć?
- To raczej ty powinnaś powiedzieć coś mnie.
- Na przykład co? – Kobieta zbladła. To nie był dobry znak. Zaczęła chyba podejrzewać o co chodzi… Wyglądała jakby czuła się winna czemuś… To fatalnie…
- Mamo. – Steph wzięła głęboki wdech. Teraz, albo nigdy. – Skąd ja się wzięłam? – Kobieta wypuściła szklankę, którą trzymała centymetr nad stołem. Wiedziała o co chodzi, ale spróbowała odwrócić kota ogonem.
- Kochanie, myślałam, że wiesz, na czym polegają… TE sprawy?
- Wiem! – Wybuchła. – Ty też dobrze wiesz, o co mi chodzi! Wiem, na czym polega sex i skąd się biorą dzieci! Ale ja nie wiem, skąd się wzięłam w tej rodzinie, bo jestem prawie pewna, że nie spłodziliście mnie, ty i tata! Więc mów…! – Syknęła, pochylając się ku sino-białej matce.
- Nie wiem, o co ci chodzi, o czym ty…? – stęknęła matka, ale widać było, że sama nie wierzy w to, co mówi. Wyglądała jak dziecko, które zostało przyłapane na kradzieży drogiej lalki ze sklepu.
- WIESZ! – Steph krzyknęła, uderzając drobną pięścią o stół. Sprawiło to, że kobieta rozpłakała się. Ukryła twarz w dłoniach i pochyliła ciało, umieszczając głowę pomiędzy kolanami. Jej ramiona drżały. Wyglądała trochę jak Bill rozpaczający nad chorobą brata. To podobieństwo sprawiło, że Biała od razu złagodniała.
- Mamo…
- Nie mów tak do mnie. Nie powinnaś… – Natalie uniosła na nią spojrzenie pełne bólu.
- Powiedz…
- Nie uwierzysz…
- Wiem więcej, niż ci się wydaje…
- Zostałaś powierzona… Mi i Hansowi… Mieliśmy się tobą opiekować, aż nie przyjdzie jakaś istota, niekoniecznie do końca ludzka i nie powie ci, że musisz zakończyć dotychczasowe życie i rozpocząć następne. – Steph przebiegł po plecach zimny dreszcz… Chyba wiedziała, o kim mowa…
- Kto jest moim prawdziwym ojcem?
- Znajdź tę nieludzką istotę, to ci powie. Ja nie wiem. Moja rola skończona.
- Dzięki… Mamo. – Kobieta poderwała głowę i wbiła w nią zdziwione spojrzenie.
- Ale…
- Wychowałaś mnie. Moja biologiczna matka mi się nie pokazała. Matką może być każda. Na bycie mamusią trzeba sobie zasłużyć… – Natalie wstała gwałtownie i przytuliła mocno szczupłe ciało dziewczyny. Zamarły tak przez chwilę.
- Jak się domyśliłaś? – Spytała płaczliwie.
- Chyba znalazłam tę istotę. Ale już i tak od bardzo dawna intrygowało mnie, że nikt z rodziny nie ma białych włosów i szarozielonych oczu tak, jak ja. No i nikt nie ma moich rysów…
- Ale… Możesz jeszcze przez jakiś czas mówić do mnie mamo?
- Jakiś czas? Jesteś, byłaś i będziesz dla mnie mamą… Zawsze… – Znów się przytuliły…
- Mamo… – Stephanie spociły się dłonie. Siedziała naprzeciwko matki w kuchni i po raz trzeci próbowała wykrztusić z siebie pytanie. Pytanie, które tak bardzo ją dręczyło, ze po prostu musiała znać odpowiedź…
- Kochanie, co to takiego, że nie możesz się przemóc? – Zapytała życzliwie. Nagle przestała się ruszać i wbiła wzrok w córkę…
- Kochanie… Czy ty…? – Jej oczy zrobiły się jak pięciozłotówki.
- Czy ja co?
- Czy ty… jesteś… no wiesz? – Spłoszyła się.
- Nie wiem. – Steph uniosła brew.
- W ciąży? – Wyszeptała.
- Nie, mamo, skąd ci to przyszło do głowy?! Jestem dziewicą!
- Uff, przestraszyłam się. No to co chciałaś mi powiedzieć?
- To raczej ty powinnaś powiedzieć coś mnie.
- Na przykład co? – Kobieta zbladła. To nie był dobry znak. Zaczęła chyba podejrzewać o co chodzi… Wyglądała jakby czuła się winna czemuś… To fatalnie…
- Mamo. – Steph wzięła głęboki wdech. Teraz, albo nigdy. – Skąd ja się wzięłam? – Kobieta wypuściła szklankę, którą trzymała centymetr nad stołem. Wiedziała o co chodzi, ale spróbowała odwrócić kota ogonem.
- Kochanie, myślałam, że wiesz, na czym polegają… TE sprawy?
- Wiem! – Wybuchła. – Ty też dobrze wiesz, o co mi chodzi! Wiem, na czym polega sex i skąd się biorą dzieci! Ale ja nie wiem, skąd się wzięłam w tej rodzinie, bo jestem prawie pewna, że nie spłodziliście mnie, ty i tata! Więc mów…! – Syknęła, pochylając się ku sino-białej matce.
- Nie wiem, o co ci chodzi, o czym ty…? – stęknęła matka, ale widać było, że sama nie wierzy w to, co mówi. Wyglądała jak dziecko, które zostało przyłapane na kradzieży drogiej lalki ze sklepu.
- WIESZ! – Steph krzyknęła, uderzając drobną pięścią o stół. Sprawiło to, że kobieta rozpłakała się. Ukryła twarz w dłoniach i pochyliła ciało, umieszczając głowę pomiędzy kolanami. Jej ramiona drżały. Wyglądała trochę jak Bill rozpaczający nad chorobą brata. To podobieństwo sprawiło, że Biała od razu złagodniała.
- Mamo…
- Nie mów tak do mnie. Nie powinnaś… – Natalie uniosła na nią spojrzenie pełne bólu.
- Powiedz…
- Nie uwierzysz…
- Wiem więcej, niż ci się wydaje…
- Zostałaś powierzona… Mi i Hansowi… Mieliśmy się tobą opiekować, aż nie przyjdzie jakaś istota, niekoniecznie do końca ludzka i nie powie ci, że musisz zakończyć dotychczasowe życie i rozpocząć następne. – Steph przebiegł po plecach zimny dreszcz… Chyba wiedziała, o kim mowa…
- Kto jest moim prawdziwym ojcem?
- Znajdź tę nieludzką istotę, to ci powie. Ja nie wiem. Moja rola skończona.
- Dzięki… Mamo. – Kobieta poderwała głowę i wbiła w nią zdziwione spojrzenie.
- Ale…
- Wychowałaś mnie. Moja biologiczna matka mi się nie pokazała. Matką może być każda. Na bycie mamusią trzeba sobie zasłużyć… – Natalie wstała gwałtownie i przytuliła mocno szczupłe ciało dziewczyny. Zamarły tak przez chwilę.
- Jak się domyśliłaś? – Spytała płaczliwie.
- Chyba znalazłam tę istotę. Ale już i tak od bardzo dawna intrygowało mnie, że nikt z rodziny nie ma białych włosów i szarozielonych oczu tak, jak ja. No i nikt nie ma moich rysów…
- Ale… Możesz jeszcze przez jakiś czas mówić do mnie mamo?
- Jakiś czas? Jesteś, byłaś i będziesz dla mnie mamą… Zawsze… – Znów się przytuliły…
Nigdy nie mów nigdy… Jednak zawsze możesz mówić zawsze…
______________________________________________________
Blog odwieszony po raz kolejny. Kochani, kiedy wena do mnie nie przychodzi, nie bedę pisała na siłę. Nie dlatego, że chceę być wredna, lecz dlatego, że nie powinniście czytać czegoś co robiłam na odwal się…
Powalone to wszystko że aż nie rozumiem XD
OdpowiedzUsuńAle mimo to..rozumiem XD
Czekam na next'a ! <3